Przechadzka

Redakcja
Dzika plaża i groźne morze w Orzechowie 8 września 2004 r. Świnoujście - Wisełka, 27 km. O godz. 13 wychodzimy na plażę i kierujemy się na wschód. To "oficjalny" początek Przechadzki. Pomiędzy Świnoujściem a Międzyzdrojami mijamy kilku naturystów. Sami mężczyźni - niestety.

Ze Świnoujścia na Hel, czyli 400 km brzegiem morza

   Odcinek między Międzyzdrojami a Wisełką jest uroczy - wysoki klif, wąska plaża, sporo kamieni, a nawet dość pokaźnych głazów. Pięknie, lecz ciężko, bo piach jest grząski.
   O godz. 19.15 zatrzymujemy się na nocleg. Na plaży podczas kolacji oglądamy zachód słońca.
   9 września. Wisełka - Pobierowo, 27 km. Zimno. Na Przechadzkę zabrałem bowiem najlżejszy śpiwór. Nie marznę wprawdzie jakoś rozpaczliwie, lecz do komfortu termicznego bardzo mi daleko. Wstaję o godz. 6, pakuję się i jem śniadanie. Piotr budzi się o godz. 7, wyspany i rozgrzany. Zazdroszczę mu. Ruszam, gdy Piotr jeszcze je śniadanie, poczekam po drodze.
   Przez półtorej godziny wędruję sam, aż po horyzont nie widząc nikogo, towarzyszą mi tylko mewy, biegusy i siewki. Jest cudnie, a po ubitym piasku idzie się doskonale.
   O godz. 9 spotykam pierwszych ludzi, od których dowiaduję się, że jestem na wysokości Międzywodzia. Czekam na Piotra i razem wchodzimy do miejscowości. Szukamy jakiegoś lokalu z myślą o kawie i herbacie.
   W jednym, udającym otwarty, właściciel mówi nam, że "tu się jeszcze śpi". Mówimy więc "dobranoc" i za rogiem trafiamy wreszcie na działającą kawiarnię. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej. Chwilę później oglądamy rzekę Dziwną. Przechodzimy przez most i wędrujemy chodnikiem w stronę Dziwnówka.
   Z Dziwnówka szlakiem leśnym idziemy przez Łukęcin do Pobierowa. Na mecie etapu jesteśmy tuż po godz. 16. Piotr decyduje się na kolejny nocleg na plaży, ja postanawiam poszukać kwatery. "Trafiam" dopiero za trzecim razem, bo samotny turysta na jedną noc jest niezbyt atrakcyjnym klientem. Mam przytulny pokój, wygodne łóżko, prysznic.
   Za nami 54 kilometry.
   10 września. Pobierowo - Mrzeżyno, 31 km. Budzik dzwoni o godz. 6.15. Wstaję cudownie wyspany. Ruszam na poszukiwanie Piotra. Po pół godzinie marszu plażą zaczynam się niepokoić. Pytam idących z przeciwka o samotnego chłopaka z plecakiem, lecz nie widzieli. Piotra znajduję dopiero w Trzęsaczu. Spał na wieżyczce obserwacyjnej WOPR. Noc była zimna. Na poranną kawę zatrzymujemy się w Rewalu.
   Na moment zatrzymujemy się w Pogorzelicy i wchodzimy w las. Niestety, czerwony szlak prowadzi tędy tylko na mapie, natomiast w rzeczywistości znaki skręcają w głąb lądu. Leśna droga wzdłuż wybrzeża szybko gubi się we wrzosowiskach. Trochę na przełaj schodzimy więc nad Bałtyk i ruszamy w stronę Mrzeżyna. Jest ciepło, słonecznie, błękitnie i całkiem pusto, przez blisko dwie godziny nie widzimy nikogo. Piasek jest twardy, więc idzie się po nim doskonale. W połowie drogi stajemy na dłużej. Piotr kąpie się w morzu. Potem szybkim marszem osiągamy Mrzeżyno.
   Bezskutecznie szukamy zupy rybnej. W którejś z rzędu knajpce życzliwie mówią nam, że jedyna szansa na taki posiłek w Mrzeżynie jest "U Rybaka". Znajdujemy lokal, a w nim wspomnienie zupy rybnej w postaci skreślonej pozycji menu. Zamawiam mintaja (bo bez ości) i frytki. Posiłek jest wyśmienity. Lokal prowadzi sympatyczna para z Kołobrzegu. Pytam, czy nie mogą polecić mi kwatery, bo na ulicach spory tłum. Wskazują sąsiedni dom, z którego po chwili zagląda do "Rybaka" gospodyni. Właściciele knajpki sami pytają o miejsce dla mnie, zostaję więc przyjęty szczególnie życzliwie i po znajomości. Piotr znowu wybiera nocleg "pod chmurką".
   Za nami 85 kilometrów.
   11 września. Mrzeżyno - Podczele, 31 km. Tym razem znajduję Piotra bez problemu. Spał w lesie, tuż ponad niewysokim klifem. Noc była wyjątkowo ciepła. Wieczorem rozpalił nawet małe ognisko na plaży i usmażył kiełbaski.
   W Mrzeżynie, przy zejściu na plażę, duża grupa młodych ludzi ćwiczy ospale pod okiem animatora. Dalej plaża pustoszeje.
   Z Dźwirzyna wychodzimy piękną leśną ścieżką. Na peryferiach Kołobrzegu jesteśmy po godz. 13. Przejście przez miasto jest niezbyt przyjemne - spaliny, tłok, hałas. W dodatku zaczyna padać.
   Idziemy czerwonym szlakiem, chociaż strzegą go znaki "ścieżka dla rowerów" i "zakaz wstępu pieszych". Ktoś wytyczył ścieżkę rowerową po szlaku turystycznym i zabronił wstępu pieszym. No comment. Wychodzimy w Podczelu, wbrew mapie, na której szlak wyprowadza przed wsią.
   Pada. Piotr postanawia nocować pod dachem, więc razem szukamy kwatery. Rezygnujemy z "Chaty Watażki" wyglądającej z zewnątrz jak hotel robotniczy. Tubylec kieruje nas do domu rekolekcyjnego. Chwała mu za to, bo znajdujemy tam przyjemny nocleg za jedyne 15 zł.
   Za nami 116 kilometrów.
   12 września. Podczele - Unieście, 32 km. Wyruszamy przed godz. 8. Początkowo szlak prowadzi przez stary, poradziecki poligon, w dużej mierze po pasach startowych. Ignorujemy napisy "chodzenie po pasach zabronione" skoro znaki wiodą nas właśnie tędy. Raz nawet znak namalowany jest wprost na planszy "teren prywatny, wstęp wzbroniony".
   Tuż po godz. 9 wchodzimy do Ustronia Morskiego. O godz. 10 Kasia dołącza do nas. Dalej ruszamy we troje, najpierw plażą do Gąsek, później dość nieprzyjemnym asfaltem do Sarbinowa. Tu, na ławeczce przy promenadzie z widokiem na morze, ogłaszamy "przerwę obiadową".
   Ruszamy, najpierw plażą, a potem lasem, gdzie łapie nas ulewa. Deszcz mija szybko i Mielno wita nas słońcem. Mijamy miejscowość i dopiero na drugim końcu Unieścia zaczynamy rozglądać się za kwaterą. Pierwsze podejście jest "trafione". Niby turyści nie są tu już przyjmowani, lecz gospodarze robią dla nas wyjątek. Mamy sympatyczne lokum za 15 zł od osoby.
   Za nami 148 kilometrów.
   13 września. Unieście - Darłówek, 33 km. Ruszamy o godz. 8, wpierw drogą w stronę Łazów, później plażą. Piasek jest "ciężki", grząski, brniemy z trudem, a wysokie fale nie ułatwiają marszu po ubitej strefie przyboju. Na szczęście wiatr wieje w plecy. Pierwszy postój robimy przed sklepem w Łazach.
   Tuż za wsią czerwony szlak wraca na plażę. Przez godzinę idziemy posłusznie brzegiem, lecz szybko korzystamy z pierwszego zejścia w las. Niestety, ta droga okazuje się ślepa, chociaż w poprzek wydm prowadzi pasem betonowych płyt. To dosłownie droga donikąd. Jej przedłużeniem jest ścieżka zanikająca w szuwarach jeziora Jamno.
   Zauważamy jednak wąziutką ścieżynkę prowadzącą szczytami wydm, równolegle do brzegu morza. Stopniowo robi się coraz szerzej. Trop kończy się wśród zabudowań Urzędu Morskiego w Słupsku. Wchodzimy od tyłu na podwórko, a wychodzimy przez bramę z napisem "teren prywatny, wstęp wzbroniony". Przepraszamy grzecznie i "wynurzamy się" w Dąbkowicach. To maleńka osada iście "na końcu świata", w środku Mierzei Dąbkowickiej. Jest tu parę ośrodków wypoczynkowych i najwyżej kilka domów stałych mieszkańców.
   Około godz. 13.30 jesteśmy w Dąbkach. Dalej idziemy plażą. Po trzech godzinach wchodzimy do Darłówka. Mijamy rozsuwany most i szukamy kwatery. W pierwszej mamy zapłacić po 30 zł od osoby, więc rezygnujemy. W drugiej proponują nam 30 zł za cały pokój. Wprawdzie to "slums" szóstej kategorii, lecz za tę cenę trudno spodziewać się piątej. Kasia zastanawia się tylko, czy to ściana pokoju chroni szafę przed wywróceniem, czy odwrotnie...
   Za nami 181 kilometrów.
   14 września. Darłówek - Jarosławiec, 16 km. Przed startem dzwonię do komendanta poligonu Wicko Morskie. Mamy pozwolenie na jutrzejsze przejście plażą z Jarosławca do Ustki.
   Darłówek opuszczamy dopiero o godz. 9.20. Około godz. 11.30 zatrzymujemy się przed sklepem w Wiciu.
   Kilka kilometrów przed Jarosławcem droga leśna przechodzi w pas startowy, szerokości kilkudziesięciu metrów. Idziemy nim aż do miasteczka. O godz. 13.30 jesteśmy w Jarosławcu. Minęła połowa drogi! Kwaterujemy już o godz. 14. Mamy duży, wygodny pokój za 15 zł od osoby. Jutro do naszej ekipy dołączyć ma fotografik - Boguś Czerwiński.
   Za nami 197 kilometrów.
   15 września. Jarosławiec - Orzechowo, 32 km. Wychodzimy o godz. 8. Dzwonię na poligon, potwierdzam wejście. Na wartowni już się nas spodziewają. Dołącza do nas Boguś i razem przekraczamy bramę poligonu. Po trzech godzinach marszu wchodzimy w... strefę ostrzału! Podbiega do nas żołnierz i każe zawrócić. Na wiadomość, że nasze przejście jest uzgodnione, pozwala poczekać do końca ćwiczeń, czyli - na szczęście - tylko jakieś pół godziny.
   Po niespodziewanej przerwie ruszamy dalej. Do Ustki idziemy kolejne trzy godziny. Jest wprost magicznie. Słońce, błękit, obłoki, niespokojne morze, silny wiatr od tyłu, który nas "uskrzydla", a do tego twardy piasek. I jest pusto, absolutnie, niewiarygodnie, niesamowicie pusto. Boguś zostaje z tyłu, robi zdjęcia, a my szybko mijamy Ustkę, chcąc jeszcze dzisiaj dojść do Orzechowa.
   Piotr postanawia nocować na plaży, my - jak zwykle - pod dachem. Orzechowo to jeden duży ośrodek szkoleniowo-wypoczynkowy i leśniczówka. Poszukiwania miejsca trwają długo, lecz kończą się sukcesem. Dostajemy ostatni i jedyny wolny pokój. Niestety, dość drogi, bo za 35 zł od osoby.
   Za nami 229 kilometrów.
   16 września. Orzechowo - Las Smołdziński, 34 km. Na Bałtyku sztorm, musimy zrezygnować z przejścia brzegiem, gdyż fale niekiedy sięgają klifu. Wędrujemy zatem czerwonym szlakiem, poprowadzonym na tym odcinku po krawędzi klifu.
   Za Poddąbiem plaża poszerza się nieco, korzystamy z okazji i wąską ścieżką schodzimy z klifu na brzeg morza. Stok jest miejscami bardzo stromy i wysoki, najwyższy klif ma tutaj 41 m. Idziemy wąską plażą u podnóża ściany, kilkakrotnie salwując się ucieczką przed falami aż na stok.
   O godz. 13 jesteśmy w Rowach. Przerwę obiadową ogłaszamy pod komendą policji, która też wygląda na sezonową. Wczesnym popołudniem wchodzimy na teren Słowińskiego Parku Narodowego. Więcej tu grzybiarzy, niż grzybów... Mijamy Jezioro Gardno, mijamy Dołgie Małe i Duże. O godz. 17 wchodzimy do miejscowości Las Smołdziński.
   Trafiamy na niezwykle miłą kwaterę, lecz bez prowiantu kolacyjno - śniadaniowego. Po chwili okazuje się, że gospodyni ma zapas jajek, więc na kolację zjadamy wyśmienitą jajecznicę.
   Za nami 263 kilometry.
   17 września. Las Smołdziński - Łeba, 24 km. Od Lasu Smołdzińskiego przez Wydmę Czołpińską i kilometry plaży do Rąbki nie spotykamy nikogo. Nikogo! Niewiarygodne, wszak idziemy szlakiem przez Park Narodowy.
   W Łebie jesteśmy około godz. 16, lecz dość długo szukamy kwatery. Wreszcie ją znajdujemy. Jest czysto, przytulnie i pachnie grzybami.
   Za nami 287 kilometrów.
   18 września. Łeba - Białogóra, 33 km. Łebę opuszczamy szlakiem rowerowym, bo turystyczny omija Mierzeję Sarbską. W Osetniku na naszej trasie ponownie pojawiają się znaki czerwone. Wspinamy się pod latarnię morską "Stilo", odpoczywamy u jej podnóża, a Kasia nawet znajduje siły by wejść na górę.
   Przed Lubiatowem wychodzimy nad morze i do Białogóry idziemy plażą. Na mecie bez problemu znajdujemy kwaterę. Wysyłam Bogusiowi SMS z adresem noclegu. Dzwoni mówiąc, że okradziono go pod latarnią "Stilo"! Stracił plecak i część sprzętu fotograficznego. Postanowił wrócić do Łeby, a jutro do Krakowa. Jest nam bardzo smutno, że Bogusia udział w Przechadzce zakończył się w ten sposób.
   Za nami 320 kilometrów.
   19 września. Białogóra - Jastrzębia Góra, 22 km. Do Dębek wędrujemy lasem, dalej - do Karwi - plażą, która jest uważana za jedną z najładniejszych w Polsce. Rzeczywiście, piasek tu czysty, plaża szeroka, a morze piękne. Ujście Czarnej Wdy zmusza nas do zdjęcia butów i przejścia w bród. Choć woda jest wartka, to jednak bardzo płytka. Przebycie ujścia jest tak przyjemne, że Kasia i Piotr idą dalej boso.
   W Jastrzębiej Górze udaje nam się obniżyć cenę noclegu. Idziemy na zakupy i do kościoła - dzisiaj niedziela.
   Za nami 342 kilometry.
   20 września. Jastrzębia Góra - Jurata, 38 km. Idziemy na najdalej na północ wysunięty punkt Polski, potem schodzimy na plażę. I jest tak, jak zazwyczaj bywało na Przechadzce - słońce i plaża pusta aż po horyzont. Mijamy Rozewie. Miejscami plaża jest tak kamienista, że aż trudno nam się poruszać, więc niebieskim szlakiem wychodzimy do Chłapowa.
   Chwilę odpoczywamy we Władysławowie i w południe wchodzimy na Półwysep Helski. Pierwszy postój mamy w Chałupach, dzisiaj są tu sami "tekstylni". Potem dość szybko mijamy Kuźnicę i Jastarnię, uciekając przed zapowiadanym załamaniem pogody. Na nocleg zatrzymujemy się dopiero w Juracie. To był najdłuższy etap Przechadzki.
   Za nami 380 kilometrów.
   21 września. Jurata - Hel, 11 km. Deszcz dopada nas o godz. 9. Naprawdę nieprzyjemna jest tylko ostatnia godzina Przechadzki. Silny wiatr wieje prosto w twarze, pada gęsty deszcz, a piach jest grząski. Bałtyk pokazuje jak mogłaby wyglądać Przechadzka, gdyby nie był nam przychylny. Na szczęście prezentacja trwa niecałe 60 minut.
   Przed godz. 10 schodzimy z plaży zejściem oznaczonym jako "Hel 64". Jeszcze tylko kilometr do stacji PKP i Przechadzka dobiega końca.
   Przeszliśmy 391 km, a licząc wszystkie nasze "meandry" - z pewnością nie mniej niż 400.
KUBA TERAKOWSKI
Fot. z archiwum wyprawy
   Uczestnicy Przechadzki: Katarzyna Bizewska, Piotr Cejrowski, Bogusław Czerwiński i Kuba Terakowski

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie