Pracowite pszczoły muszą okrążyć równik, aby zrobić... słoik miodu

Teresa Semik
Dla młodych ubrać się w strój ludowy to dziś jest obciach. Może coś się zmieni, jak będziemy dalej edukować? – zastanawia się Marian Dudys. – Choć dzieci się dowiedzą, że masło nie jest z Biedronki
Dla młodych ubrać się w strój ludowy to dziś jest obciach. Może coś się zmieni, jak będziemy dalej edukować? – zastanawia się Marian Dudys. – Choć dzieci się dowiedzą, że masło nie jest z Biedronki fot. Maciej Gapiński
Udostępnij:
Pasje. Dzieciom z miasta pług kojarzy się z odśnieżaniem, a nie z orką. Mówią, że do orania służy oraczka – opowiada Marian Dudys, emeryt, który w Górkach Małych w Beskidzie Śląskim prowadzi zagrodę edukacyjną pn. Chlebowa Chata, w rozmowie z Teresą Semik

– Co robi górnik na emeryturze?

– Uczy dzieci chleb wypiekać, masło robić. Opowiada, jak się dawniej na wsi jadło, spało, pracowało.

– Dlaczego ta wiedza jest w życiu ważna?

– Choćby dlatego, żeby teleturnieje w telewizji wygrywać.

– Pan wygrał?

– Nie, ale teleturnieje oglądam. Kiedyś można było wygrać 100 tysięcy, ale należało odpowiedzieć na pytanie: jak się nazywa płyn po zrobieniu masła.

– Serwatka? Nie...

– Pierwsza odpowiedź się liczy. Serwatka jest po produkcji sera. Trzeba było odpowiedzieć – maślanka. Drobna różnica, ale 100 tysięcy zł pani przepadło.

– Kto przychodzi do Pana Chlebowej Chaty?

– Ludzie z miasta i ze wsi, starzy i młodzi.

– Co ich dziwi?

– Starsi mają radość, że sobie przypominają, co kiedyś mieli w domu i wyrzucili, jako już bezużyteczne. Czasami mają łzy w oczach, bo im się życie cofa o jakieś 50 lat. Dla młodszych jest to odkrywanie innego świata. Są zdumieni, gdy mówię, że kiedyś dzieci musiały pracować w domu i w polu. No, jak można pracować będąc dzieckiem? Dziwią się bardzo. Na pytanie, z czego jest masło, słyszę, że… z Biedronki. Albo że jest ze słonecznika lub z czosnku. Dzieci widzą napisy na opakowaniach: masło czosnkowe, masło słonecznikowe, więc nasuwają się im proste skojarzenia.

– Górki Małe w gminie Brenna, gdzie stoi Chlebowa Chata, też już jakieś miastowe. Rolników nie widać, pola leżą odłogiem.

– Kilka większych gospodarstw nam zostało. Pozostali mieszkańcy idą do sklepu po masło, mleko, chleb. Ci mniejsi gospodarze już dawno wyginęli, a kiedyś w co drugiej chałupie była krowa. Teraz Brenna staje się sypialnią.

– Narzędzia rolnicze, które są w Pana zagrodzie edukacyjnej, chyba zbierał Pan po całej wsi?

– Po całej Polsce. Dzieci z miasta nie wiedzą, co to jest pług, brona, jak wyglądają kłosy pszenicy, żyta, a jak owsa.

– Drewniany wiatrak do mielenia zboża też Pan postawił w swojej zagrodzie, a przecież w Beskidzie Śląskim nie było wiatraków.

– To prawda, młyny były tu wodne, ale mnie się ten wiatrak spodobał. Z Podlasia go przywiozłem. Pod Łodzią stał większy, trzy razy, ale się wystraszyłem, że z takim to sobie nie dam rady. W tym moim wiatraku ksiądz Jan Góra z Lednicy odprawił mszę dla młodzieży. Odwiedził nas, gdy był w Ustroniu. Wpadła do nas też Gesslerka.

– Jakie smaki znalazła tu Magda Gessler?

– Przyjechała się integrować z pracownikami, ale zrobiła w naszej zagrodzie masło i podpłomyki. Zupełnie inna osoba niż w telewizji, ciekawsza i milsza.

– Najważniejszy w Chlebowej Chacie jest piec opalany drewnem. Według jakiego przepisu wypieka się w nim chleb?

– Znanego od stuleci. Zaczyn robimy z resztek ciasta z poprzedniego pieczenia. Potrzebna jest mąka (80 proc. żytniej i 20 proc. pszennej), sól, woda. Chleba z dziećmi nie pieczemy, tylko podpłomyki, bo szybciej, a są z tego samego ciasta. Rośnie pokolenie cateringu, to widać, bo na pytanie, co daje piec, dzieci odpowiadają – ciepło. Gotowanie posiłków nie jest tym pierwszym skojarzeniem.

– Może zbyt dużo Pan od nich wymaga? Kto dziś ma w domu piec do wypieku chleba? Prędzej do zrobienia pizzy.

– Po to właśnie jesteśmy, żeby przypominać o przeszłości. Dzieci siadają nad świeżymi podpłomykami, a my im wyjaśniamy, że dawniej chleb piekło się raz w tygodniu. A po co piekło się podpłomyki?

– Żeby zaspokoić pierwszy głód?

– To też, ale głównie po to, aby sprawdzić temperaturę pieca. Kiedyś podpłomyk był gruby, ale my robimy cieńsze i po 15 minutach wyjmujemy z pieca. Podpłomyk je się ciepły, bo po kilkunastu minutach ma zupełnie inny smak, łamie się i kruszy. Trzeba urywać po kawałku i smakować z masłem, miodem, smalcem. Co kto lubi. Do tego podajemy kawę zbożową, kupioną w sklepie.

– Kto napisał programy edukacyjne prezentowane w Chlebowej Chacie?

– Żona Jadwiga tym się zajmuje. Ma doszkolonych pracowników. Cały czas modyfikujemy te programy, w zależności od pytań dzieci oraz ich przygotowania do zajęć. Gdy pierwszy raz przyjeżdżało do nas przedszkole, byliśmy w stresie. Wydawało nam się, że opowieść o dawnym życiu na wsi w ogóle nie jest dla maluchów. Dyrektorka przedszkola była tego samego zdania, ale nasza chata blisko, jest tanio, no to zjawiła się z dziećmi.

– I co? Była rozczarowana?

– Skąd, w drugim roku znów przyjechała, ale już świadomie, jak sama mówiła. Miesiąc po tej pierwszej wizycie usłyszała od dzieci, w trakcie zabawy, nazwy przedmiotów i czynności związanych z wsią, które poznały właśnie w zagrodzie edukacyjnej. Coś więc w ich główkach zostało. Jak w szkole usłyszą o tym po raz drugi, zostanie na dłużej.

– Więc wkłada Pan góralskie portki, bruclik, gunię i wtajemnicza dzieci, jak się drzewiej na wsi żyło i pracowało?

– Strój wyjściowy górale wkładali tylko w niedzielę i na wielkie święto, a nie na co dzień. Buty ubierali dopiero przed kościołem, żeby po drodze nie zniszczyć. Nie będę ściemniał, że było inaczej. Do roboty nosili połatane gacie, ale my już nie chodzimy w połatanych. Nowoczesność i do nas dotarła. Dziś dla młodych ubrać się w strój ludowy to jest obciach, chyba że należą do zespołu folklorystycznego.

– Co dziś młodzi robią na wsi?

– Klikają, jak w mieście. Komputery zniszczyły radość na wsi, wspólną zabawę. Teraz nikt nie myśli, żeby iść potańczyć, tylko siada i klika. Może coś się zmieni, jak będziemy dalej edukować. Pani wie, jak nazywa się narzędzie do orania?

– Pług. To chyba nie jest skomplikowane?
– Dzieciom pług kojarzy się tylko z odśnieżaniem. Nie znają słowa ,,orać”. Mówią więc, że do orania służy oraczka. W naszej chacie mogą sporo tych narzędzi rolniczych zobaczyć. Mamy sprzęt do robienia masła, kamienne żarna do mielenia zboża. Stoi zabytkowa kuźnia, choć koni w okolicy prawie nie ma, olejarnia do tłoczenia oleju, nawet wóz strażacki, bo też jest potrzebny na wsi.

– Teraz większość zawodów jest zabytkowa.

– Nie ma kołodzieja, za chwilę nie będzie stolarza, zdunów jest już bardzo mało.

– Jak ten Pana biznes się kręci? Jest raczej sezonowy?

– Od marca czekamy na gości. Telefon dzwoni, ale ludzie zapisują się dopiero na maj. Wcześniej, gdy jeszcze byłem górnikiem kopalni Morcinek, którą mi zlikwidowali, a moja żona była księgową, wynajmowaliśmy pokoje turystom. Myśleliśmy, co tu zrobić, żeby te nasze noclegi były atrakcyjniejsze od innych. I tak powoli wskrzeszaliśmy ducha dawnej wsi, otaczając się przedmiotami sprzed lat. Efekt jest taki, że noclegi prawie wcale się nie sprzedają, a spotkania przy pieczeniu chleba i robieniu masła coraz lepiej.

– Próbował Pan zachęcić do współpracy władze oświatowe?

– Próbowałem, bo byłby to najprostszy sposób dotarcia do młodego odbiorcy. Na ogół urzędnicy odpowiadają, że ich prywatny biznes nie obchodzi. Trudno, radzimy sobie sami. Nie liczę na czyjeś pieniądze czy poparcie. Ludzie do nas przyjeżdżają, więc mam na wypłaty.

– Chociaż urzędnicy nie przeszkadzają?

– Od dziesięciu lat prowadzę tę zagrodę edukacyjną i ciągle konfrontuję się z urzędnikami. Długo nie mogłem postawić na mojej działce tego wiatraka z Podlasia, bo za wysoki. Musiałem napisać, że to będzie wiatrak reklamowy. Dlatego stoi najbliżej drogi.

– Stareńki budynek Chlebowej Chaty to spadek po przodkach?

– Spadek, ale nie mój. Chałupa jest z 1919 roku, przywiozłem ją spod Przemyśla.

– Jak to, spod Przemyśla? Co ma wspólnego z architekturą Brennej?

– W Brennej chaty stoją identyczne, ale pod Przemyślem są tańsze i inni są tam konserwatorzy zabytków. Czteroizbowa chata należała przed wojną do wójta bogatej wsi Markowa.

– Jak Pan z rodziną spędza wolny czas?

– Byliśmy w tym roku na Babiej Górze wschód słońca oglądać. Jeździmy po skansenach, by czegoś się dowiedzieć ciekawego. Zawsze zajmowałem się pszczołami. Z zamiłowania. Pani wie, ile kilometrów muszą pokonać pszczoły, aby powstał jeden słoik miodu?

– A Pan wie?

– Jak ul jest od kwiatów z kilometr, to 40 tysięcy kilometrów. Ziemię okrążą wzdłuż równika.

– Nie chce Pan odpoczywać na górniczej emeryturze?

– Cieszy mnie to, co teraz robię. Nie wiem, co w głowach tych dzieci zostanie, ale widzę, że są zadowolone, kiedy stąd wychodzą. To jest powód mojej satysfakcji.

Zagrody edukacyjne

To ogólnopolska sieć agroturystycznych gospodarstw edukacyjnych, realizowana przez Centrum Doradztwa Rolniczego w Brwinowie, Oddział w Krakowie, na zlecenie Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Obecnie jest ich w Polsce ponad 180. Służą promocji wsi oraz jej kulturowego dziedzictwa. Są alternatywą dla pozarolniczej działalności na obszarach wiejskich, uczą i bawią. Zagrody korzystają ze wsparcia funduszy europejskich.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie