Proszę wstać! Proszę siadać...

Redakcja
Zawarte w tych poradnikach interpretacje naszych zachowań najczęściej wyssane są z autorskiego palucha i można zdrowo naciąć się przyjmując je bezkrytycznie jako praktyczne wskazówki życiowe. Ale niektóre z nich opierają się na znanych od dawna i trafnych spostrzeżeniach. Pewne gesty są najpierwotniejszą formą porozumiewania się, wcześniejszą od mowy i do dziś niektóre zachowują w pewnych kręgach kulturowych w pełni aktualną treść. Są praktykowane, mimo że można je wyrazić również w sposób werbalny. Ale byłby to przekład bardzo skomplikowany, a przez to bezużyteczny. Prościej wyrazić coś gestem.

Jan Rogóż

W modzie jest dziś tak zwana mowa ciała. W księgarniach pojawiło się mnóstwo książek, które objaśniają, co oznacza, gdy nasz rozmówca zakłada nogę na nogę lub drapie się za uchem. Wielu ludzi chętnie je kupuje w nadziei, iż posiądą tajemną wiedzę, która da im przewagę w rozmaitych konfrontacjach z bliźnimi.
 W naszym kręgu kulturowym wszyscy podporządkowujemy się bez dyskusji zasadzie: władza siedzi, poddany władzy - stoi. Przyjął się ten ceremoniał tak powszechnie, że nawet gdy władza pozwala usiąść w swej obecności, traktuje się to jako wyróżnienie i szczególne uhonorowanie.
 Pojęcie władzy jest, jak wiadomo, dość obszerne, różne są jej szczeble i zakres; jest władza rodzicielska, władza nauczyciela, szefa, władza państwa i sądu. Dziś młody człowiek nie musi wysłuchiwać ojcowskiego strofowania na stojąco, ale jeszcze w XVIII-wiecznej Polsce było nie do pomyślenia, by siadał w obecności rodzica bez jego zgody. Lecz w szkole wywołany do odpowiedzi swoje kwestie wygłasza stojąc. Nieco zmieniło się w relacjach państwo - obywatel, ale krzesło dla petenta w urzędach jest wciąż jeszcze rekwizytem dość rzadkim. Do wyjątku należy może prokuratura, tam jednak do propozycji: "proszę siadać" należy podchodzić z pewną rezerwą. Skorzystawszy z zaproszenia nigdy nie możemy mieć pewności, jak długo posiedzimy.
 Najbardziej odporna na zarazę fraternizacji jest instytucja sądu. Tu rzadko kto bywa z własnej i nieprzymuszonej woli, antagonizm uczestników sesji sądowych ujawnia się bez osłonek, sąd więc w roli rozjemcy, by zapanować nad sytuacją, musi bardzo formalistycznie przestrzegać rytuału dystansu. Dlatego przed sądem zawsze się staje, wyjątek czyni się tylko ze względów humanitarnych - dla ułomności bądź podeszłego wieku. Inne preteksty dla przywilejów nie są honorowane. Wobec prawa wszyscy mają być równi.
 Takie jest powszechne, mocno ugruntowane przekonanie. Ale czy istotnie dla nikogo nie powinno się czynić wyjątków? W jednym z sierpniowych numerów "Gazety Polskiej" znalazłem wypowiedź posła UW, mecenasa Edwarda Wendego, którego zapytano: "Czy prezydent, który jest pierwszą osobą w państwie, nie powinien cieszyć się względami wymiaru sprawiedliwości"? - Powinno się zachować wobec niego - _odpowiada mecenas - pewną elegancję. Bierzmy przykład z wzorów przedwojennych. Prezydent nie był przesłuchiwany w sądzie. Wysyłano do niego sędziego z protokolantem i przesłuchiwano go w dogodnym dla niego miejscu i czasie. Ale prezydent był jednak świadkiem i musiał zeznawać._
 To rzeczywiście bardzo eleganckie rozwiązanie i kto wie, może uda się je z czasem przywrócić bez szkody dla zasady egalitaryzmu. Ale ograniczone rzeczywiście wyłącznie do osoby prezydenta. Bo w czasach wspomnianych przez mecenasa, uczyniono, przynajmniej raz, wyjątek jeszcze dla jednej prominentnej osobistości i to ze skutkiem raczej humorystycznym, dowodzącym, jak łatwo pusty ceremoniał przeistacza się w farsę. Tak oto opisuje ten przypadek Kazimierz Rudnicki w swoich "Wspomnieniach prokuratora": ĄDo sędziego śledczego jednego z rewirów warszawskich nadeszło polecenie zbadania premiera Składkowskiego jako świadka. Sędzia był na urlopie, zastępował go asesor. Otóż asesor skomunikował się z sekretarzem premiera, pytając, kiedy ten może go przyjąć w celu złożenia zeznań. Nawiasem mówiąc, ten ceremoniał obowiązywał tylko w stosunku do prezydenta. Uzgodniwszy datę i godzinę, asesor udał się do Prezydium Rady Ministrów, zabierając z sobą woźnego. Gdy sekretarz zawiadomił asesora, że premier czeka, asesor oblókł się w togę, puścił przed sobą woźnego, a gdy obaj weszli do gabinetu Sławoja, woźny zadzwonił i zawołał: `Proszę wstać!`. Premier bardzo się zdziwił, ale jako generał, znał posłuch i wstał. Asesor zbliżył się, usiadł przed biurkiem, poprosił Sławoja, aby też usiadł, przesłuchał i pożegnał już bez dzwonienia i wezwania, by wstał. Składkowski nie mógł się jednak pogodzić z podobnym ceremoniałem. Na drugi dzień ówczesny minister sprawiedliwości Car zadzwonił do prezesa sądu okręgowego wzywając do siebie owego asesora. Jaka tam była rozmowa - nie wiem, ale asesor wnet wylądował w Łodzi. Był on później sędzią w jednym z sądów okręgowych i bardzo dobrym cywilistą, ale myślę, że słysząc później, jak woźny przy jego wejściu wołał: `proszę wstać`, doznawał niemiłego wrażenia".

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie