Prawda nam się należy

Prawda nam się należy

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

franaszek2tif.jpg
- Z badań, jakie prowadzi Pan z zespołem historyków, który zajmuje się inwigilacją Uniwersytetu Jagiellońskiego przez Służbę Bezpieczeństwa, wynika, że na krakowskich uczelniach w latach 80. pracowało 174 agentów?
franaszek2tif.jpg

- mówi prof. PIOTR FRANASZEK, dyrektor Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego

- Te podane już w prasie dane są mocno nieścisłe. 174 osoby pojawiają się w roku 1985 w rejestrze całego Wydziału III krakowskiej Służby Bezpieczeństwa, który zajmował się śledzeniem środowiska naukowego w naszym mieście.
Ci agenci, z których tylko część była tajnymi współpracownikami, to nie tylko ludzie związani ze szkołami wyższymi, ale i m.in. osoby ze środowiska literatów, które np. donosiły na prof. Jana Błońskiego. W latach 80. przewinęło się przez nasz uniwersytet 140 pseudonimów. Są to pracownicy i studenci oraz osoby z zewnątrz, które miały kontakt z UJ, choć tam nie pracowały ani nie studiowały. Poza tym jedna osoba miała czasem kilka pseudonimów, zatem agentów było mniej.
- Nie wszyscy byli też tajnymi współpracownikami?
- Właśnie. Niektórzy byli "tylko" kontaktami operacyjnymi. Jak jeden z byłych pracowników Instytutu Nauk Politycznych UJ, już nieżyjący. Był członkiem PZPR, a partyjnych oficjalnie nie wolno było werbować jako TW. To nie znaczy, że ów "kontakt" nie był bardziej szkodliwy niż niejeden TW. Liczba donosów dotyczących członków "Solidarności", jakie przekazywał SB jest olbrzymia. Chyba żaden TW nie złożył tylu raportów. Takie kontakty operacyjne też są w owej liczbie 140.
- Ta osoba pełniła ważne funkcje w Instytucie Nauk Politycznych?
- Pełniła funkcje partyjne. Była nawet I sekretarzem partii na UJ. Występowała też przez pewien czas jako doradca "Solidarności".
- 140 pseudonimów to chyba mało jak na około 3 tysięcy pracowników UJ w latach 80.?
- Mało, tym bardziej że z danych SB wynika, iż średnio na UJ było rocznie zaledwie 35-37 TW. Liczba kontaktów operacyjnych, o jakich wspominałem i tzw. kontaktów służbowych, które z racji zajmowanych stanowisk miały niejako obowiązek przekazywania SB pewnych informacji, była płynna. Owych trzydziestu kilku tajnych współpracowników zapewniało jednak Służbie Bezpieczeństwa kontrolę nad wieloma ważnymi wydarzeniami na uczelni. Dopiero w latach 80. SB uznała, że to za mało.
- Z pańskich badań wynika, że większość TW na uniwersytecie stanowili studenci. Łatwiej było ich zwerbować niż pracowników uczelni?
- W latach 80., jak szacuję, jakieś 2/3 tajnych współpracowników stanowili studenci. Pracowników rzeczywiście niełatwo było zwerbować, ale to oni, raz zwerbowani, przekazywali stałe, "stabilne" informacje. Studenci często wymykali się SB spod kontroli. Poza tym kończyli studia i trzeba było werbować nowych agentów.
- Esbecy zwykle nie musieli uciekać się do szantażu. Godzono się na współpracę z racji "współodpowiedzialności obywatelskiej".
- Mitem jest, jakoby często wykorzystywano materiały kompromitujące daną osobę, by skłonić ją do współpracy. Funkcjonariusze SB traktowali szantaż jako ostateczność, to był as w rękawie, jeśli na kimś im wyjątkowo zależało, a inaczej nie dawało się go podejść.
- Mało kto też zrywał współpracę.
- Taka możliwość istniała i takie przypadki się zdarzały. Tak postąpił np. orientalista prof. Jan Bogumił Ciopiński. Znalazłem w Instytucie Pamięci Narodowej materiały, które "dramatycznie" to opisują. Są też kuriozalne przypadki podobnych decyzji. Nie podam nazwiska tej osoby, ale naukowiec z Instytutu Filologii Angielskiej UJ, dziś na emeryturze, wyjątkowo gorliwy donosiciel, nagle zerwał współpracę po 19 latach.
- Z powodów prywatnych?
- Nawet bardzo prywatnych, zresztą przedziwnych i zabawnych. SB długo nie mogła w nie uwierzyć.
- Agenci brali też za swoje usługi pieniądze lub prezenty. Nie mieli oporów, by je przyjmować?
- To SB często nie chciała ich wynagradzać. W jednym z raportów funkcjonariusza, do jakich dotarłem, czytamy np.: "zrezygnowałem z wręczenia wynagrodzenia w wysokości 500 zł, bo współpracownik nie wykonał zadania". SB nie była wcale hojna. Niektórzy nie dostawali nic nie dlatego, że nie chcieli. Znaczne usługi jednak doceniano. Lesław Maleszka był tu finansowym "liderem".
- Pieniądze brał też dr hab. Krzysztof Ślusarek z Instytutu Historii UJ, który nadal pracuje na uczelni.
- Brał i to, niestety, najwięcej pod koniec lat 80.
- Wynagradzani byli także studenci.
- Owszem, jak występujący m.in. w teczce Jana Rokity TW "Grzegorz", czyli Andrzej Grzywacz, student Wydziału Prawa. Został zwerbowany pod koniec lat 70., gdy narozrabiał na Węgrzech. Nie wiem, co się tam wydarzyło, ale wykorzystała to SB. Został "skierowany" do dominikanów, do duszpasterstwa "Beczka". Można powiedzieć, że sporo wycierpiał - musiał np. regularnie chodzić na msze o godz. 7 rano. Pisał z nich raporty: "Na mszy było 15 osób, 10 dziewczyn, pięciu chłopaków, nikogo nie znam". Chodził też na pielgrzymki. W jednej szedł mimo skręconej nogi. Zachowało się nawet poświadczenie odbioru pieniędzy za udział w pielgrzymce do Częstochowy.
- Czy któryś z wydziałów uniwersytetu cieszył się szczególnym zainteresowaniem SB, czy też wszędzie z jednakowym zaangażowaniem próbowano werbować współpracowników?
- To zależało od aktywności pracowników i studentów wydziału. Zwykle to humaniści bardziej angażowali się w niezależne akcje, toteż te wydziały cieszyły się "atencją" SB. Zwłaszcza np. filozofia, gdzie inwigilowano szczególnie grupę skupioną wokół Mirosława Dzielskiego; był tam m.in. Tadeusz Szyma, Bronisław Łagowski, Karol Tarnowski. Na te osoby donosili m.in. TW "Krzysztof" i TW "Aster", TW "Piotr" i TW "Filozof". Ten ostatni to dr hab. Jan Pawlica. Dwóch pierwszych nie znam. TW "Piotr" już nie żyje. Był pracownikiem Instytutu Filozofii. Jego nazwisko nie zostało opublikowane, ale uważam, że trzeba je będzie w końcu podać. To ma sens i swoją wagę, także dla przyszłych pokoleń.
- Dlaczego zatem tak niewielu donosicieli poznaliśmy do tej pory? Badania dotyczące naszej przeszłości są przecież potrzebne.
- Ich potrzeba jest oczywista. Chodzi o ujawnianie prawdy i weryfikację naszego stanu wiedzy na temat najnowszej historii.
- Opublikowanie nazwisk to chyba niewielka kara za donoszenie na kolegów i złamanie życia wielu ludziom?
- Nie chodzi nawet o karę. Nam się to należy! Mamy prawo poznać przeszłość. Oczywiście, najlepiej byłoby, gdyby te osoby same przyznały się do współpracy z SB.
- Jakoś nie chcą tego zrobić.
- Nie chcą. To zresztą bywa niełatwe. Ich rodziny zwykle niczego nie wiedzą. A wracając do prześladowanych wydziałów UJ - aktywnością wyróżniali się też historycy i polonistyka. Na fizyce był z kolei rodzaj biernego oporu. Mieli, zdaje się, tylko jednego członka partii.
- Kiedy poznamy nazwiska, o których Pan mówi?
- Mam nadzieję, że prace nad raportem, jaki przygotowuje nasz zespół historyków, uda się skończyć w styczniu. Potem chciałbym też przygotować książkę. Niestety, tylko z ujawnianiem TW sprawa powinna być prosta. Część kontaktów operacyjnych występuje natomiast w materiałach Instytutu Pamięci Narodowej tylko jako inicjały, jest nierejestrowana, zatem - w myśl obowiązujących przepisów - w razie procesu sądowego to nie wystarczy. Nawet jeśli mamy pewność, o kogo chodzi.
- Już niedługo zmieni się jednak ustawa lustracyjna i łatwiej będzie zajrzeć do akt IPN nie tylko historykom.
- Jeśli przygotowywane przepisy wejdą w życie, poznamy te nazwiska szybko. Na razie są w tajnej kartotece w IPN, do której historycy nie mogą zajrzeć. W samym instytucie jest tylko kilka osób, które mają dostęp do tego zbioru.
- Tajni współpracownicy, o których rozmawiamy, szkodzili tylko środowisku naukowemu?
- Nie tylko, o czym, niestety, niewiele się mówi. Ci sami agenci byli za granicą wykorzystywani przez wywiad i kontrwywiad - a więc I i II Wydział SB. Teoretycznie te wydziały istniały tylko w Warszawie, jednak w Krakowie miały tajny inspektorat - małą, zakonspirowaną komórkę, która pełnymi garściami czerpała informacje od innych wydziałów SB.
- Czyli agent z UJ przydawał się wywiadowi?
- Właśnie. Tak było z jednym z bardzo ważnych dziś na UJ profesorów, którego nazwiska nie zdradzę.
- Na jakim wydziale pracuje?
- Na polonistyce. I w przypadku takiej współpracy czytamy w aktach np., że "w czasie pobytu w USA agent realizował zadania w ramach pewnej akcji wywiadu".
- Nawet zwykły kwestionariusz, jaki pracownicy naukowi musieli wypełniać w czasach PRL po powrocie z zagranicy, zawierał pytania, które nasuwały podejrzenia, kto z tego korzysta. Stopień szczegółowości pytań o nazwiska czy tematy rozmów podczas takiej wizyty budził wątpliwości. Niektórzy zbywali to ogólnikami, ale inni pisali całe raporty.
- Dokładnie tak. Sam musiałem wypełnić taki kwestionariusz, gdy pojechałem do Francji. Pewnych rubryk można było nie wypełnić i uznać, że się nie rozumie pytań. Niestety, byli tacy, którzy pisali elaboraty. Pewien fizyk sporządzał tak dokładne relacje z wyjazdów, podawał wyposażenie instytutów, że musiał zainteresować się tym wywiad gospodarczy. Takie sprawozdania bardzo wykraczały poza to, co można by wówczas uznać za "standardową" relację z wyjazdu naukowego. Ów naukowiec pisał też, z kim warto utrzymywać kontakt.
- Sam się prosił o werbunek?
- Bardzo chciał być przydatny. Założono mu zresztą teczkę jako kandydatowi na TW. Nie wiem, czy nim został, choć otrzymał zadanie do zrealizowania w czasie jednego z wyjazdów.
- Rektorska Komisja ds. Inwigilacji UJ przez SB zakończyła już pracę. Z wniosków, jakie sformułowała, wynika, że osoby, których współpraca się potwierdzi, nie powinny pracować na uczelni lub co najmniej zajmować kierowniczych stanowisk. Nikt chyba jednak nie stracił zajęcia. Byli agenci powinni uczyć młodzież?
- Nie byłem członkiem tej komisji, choć byłem zapraszany na jej posiedzenia jako ekspert. Jako historyk chcę opisać pewne wydarzenia; oceny moralne to już inna dziedzina. Prywatnie mogę stwierdzić, że płaszczyzna etyczna jest istotna. Aspekt wychowawczy dotyczy także wyższych uczelni. Jeśli ktoś wtedy zdradził kolegów, bez wątpienia postępował nieetycznie. Jeszcze gorzej jest, jeśli taka osoba nadal tak postępuje i kłamie na temat swej przeszłości. Decyzja należy do władz uczelni. Są jednak uzasadnione wątpliwości, czy taka osoba powinna uczyć młodzież.
Rozmawiała: EWA ŁOSIŃSKA

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo