Przed wakacjami

Redakcja
Dzień Dziecka nie był obchodzony uroczyście, może dlatego, że już pachniało wakacjami. Leserzy usiłowali poprawić stopnie i odegnać widmo repetowania, dobrzy uczniowie wiedzieli, że nic im nie grozi i wszystko mieli w nosie, jedni i drudzy marzyli o dwóch miesiącach wolności.

Marginałki

   Pierwszego czerwca przypadał - i ciągle przypada - Dzień Dziecka. Święto raczej mizerne, jeżeli porównać je z ósmym marca i pierwszym maja. Na Dzień Kobiet obowiązywały kwiaty - nieśmiertelne goździki i tulipany. Bardziej hojne, bardziej bogate zakłady pracy dawały swym pracownicom pończochy - za pokwitowaniem, rzecz jasna, żeby nikt nie podejrzewał przekrętów. O pierwszym dniu maja nie trzeba nawet wspominać, bo była to - jak się niegdyś mówiło - feta na pięć fajerek. A Dzień Dziecka upływał nijako. Już nie pamiętam, czy w szkole dawali jakieś prezenty, czy kończyło się na uroczystym paplaniu. Jeżeli ktoś dostawał kredki lub farby, to młodsi, z rocznika 1944, bo byli rówieśnikami Polski Ludowej. Nienawidziliśmy ich szczerze, kiedy podczas porannego apelu (ach, co to był za apel - krzykliwe fanfary i gromko śpiewany Hymn Młodzieży Demokratycznej!) dostawali piękne, ogromne pudełka pełne kredek, a dyro aż się ślinił, deklinuąc: "rówieśnicy Polski Ludowej", "rówieśników Polski Ludowej", rówieśnikom Polski Ludowej".
   Mój Boże, jak słodko pachniały czerwcowe dni - zbliżającą się swobodą. Pełne były zapachu jaśminu i świetlików kreślących nocą nad Rudawą zielone trajektorie. Czerwcowe dni pełne były marzeń i krzątaniny - o tylu rzeczach trzeba było pamiętać, tyle ważnych przedmiotów zabrać na wakacje. O odzieży pamiętali rodzice, ale czy można im było do końca zaufać? Czy nie zapomną o samochodowej dętce, na której tak wspaniale będzie się pływało po rwącej górskiej rzece. Czy nie zapomną o kompasie, przedmiocie z pozoru zbędnym, ale przecież kompas w kieszeni, w chlebaku, dodawał animuszu, pasował na prawdziwego podróżnika. A proca? Procę też trzeba było zabrać, chociaż łatwo się ją wykonywało - wystarczyła odpowiednia gałąź w kształcie litery "V" i kawałek gumki. Natomiast wiatrówki nic nie mogło zastąpić. Wiatrówka była nie do zrobienia własnym przemysłem i jeszcze ważniejsza niż kompas. Co prawda do ptaków mnie nie wolno było z niej strzelć, ale kiedy człowiek trzymał ją w dłoni zmieniał się nie do poznania, stawał kimś zupełnie innym - traperem, żołnierzem, czerwonoskórym dżentelmenem...
   A kiedy wszystko było już gotowe, kiedy ostatni raz wrzasnęły fanfary - życie zamieniało się w wakacyjne szczęście... AMK

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie