Przeciąganie liny

Redakcja
Udostępnij:
- Kiedy możemy wejść do Unii Europejskiej? Czy data 1 stycznia 2004 r. jest realna? Eneko Landaburu, unijny dyrektor ds. rozszerzenia, mówi o możliwym poślizgu, Unia opóźnia zamknięcie negocjacji w kolejnych dwóch obszarach dotyczących funduszy strukturalnych i ochrony granic.

Z JACKIEM SARYUSZEM-WOLSKIM, byłym szefem Komitetu Integracji Europejskiej - rozmawia Anna Szymańska

   - 1 stycznia 2004 r. to data najbardziej prawdopodobna, choć nie gwarantowana. Istnieje ryzyko przesunięcia tego terminu na połowę lub koniec 2004 r.
   - Jakie to miałoby konsekwencje?
   - Oznaczałoby to, że później uzyskalibyśmy wpływ na unijne decyzje i zagrożony byłby udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego. A od grudnia 2000 r., od szczytu w Nicei, mówi się, że Polacy powinni brać udział w europejskich wyborach w 2004 r. Żeby więc wszystko odbyło się "po bożemu", powinniśmy wejść do Unii 1 stycznia 2004 r.
   - Ale mówi Pan, że ten termin może być zagrożony. Dlaczego?
   - Nie można wykluczyć opóźnienia w negocjacjach. Po drugie - nie wiadomo, czy Irlandia ratyfikuje traktat nicejski, co jest uznane za konieczne dla rozszerzenia Unii. Może też zdarzyć się jakaś zwłoka w ratyfikacji rozszerzenia przez któryś z krajów członkowskich. Traktat stowarzyszeniowy Unia ratyfikowała z 16-miesięcznym opóźnieniem, co tłumaczono względami technicznymi. Ale to można przezwyciężać, jeśli jest po temu polityczna wola.
   - A jest?
   - Mam nadzieję.
   - Jeszcze jako szef Komitetu Integracji Europejskiej mówił Pan, że nie wszystko jest możliwe do negocjacji, że istnieje "cienka czerwona linia", której nie można przekroczyć w ustępstwach wobec Unii. Tymczasem na obecnym etapie negocjacji wiadomo, że "odpuściliśmy" rybołówstwo, VAT w budownictwie, swobodny dostęp do rynku pracy dla Polaków, zagrożone są dopłaty bezpośrednie dla rolnictwa. Czy nie za wiele tych ustępstw? Jak Pan ocenia sposób prowadzenia negocjacji?
   - W negocjacjach chodzi o wygranie członkostwa w Unii. To zasadniczy cel. Żałuję, że dokonano takich ustępstw. Ale czy można było uzyskać inne warunki, kiedy siedzi się za stołem i negocjuje? Najważniejsze negocjacje, dotyczące rolnictwa, budżetu i finansów, są nadal przed nami. Tu jest jeszcze sporo do wygrania.
   - Ale zawsze Pan podkreślał, że Polska powinna uzyskać dobrą jakość członkostwa. Gdzie jest zatem granica dobrego członkostwa i tego drugiej kategorii?
   - Polska chce mieć członkostwo pełne, bez nadmiernej ilości wyłączeń, które to członkostwo czyniłyby ułomnym, nie chcę użyć terminu "drugiej kategorii". Powinno dawać równe szanse i zapewnić równe traktowanie obu stronom. Członkostwo w Unii powinno być szyte na miarę naszych możliwości, nie powinno narzucać ciężarów ponad nasze siły, wynikających ze stosowania prawa wspólnotowego (dorobku prawnego Unii Europejskiej), czemu moglibyśmy nie podołać. Członkostwo powinno nam zapewnić korzystanie z zasady solidarności, umożliwić pomoc ekonomiczną ze strony Unii.
   - Szybki dostęp do unijnego rynku pracy był ważnym argumentem za wejściem do Unii, istotnym zwłaszcza dla młodych ludzi. A może się zdarzyć, że dopiero po siedmiu latach unijny rynek pracy będzie dostępny dla Polaków.
   - To rozwiązanie bardzo mi się nie podoba. I nie chodzi tylko o to, że ogranicza możliwości pracy w Unii. Taki zapis upośledza również prawa obywatelskie, rzecz w Unii bardzo docenianą.
   - Należało bardziej powalczyć?
   - Wydaje mi się, że tak. Moim zdaniem, podczas negocjacji niektóre tematy należało scalać w pakiet końcowy. Jeżeli nie możemy mieć dostępu do rynku pracy nawet przez 7 lat, to można się było spodziewać rekompensaty, która umożliwiałaby tworzenie miejsc pracy.
   - Tego też się nie udało załatwić.
   - Tak. Są dwie taktyki negocjacyjne. Jedna, stosowana przez obecną ekipę, zakłada negocjowanie rozdziału po rozdziale. Druga metoda, zwana "set aside", polega na wyłączaniu najtrudniejszych tematów z poszczególnych rozdziałów i scalaniu ich w pakiety. W efekcie, w końcowej fazie negocjacji obydwie strony dokonują takich ustępstw, które dają im poczucie, że coś odpuściły, ale coś uzyskały.
   - I w ten sposób negocjował poprzedni rząd. Obecna ekipa taktykę zmieniła...
   - Obecni negocjatorzy idą do przodu rozdział po rozdziale, przedkładając miarowy postęp - który, trzeba przyznać, dokonał się - nad próbę optymalizacji końcowego wyniku negocjacji.
   - Czasem szkoda, że ilość nie przechodzi w jakość.
   - Można negocjować szybko i dobrze. A diabeł tkwi w szczegółach.
   - Przyjęcie 22-proc. stawki VAT w budownictwie jest przedstawiane właśnie jako taki szczegół, wypadek przy pracy. Ale ta niedoróbka może ludzi bardzo dużo kosztować.
   - Uważam, że ze względu na potrzebę członkostwa skrojonego na naszą miarę, ze względu na rolę budownictwa w gospodarce i społeczny odbiór tego problemu, zanim 22-proc. stawka będzie stosowana, powinniśmy mieć w tej dziedzinie okres przejściowy. Błędem ze strony polskiej było proponowanie w punkcie wyjścia takiej stawki. Gdyby od początku mówić, że VAT musi być niższy, Unia by się na to zgodziła. Nie wiem też, po co zamykano rozdział o podatkach, jeśli od razu mówiono o powrocie do negocjacji w tej sprawie. Zresztą, moim zdaniem, problem z VAT-em jest wynikiem presji fiskalnej - chodziło o to, by zwiększyć dochody budżetu. Często zasłaniano się Unią, aby uzyskać pewne cele w polityce wewnętrznej.
   - Takimi pociągnięciami wzmacnia się argumenty tych, którzy sprzeciwiają się wejściu do Unii.
   - Zgoda. Jednak za wejście do Unii jest odpowiedzialne inne ministerstwo, a za podatki inne.
   - Ale myśleć powinni wszyscy.
   - Chciałoby się w to wierzyć. Można było wynegocjować inne warunki w "czułych punktach", np. VAT w budownictwie i akcyzie na papierosy. Dla Unii to nie są superważne sprawy. W tych przypadkach podczas negocjacji trzeba było zwrócić uwagę raczej na społeczny odbiór niż - wobec całego procesu negocjacji - jednak drobiazgi.
   - Jeden z najbardziej czułych punktów to kwestie rolnictwa. Jak, Pana zdaniem, będzie można przekonać rolników do głosowania na "tak" w referendum, jeśli zewsząd słychać, że Unia nie da im większych dopłat bezpośrednich niż 25 proc. tego, co mają ich koledzy zza unijnej granicy? A to na pewno nie stwarza im równych szans konkurencji.
   - Tę unijną propozycję oceniam źle. Błąd strony polskiej - ale też innych państw kandydujących - polegał na tym, że nie oprotestowano tych pomysłów, kiedy tylko ujrzały światło dzienne. Nie zostało to zrobione w imię - moim zdaniem - fałszywego przekonania, że nie należy zadrażniać. Przespano sprawę i dziś Unia mówi: "Kiedy takie dopłaty zapowiadaliśmy, wyście nie protestowali".
   - Mleko zostało wylane. Co teraz?
   - Dla Polski najważniejsze jest równe traktowanie, a nie sam poziom dopłat. Unia obawia się, że przyzwyczaimy się do dopłat bezpośrednich jak do narkotyku, a potem będzie się trudno z tego wycofać. Nie chcą nam udzielić tej pomocy nie dlatego, że nie mają na to pieniędzy, ale dlatego, że sami tak zamierzają zreformować politykę rolną, aby dopłaty ograniczać, a uzyskane oszczędności przeznaczyć na inwestycje w wiejską infrastrukturę. Dlatego nie chcą zaoferować dopłat na wyższym poziomie niż ten, jaki chcą osiągnąć schodząc w dół.
   Równe warunki konkurencji dla polskich rolników są podstawową sprawą. Trzeba to będzie osiągnąć albo dokładając pieniądze z własnego budżetu, co jest bardzo trudne, albo wprowadzając selektywne cła ochronne, na co Unia grymasi. Ale wprowadzenie jednego z tych rozwiązań lub jakiegoś łączonego modelu - aż do momentu osiągnięcia równego traktowania - jest prawie nieuchronne. Polska znajduje się trochę w sytuacji zakładnika - Unia nie zacznie z nami negocjacji o rolnictwie, dopóki jej członkowie między sobą nie ustalą, co chcą w tej sprawie zrobić.
   - Kanclerz Schröder powiedział niedawno - Nie liczcie, że dostaniecie więcej niż to, co zapowiedzieliśmy. Niemcy uskarżają się, że zbyt dużo do Unii dopłacają. Burzy to mit o solidarności europejskiej. Solidarności, na którą Polska liczyła.
   - Logika integracji europejskiej polega na tym, że można korzystać z wielkiego rynku, na czym zyskuje się efekty mierzone dodatkowymi procentami wzrostu gospodarczego, wymierne w miliardach euro. W zamian za to pewne rażące dysproporcje wyrównuje się politykami osłonowymi tzw. spójności społeczno-ekonomicznej, funduszem kohezyjnym, funduszem strukturalnym i funduszami rolnymi. Coś za coś. Pozostaje otwarte pytanie, na jaki poziom redystrybucji via budżet Unii nas stać. Nas, czyli rozszerzoną Unię. Politykę rolną trzeba przebudować. Powinna za te same lub mniejsze pieniądze przynosić większe efekty. Tego oczekują wszyscy podatnicy w Unii Europejskiej.
   - Czy widzi Pan realne szanse na to, by w momencie wejścia Polski do Unii polscy rolnicy byli traktowani tak samo jak unijni?
   - Uważam, że dzisiaj - i trzeba mieć odwagę to powiedzieć - takich szans nie ma. Chciałbym, aby w finale negocjacji okazało się, że wyjściowy poziom dopłat jest maksymalnie duży, a okres dochodzenia do pełnej wysokości dopłat nie dłuższy niż do 2006 r., kiedy będzie uchwalany nowy budżet poszerzonej Unii. Ważniejsza jest meta niż kolejne etapy.
   - A jeśli Unia się uprze i powie - przepraszamy, nie stać nas na wasze propozycje. Decydujcie - możecie być w Unii z niskimi dopłatami albo poza Unią. Co wybieramy?
   - Negocjujemy do końca. Aż do uzyskania zadowalających efektów.
   - A jeśli tych efektów nie będzie, czy należy rozważyć przesunięcie wejścia do Unii poza r. 2004?
   - W polityce nigdy nie mówi się nigdy. Jest zestaw warunków tak dalece niesatysfakcjonujących, że powinniśmy z ich powodu z naszym członkostwem poczekać.
   - Co się do takiego zestawu zalicza?
   - Kompletne wykluczenie Polski ze wspólnej polityki rolnej zaliczam do tej kategorii. Nie wyobrażam sobie takiego członkostwa Polski w Unii. Teoretycznie można sobie wyobrazić, że Polska wchodzi, a jej rolnictwo zostaje za bramą. Ale to wymagałoby zachowania granic, kontroli, ceł. Trwałe i stałe wyłączenia w bardzo ważnych dziedzinach należą do tych cech członkostwa, które stawiają je pod znakiem zapytania. Wtedy trzeba powiedzieć: "Przepraszamy, ale to nas nie zadowala".
   - Z wyliczeń ekspertów wynika, że pierwszy rok Polski w Unii Europejskiej może być trudny pod względem finansowym. Może się zdarzyć, że będziemy płatnikiem netto do unijnej kasy, czyli więcej włożymy niż dostaniemy.
   - Unia Europejska jest organizmem, w którym kraje i regiony mocniejsze pomagają słabszym. I to nie jest wcale działalność charytatywna. Solidarność w Unii trzeba definiować jako działanie w imię wspólnego interesu. We wspólnym interesie leży, aby to była jedna przestrzeń gospodarcza i prawna, polityczna. W dłuższej perspektywie trudno wyobrazić sobie, aby ten system nie działał.
   - Jednak w krótkiej perspektywie można wyobrazić sobie, że Polska więcej wpłaci niż otrzyma.
   - Aktualna propozycja Komisji Europejskiej jest taka, że istotnie, w pierwszym roku członkostwa Polska, per saldo, byłaby na minusie...
   - ...mówi się o kwocie 300 - 400 mln euro.
   - I mogłoby się pojawić pytanie, po co jeść tę żabę, jeśli status członka stowarzyszonego jest finansowo korzystniejszy. Jestem przeciwnikiem postawy minimalistycznej, która mówi, że musimy negocjować tak, abyśmy przynajmniej nie byli płatnikiem netto i aby nie było gorzej niż rok wcześniej. Pierwszy rok Polski w Unii powinien nam przynieść wyraźne korzyści finansowe.
   - Czy jest to możliwe?
   - Tak. Ale wymaga innego podejścia Komisji Europejskiej, przypatrzenia się naszemu pierwotnemu stanowisku, które zakładało, że składkę będziemy płacili narastająco; w pierwszym roku 10 proc. tego, co mamy dać do budżetu Unii, i dochodzić do pełnych płatności w kolejnych pięciu latach członkostwa, skokami po 20 proc. Takie rozwiązania stosowano przy poprzednich rozszerzeniach.
   - Ale Komisja odrzuciła tę propozycję.
   - Każda strona może mówić "nie". Również Unia składa pewne propozycje, by zbadać, na ile są do zaakceptowania. Musimy zabiegać o inne zasady płacenia składki, by wyraźnie finansowo zyskać, zwłaszcza że pierwszy rok członkostwa oznacza pewne dodatkowe ciężary, wynikające ze stosowania unijnych przepisów.
   - Koniec roku będzie najtrudniejszym momentem w negocjacjach. W bardzo krótkim czasie trzeba będzie rozstrzygnąć kwestie np. budżetu i rolnictwa. Czy to nie doprowadzi do sytuacji, gdy pod presją czasu negocjatorom nie pozostanie nic innego do zrobienia, jak podnieść ręce do góry i powiedzieć: "Podpisujemy, jak leci".
   - Spiętrzenie ważnych spraw w tak krótkim czasie nie jest korzystne. Zawiniła tu Unia, nie dotrzymując terminów przedstawienia swoich stanowisk negocjacyjnych w zakresie rolnictwa. Żałuję, że strona polska wykazała nadmiar zrozumienia i wyraźnie nie oprotestowała takiego zachowania Unii.
   - Czy zostały jeszcze jakieś "asy", którymi możemy zagrać w ostatniej rundzie negocjacji.
   - Karty zostały już wyłożone. Na przykład Unii bardzo zależało na naszej zgodzie na okres przejściowy w dostępie do unijnego rynku pracy. Moim zdaniem, można to było lepiej wymienić za ustępstwa Unii w innych dziedzinach. Podobnie lepiej można było rozegrać sprawę dostępu do ziemi.
   - Czyli stoimy pod ścianą. Czy jest jeszcze jakiś argument, którym można Unię przekonać do ustępstw?
   - Wydaje się, że obydwu stronom zależy na rozszerzeniu Unii i osiągnięciu mety. To jest rzecz niebagatelna. Ostatni etap negocjacji przypomina trochę drużynowe przeciąganie liny. A ostateczny efekt będzie zależał od umiejętności zespołu.
   - A co mogłoby się stać, jeśli negocjacje nie skończyłyby się sukcesem i rozszerzenie odbyło się bez Polski?
   - Wolę wierzyć, że to czysto teoretyczne gdybanie. Jeśliby się tak stało, to trzeba byłoby wsiadać na najbliższej możliwej stacji. Ale - z ekonomicznego punktu widzenia - mogłoby się okazać, że musielibyśmy ponosić zbyt duże koszty dostosowywania się do wymagań Unii, nie korzystając z przywilejów, jakie Unia daje. Opóźnianie rozszerzenia nie oznaczałoby poprawy naszej sytuacji ekonomicznej. Wręcz przeciwnie, parametry polskiej gospodarki mogłyby na opóźnianiu rozszerzenia znacznie stracić.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie