Pozowickie perełki

ETYZ
Ciosko, kwasak, siedlarka, opalki, sztreka - wielu osobom nazwy te są całkowicie obce. W Pozowicach najlepiej rozumieją je przedstawiciele starszego pokolenia. Ciekawostką jest, że gwara, którą jeszcze się posługują, nie rozpowszechniała się poza wieś, że wielu używanych lokalnie słów nie znają nawet w sąsiednim Facimiechu czy Krzęcinie.

Pozowice

   - Gwara ta była tak mocno zakorzeniona przede wszystkim z powodu małej migracji miejscowej ludności. Pozowiczanie zazwyczaj zawierali związki małżeńskie pomiędzy sobą, przybyszów traktowali z niechęcią. Poza tym osoby w średnim wieku na ogół mają wykształcenie podstawowe. Niewielka liczba ich dzieci podejmowała też naukę w szkołach średnich czy na wyższych uczelniach - wyjaśnia znawczyni pozowickiej gwary, sama pochodząca z tej miejscowości, nauczycielka języka polskiego w miejscowej szkole podstawowej Jadwiga Żmuda.
   Na podstawie własnych obserwacji twierdzi ona, że dzieci coraz rzadziej używają języka gwarowego: to efekt reformy oświaty, która spowodowała, że 13-letnie dzieci zaczęły uczęszczać do gimnazjum w Skawinie i na skutek kontaktów z kolegami z innych środowisk eliminują ze swego języka lokalne wyrażenia.
   - Ale ta gwara jest bardzo piękna i wymowna - mówi dyrektorka szkoły Beata Nowalska. Wspomina, że gdy siedem lat temu rozpoczęła pracę w Pozowicach, nie rozumiała wielu słów. Dzieci mówiły, że po lekcji wychowania fizycznego muszą się zaportkować (włożyć spodnie) czy coś zatorobić (zawiązać).
   Aby język ten nie poszedł w zapomnienie, Jadwiga Żmuda postanowiła opracować słownik gwarowy. Zawiera on 2,5 tysiąca słów. - To część wciąż jeszcze żywej kultury tego środowiska. Jesteśmy świadkami zachłyśnięcia się kulturą i językiem Zachodu. Dzieci odcinają się od korzeni: fascynują się walentynkami, a zapominają, że mamy swoje barwne i wesołe święto Kupały - mówi polonistka, autorka tzw. ścieżki regionalnej, ujętej w programie nauczania szkoły.
   Słownik - jak mówi - zawiera perełki językowe, nie używane w innych miejscowościach. Są w nim nie tylko pojedyncze słowa, ale i całe zwroty, np. bić śpikami po kątak (głośno płakać za kimś z żalu - poniewczasie). Mówiło się: Cekoj, ino mie zabraknie, to beźes bic śpikami po kontak.
   Ponieważ Pozowice są miejscowością rolniczą (nie ma dużych gospodarstw, ale każdy uprawia kawałek ziemi dla siebie), tamtejsze słownictwo zawiera najwięcej wyrazów związanych z tą dziedziną życia. Nadal w użyciu są określenia: tragac _czy _grabiarka _oraz _kucier (poganiacz koni przy oraniu pola). Wiele jest wyrazów określających ludzi, a zwłaszcza kobiety: raśplaga, tyka, drabina, sabarnica, gidyja.
   Jadwiga Żmuda wspomina, że zbierając dane do słownika, natrafiła na szeroką gamę wyrazów określających rośliny zielne. Zwłaszcza znają je kobiety, np. Helena Sołtysek potrafiła podać ponad 60 nazw roślin, przeważnie chwastów, służących do - stosowanej często przez kobiety - medycyny ludowej.
   Oprócz pracy na roli, pozowiczanki zajmowały się farbowaniem i malowaniem chustek, które sprzedawały na targu. Do dzisiaj przetrwały nazwy, związane z tym zajęciem. Anolina to barwnik, same chusty zaś nazywane są kaźmierkami _i _tybetkami. Mężczyźni z kolei pracowali przy usypywaniu wałów wiślanych i przewożeniu na galarach żwiru, wydobywanego z dna Wisły. Głównym jednak ich zajęciem było rolnictwo. Nie zanikło nawet wtedy, gdy w latach pięćdziesiątych XX w. gospodarze gremialnie podejmowali pracę w powstających w Skawinie zakładach (hucie aluminium, elektrowni, szamotowni). Mówiło się o nich chłoporobotnicy. W ciągu ostatnich kilku lat, po likwidacji wielu stanowisk lub całych zakładów, ich podstawowym zajęciem stała się ponownie uprawa roli.
   Autorka słownika pozowickiej gwary sporządziła też wykaz słów nie używanych w sąsiednim Krzęcinie i Facimiechu. Tylko niektóre z nich mają podobne lub całkowicie inne znaczenie; pozostałe funkcjonują tylko w Pozowicach. Cioska - siekiera, ciurczeć - burczeć w brzuchu, dryczny - ładny, przystojny, kajdzior - duży brzuch (określenie obraźliwe), szklić - pochlebiać komuś, sztreka - tory kolejowe, wystoparczyć się - wyprostować się, stanąć na baczność, zatyłek - podwórko z tyłu domu.
   Nikt nie ma wątpliwości, że kultura musi się zmieniać. Wymusza to na niej rozwój cywilizacyjny, nowe wzorce, wpływ mediów, edukacja dzieci. - To proces naturalny, którego nikt nie jest w stanie zatrzymać, ale powinniśmy znać kulturę naszych ojców i dziadków - mówi Jadwiga Żmuda.
   Beata Nowalska przypomina, że szkoła jest niewielka, uczy się w niej 83 uczniów, którzy pójdą w świat i zapewne zapomną o swoich korzeniach. A przecież warto zachować dla potomnych historię tej małej ojczyzny. Z tego względu w szkole utworzono izbę regionalną, w której zgromadzono przyniesione przez uczniów różne przedmioty, niektóre jeszcze dzisiaj używane w gospodarstwach domowych. W formie lekcji historii dzieci zbierały także informacje o ich przeznaczeniu. Są tam więc cepy, chomąto, żelazko z duszą, metalowa praczka, trzy rodzaje miarek do zboża, niecki do wyrabiania ciasta, gliniany garnek, w którym kisiło się barszcz (nazywano go żurakiem _lub _kwasakiem). Na półkach można też obejrzeć ciosko - przyrząd służący do wygarniania żużla z opalanego drewnem pieca chlebowego, a także siedlarkę, rzadko spotykany przedmiot, przypominający szufelkę, przeznaczony do przesiewania zboża. - Stosowany był zamiast wiejaki, oddzielającej zboże od plew - tłumaczy Jadwiga Żmuda.
Tekst i fot.: (ETYZ)

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie