Poranne rytuały

Redakcja
Kawę "Turek" pijało się przeważnie z mlekiem, podobnie zresztą jak prawdziwą kawę, którą - jeżeli wlewano do niej ogromną ilość mleka, nazywano "przewrotną". O przewrotnej kawie, jaką uraczono go w dzieciństwie w Warszawie, pisał w swych wspomnieniach Konstanty Paustowski, trochę Polak, trochę Turek, trochę Ukrainiec i jednocześnie cały Rosjanin. Polska babka powiozła go do Częstochowy, a po drodze zawadzili o Warszawę.

Marginałki

   Rano budził zapach kawy. Nie takiej jak w telewizyjnej reklamie, prawdziwej i wytwornej, ale kawy zbożowej, lekko pachnącej wanilią, zwanej ciągle "kawą knajpowską". Na papierowych torebkach wyimaginowany był Turek, tak też - "Turek" - nazywała się kawa.
   Często waniliowy zapach kawy uprzedzał dźwięki, które przerywały sen - łomot okutych żelazem kół chłopskich wozów, zimą dzwonki sań, pokrzykiwania sprzedawców drewna.
   Gdzieś pomiędzy kawę a uliczne odgłosy wkradało się radio. Boże, jak nienawidziliśmy w dzieciństwie pana magistra (później doktora) Hofmanna, który, dziarsko pokrzykując, kazał maszerować po pokoju w rytm muzyki bębnionej na fortepianie, wykonywać skłony i w ogóle zachowywać się tak, jak rano nie zachowuje się żaden przyzwoity, normalny człowiek.
   Następną częścią rytuału było śniadania. Stanowiło fundament odżywiania się. "Śniadanie jedz sam - powiadano - obiad z przyjacielem, a kolację oddaj wrogowi". Tymczasem rano rozpaczliwie nie chciało się jeść - kawa na mleku mdliła, zwłaszcza jeżeli pokrywały ją obrzydliwe kożuchy, jajko na miękko nie smakowało, jajecznica - jeszcze mniej. Na śniadanie zwyczajowo nie podawano wędlin, a starzy ludzie, nawet jeżeli zjedli solidny kawał chleba z twarożkiem, powiadali, że "wypili śniadanie", co było dla nas, dzieci, i śmieszne, i irytujące.
   A po śniadaniu czekał nas jeszcze obrzydliwy rytuał - picie tranu. Tran - cuchnący, tłusty - przegryzało się niczym kieliszek wódki - kawałkiem razowego chleba posypanego ziarnistą solą. Był zmorą dzieciństwa.
   Tymczasem w kuchni szykowało się drugie śniadanie, tym razem zazwyczaj wędlinowe - jakieś kanapki z szynką, z kiełbasą. Śniadanie nosiło się do szkoły w śniadaniówkach - małych, oklejonych dermą, tekturowych pudełkach, noszonych na pasku.
   A jeszcze później szło się do szkoły, niezbyt chętnie, powoli, ale nie aż tak wolnym krokiem, żeby nie zdążyć przed dzwonkiem.
   Bo szkoła - chociaż stanowiła coś w rodzaju towarzyskiego klubu, chociaż oferowała takie atrakcje, jak gra w okręty i cymbergaja - była nudnym, ciążącym obowiązkiem... AMK

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie