Prawie się udało

Redakcja
Stefan Kisielewski (1911-1991) Fot. archiwum "Dziennika Polskiego"
Stefan Kisielewski (1911-1991) Fot. archiwum "Dziennika Polskiego"
Miał charakter i odwagę. Mawiał, że nigdy nie walczy z ludźmi, lecz z poglądami. Dowcipny i inteligentny, był uwielbiany za cotygodniowe felietony w "Tygodniku Powszechnym". "Czy miałem wpływ na bieg wydarzeń? Nie wiem, ale na psychikę wielu ludzi wpłynąłem" - pisał Stefan Kisielewski w aneksie do swojego "Abecadła".

Stefan Kisielewski (1911-1991) Fot. archiwum "Dziennika Polskiego"

"Kisiel" - w stulecie urodzin

Za kilka dni, 7 marca, skończyłby 100 lat.

- Kisiel przywracał wiarę, że można było mimo wszystko coś zrobić. Dawał dystans do świata i pozwalał wyważyć odpowiednie proporcje. Nie znosił głupoty i był wyczulony na fałsz - mówi Krzysztof Kozłowski, były minister spraw wewnętrznych, senator, wieloletni redaktor "Tygodnika Powszechnego". - Bez Kisiela byłoby trudniej żyć w PRL-u, trudniej myśleć o przyszłości. Czytelników pokrzepiało to, co pisał. Należał do tych, którym o coś więcej chodziło. Dzięki takim jak on nie musimy się dziś wstydzić przeszłości.

- To była osobowość skomplikowana, rzec można "wielowarstwowo skontrastowana". Snuły się w nim różne mroki i dramatyczne wątki, które umiał przynajmniej zewnętrznie przemienić w żart - tłumaczy Adam Walaciński, kompozytor, uczeń Kisielewskiego.

Miał poczucie upływu czasu. - Pewnego razu, gdy przyjechał z Warszawy do "Tygodnika", umówiliśmy się w kawiarni "Kolorowa" na Gołębiej, gdzie bywało dużo młodzieży akademickiej - mówi Adam Walaciński. - W trakcie rozmowy krzywił się niemiłosiernie i stale mamrotał pod nosem "ohyda". Ja, już trochę rozdrażniony, zapytałem w końcu: co ci się stało, a on wycedził zjadliwie: "Ohyda, takie to wszystko młode"! Tak smutek przemijania splatał się u niego z groteskową ironią.

- Był renesansowy, fascynujący w swojej niepodległości, ale także w narracji, uwagach, obserwacji świata i ludzi - wspomina Jan Polewka, reżyser, scenograf, tłumacz, który mieszkał przy ul. Krupniczej 22 w Krakowie nad Kisielewskimi, w słynnym Domu Literatów. - Ironiczny, wesoły, ale miał w sobie powagę człowieka, który widział, jak się rozpada świat. Pisał: "Martwię się, aby z Polską nie stało się coś złego".

"Miałem sporo szczęścia" - pisał Kisiel. Pochodził z domu o literackich tradycjach, wszechstronnie wykształcony muzycznie - zdobył trzy dyplomy Konserwatorium Warszawskiego: teorii, kompozycji, fortepianu - początkowo stawiał na muzykę. Jego I Symfonia miała być wykonana w Filharmonii Warszawskiej 6 września 1939 roku.

W czasie okupacji utrzymywał się z wożenia rikszą kartofli, nauki gry na fortepianie, akompaniowaniu tancerzom, graniu w kawiarniach, a także z pracy w podziemnym radiu. Ranny w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego, opuścił miasto z transportem ludności cywilnej, uciekł z pociągu i przedostał się do Skierniewic, do przyjaciela. Do Warszawy powrócił w styczniu 1945 roku. Niebawem rektor Drzewiecki wezwał go do Krakowa, do pracy w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej.

"Przyjechałem do Krakowa (...) i nagle widzę, że to jest Europa. Przekrój wychodzi, znajomi. A potem Tygodnik Powszechny (...). Dzięki temu, że długo pisałem, że przeżyłem, że trafiłem w dobre grono, że potem umarł Stalin (...), no i potem Październik. Jakoś się to wszystko układało, że człowiek płynął i zrobił sobie renomę". W 1945 roku założył "Ruch Muzyczny"; w "Tygodniku Powszechnym" pisał z przerwami 44 lata, przestał w 1989 roku, gdy redakcja zaczęła go cenzurować. Od 1957 roku był posłem na Sejm dwóch kadencji z koła Znak. Zawsze bezkompromisowy, obrywał za swoje poglądy: został pobity przez "nieznanych sprawców", wyrzucony z krakowskiej uczelni, zabraniano mu publikacji, nie wykonywano jego muzyki.
Mimo to uważał, że miał szczęście. "(...) Mogło się inaczej skończyć. Ja miałem pojechać do Katowic, tam bym w muzyce jakiejś pracował i byłbym nieznanym człowiekiem" - pisał.

Czasy w Krakowie, choć najgorsze dla Polski, były dobre dla Kisiela. W Domu Literatów przy ul. Krupniczej nic nie mogło mu się stać. Był lubiany i poważany, bano się jego ciętego dowcipu. Adam Polewka wracał do domu późno, na klatce schodowej nie było światła, przewrócił się, robiąc huk. Z mieszkania wypadł Kisiel: - "Kto tam?" - zawołał. - "Swój" - odpowiedział Polewka. A na to Kisiel: - "Co? Już pana wywalili?".

W swoim towarzystwie literatów czuli się bezpiecznie, bo donosiciele nie mieli odwagi zawiadomić UB. Sprawy załatwiane były przez Związek Literatów. - Kiedyś towarzystwo sobie mocniej popiło i Kisiel zaczął źle gadać o Stalinie. Nie zauważył, że w kącie stołówki literatów siedzieli z koła młodych, tacy, co to za dnia czerwone krawaty nosili - wspomina Jan Polewka. - No i się zrobiła sprawa. Przed związkowym sądem stanął Kisiel, który się tłumaczył, mówiąc m.in., że "wolno psu szczekać na pana Boga". A na to Adam Polewka, prezes związku: "Kolega Kisielewski złożył wyczerpującą samokrytykę według swoich chrześcijańskich pojęć. Możemy to przyjąć, jako skruchę".

Stefan Kisielewski pisał książki, publikując za granicą pod licznymi pseudonimami: Teodor Klon, Tomasz Staliński, Julia Hołyńska. Często był bez pracy, rodzinę utrzymywała żona Lidia, która pracowała w Polskim Wydawnictwie Muzycznym. Kisiel pomagał jej realizując zlecenia od przyjaciół: dla PWM redagował katalogi i opracowywał wyciągi fortepianowe, dla Groteski pisał muzykę.

Spotkać go można było zazwyczaj w wiatrówce; prawą nogawkę spodni miał spiętą spinaczem, bo jeździł na rowerze; chodził w pionierkach lub trampkach. Jak został posłem, żona kupiła mu garnitur. - Adasiu, prosił mnie - wspomina Adam Walaciński. - Zobacz, czy nie będę wyglądał w nim niepoważnie?

- Kiedyś byłem u nich w mieszkaniu w Warszawie, na ul. Szucha i zobaczyłem w szafie kłębowisko krawatów. To twoje? Pytałem Jerzyka, najmłodszego syna Kisiela - mówi Jan Polewka. - Nie, ojca. Ojciec lubi. Widać Kisiel lubił mieć krawaty, ale rzadko ich używał.

- Niedbale ubrany, był bardzo wewnętrznie uporządkowany. Na biurku trzymał w kubku starannie zastrugane ołówki, wiedział dokładnie, co ma w każdej szufladzie biurka - wspomina Adam Walaciński. - Pewnego dnia Kisiel poprosił mnie, abym, jako skrzypek, przejrzał jego nową kompozycję na skrzypce "Capriccio energio". Przeglądając czyściutki rękopis dopisałem ołówkiem jeden mały łuk legatowy, a Kisiel rozzłoszczony naskoczył na mnie: "Co ty mi tu bazgrzesz po nutach!", wymazał łuczek gumką i w tym samym miejscu nakreślił taki sam.

Miał wielką łatwość pisania. Anegdoty, którymi ubarwiał swoje felietony, najpierw opowiadał znajomym i układał je w głowie w zgrabną i zwięzłą formę, w różnych wersjach i z różnymi bohaterami, a potem sięgał do gotowych "prefabrykatów". Pisał zawsze ręcznie, ale bardzo czytelnie, charakterystycznymi, dużymi kulfonami, bez skreśleń. Mawiał: "Moja myśl potrzebuje kontaktu z papierem".
- Gdybym powiedział, że Kisiel nie lubił knajp, to bym skłamał - mówi Krzysztof Kozłowski. - Nie był smakoszem, ale jedzenia nie odmawiał. Lubił czystą. Wówczas w restauracjach podawali w kieliszkach po 25 gram. Układał te kieliszki na stole, a gdy zebrał dziesięć, prosił o szklankę i przelewał do niej wódkę i, w sposób przykry dla otoczenia, siorbał ją powoli, łyczkami.

Adam Walaciński zapamiętał natomiast, że Kisiel lubił czystą, ale nie jej smak. Gdy zlał do szklaneczki setkę, wypijał jednym haustem.

Lubił grać w karty, w pokera, ale także w brydża. Adam Walaciński wspomina: - Kiedyś, nad morzem usiadł do gry z przypadkowymi, obcymi partnerami. "Po ile gramy?" "Jak zwykle, dwa za punkt" - powiedzieli. "Dobrze" - zgodził się beztrosko Kisiel, ale dopiero na końcu, już przy rozliczeniach, zorientował się, że to nie o dwa złote za punkt chodzi, lecz o dwa dolary, co w tamtych czasach, licząc po kursie czarnorynkowym, stanowiło olbrzymią różnicę. "Aż się spociłem" - wyznał. Na szczęście nie przegrał, a nawet zyskał niezłą sumkę.

- Kisiel lubił sport. Znał nazwiska, wyniki. Kibicował zawsze Legii Warszawa, nawet tu, w Krakowie, gdzie mieszkał 15 lat. Jeździł często na rowerze, jego dzieci też. Dlatego w mieszkaniu, w przedpokoju, zawsze stały rowery - tłumaczy Jan Polewka. - Kiedyś wracał syn Wacek do domu po winie, odtworzył drzwi i wpadł w rowery, przewracając je. A na to Lidia: "Czekaj, Wacek, ojciec przyjdzie, to ci pokaże". Po godzinie otwierają się drzwi i Kisiel wpada w rowery. Rumor. A na to Lidia: "Jaki ojciec, taki syn".

- Na wakacjach na plaży zawsze organizował zawody. Miał profesjonalny dysk, kamień był kulą. Skakaliśmy w dal i próbowaliśmy trójskok - dodaje. Lubił piesze wycieczki. Dużo chodził. Przeszedł na piechotę z Zakopanego do Krakowa. - Potem Jerzyk chciał wyrównać rekord ojca, ale mu się nie udało, bo zgubił podeszwę pod Myślenicami - wspomina Jan Polewka.

To zdjęcie obiegło cały świat: Czesław Miłosz i Stefan Kisielewski podczas przyjęcia wydanego przez króla Szwecji dla laureatów Nagród Nobla robią miny do fotografa. - Kisiel był świadom swojej urody. Często robił głupie miny. Prowadził z Miłoszem taką grę na miny. Nie wiem, kto wyszedł z niej zwycięsko - wspomina Adam Walaciński.

Choć wielu uważa, że muzykę traktował lekko, miała ona dla niego ogromne znaczenie. Napisał około stu kompozycji. - To był człowiek w masce. Tą maską były wygłupy, bawienie towarzystwa. Ale tak naprawdę był bardzo smutny, gryzł się wieloma sprawami. Jego osobistym dramatem było to, że gdy nastała wolna Polska, jako felietonista stracił grunt pod nogami. Żądali od niego języka brutalnie jednoznacznego. On nie potrafił mówić językiem sloganowym - tłumaczy Krzysztof Kozłowski.

Kiedy iskrzyło na linii Kisiel - "Tygodnik Powszechny" do Warszawy wysyłany był w charakterze emisariusza Krzysztof Kozłowski. Wpadał wówczas do Kisiela, na ul. Szucha. Siadali przy stole, Kisiel wyciągał wódkę, nalewał do szklanek, pili i gadali, często do rana. Tego dnia, 27 września 1991 roku, było jednak inaczej. Kisiel leżał w Szpitalu Przemienienia Pańskiego, a Krzysztof Kozłowski, wówczas senator, pracował w Warszawie. Od kilku godzin miał w kieszeni list od Turowicza do Kisiela, list pojednawczy.
Posiedzenie Senatu się przedłużyło i kiedy Krzysztof Kozłowski szedł szpitalnym korytarzem, minęła go biegnąca ekipa reanimacyjna. - Czekałem na korytarzu, pod drzwiami sali, gdzie leżał Kisiel, bo nie pozwolili mi wejść. A kiedy ekipa reanimacyjna wyszła, zrozumiałem, że listu mu już nie przeczytam ... - wspomina Krzysztof Kozłowski.

W aneksie do "Abecadła" Kisiel pisał: " (...) wpadła mi w ręce książka Drugie cesarstwo, nie pamiętam autora, angielska książka i tam było o Rocheforcie, to był sławny dziennikarz za Napoleona III, że nie mógł wprost więc pisał różne recenzje teatralne, gdzie zjeżdżał na przykład aktorów, których cesarzowa lubiła, opluwał sztuki, które cesarz protegował - co wszyscy wiedzieli, więc cały Paryż się śmiał, że to właściwie nie jest recenzja, tylko bije w cesarza. No i zrobił karierę.

Ja sobie pomyślałem, że dobrze byłoby być takim Rochefortem jak przyjdzie Polska komunistyczna. Prawie się udało...".

Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie