Przepustka do kina

Redakcja
CZARNY CZWARTEK

Daniel Weimer

PEWIEN DŻENTELMEN

Swoje refleksje na temat "Czarnego czwartku" (jego pełny tytuł uzupełniony jest o słowa słynnej ballady "Janek Wiśniewski padł") spisuję kwadrans po zakończeniu projekcji.

Ogromną bowiem rolę w percepcji akurat tego filmu, którego osią są pamiętne wydarzenia na Wybrzeżu z grudnia 1970 r., odgrywają emocje. A tych doświadczony reżyser Antoni Krauze ("Palec Boży", "Strach", "Prognoza pogody", "Akwarium") widzowi nie skąpi. Obraz aż kipi od drastycznych, do cna poruszających scen gwałtu dokonywanego przez zbrojne ramię komunistów nie tylko na strajkujących, ale na całym wręcz narodzie, może nawet na przez wieki wypracowywanej europejskiej cywilizacji. Młócenie pałkami, roznoszenie na buciorach leżących na glebie robotników jawią jako mały pikuś przy z naturalistyczną perwersją przedstawianych scen, nie wahajmy się użyć tego słowa, ludobójstwa. A kto wie, czy nie jako gorsze od uśmiercania jawi się psychiczne torturowanie tracących wiarę w sprawiedliwość systemu młodzieńcach, ze szczególnym uwzględnieniem ich rodzin. Coś makabrycznego. Coś, czego w miarę normalnie myślący człowiek logicznym myśleniem ogarnąć nie zdoła. Po opuszczeniu sali kinowej nie sposób odgonić się od kwestii: czy to możliwe, by człowiek, który w 1956 r. jawił się narodowi jako jego zbawca, ćwierć wieku później mógł przeistoczyć się z wyzutego z uczuć, chłodno kalkulującego tyrana? Tyrana, dla którego ważniejsze są gniewne pomruki dochodzące ze Związku Radzieckiego: - Towarzysz Breżniew wyraził głębokie zaniepokojenie. Jeśli sami nie poradzimy sobie z bandytami, przyjdą nam z pomocą ich wojska - relacjonuje przerażony treść przeprowadzonej przed chwilą rozmowy telefonicznej z "moskiewskim centrum dowodzenia" troszkę, ale tylko troszkę mniej speszonym członkom Biura Politycznego w osobach Cyrankiewicza, Moczara, Olszowskiego, Spychalskiego, Kliszki i Tejchmy, aniżeli los rodaków. Mowa oczywiście o towarzyszu Wiesławie, czyli Władysławie Gomułce, odtwarzanego przez Wojciecha Pszoniaka, genialnie upozowanego na kształt i podobieństwo I sekretarza. Nawiasem mówiąc, równie wiarygodni wizualnie są pozostali wymienieni dygnitarze, co poświadczyć mogą doświadczający na własnej skórze dobrodziejstw ich rządów rodacy.

Sam film nie jest arcydziełem. Określić go można jako ze swadą opowiedzianą tragiczną historię gdańskiego everymana, jego żony i dzieci. Zwykłego robotnika, szczęśliwego z otrzymanego właśnie własnego M-3 z ciepłą wodą i z ubikacją na miejscu. Mężczyzny, którego tragedią stał się pozytywny odzew na apel sekretarza Kociołka o przerwanie strajku i podjęcie pracy. W ów feralny czarny czwartek, zaopatrzony przez troskliwą połowicę w kanapki z salcesonem (dostarczoną przez sublokatora konserwową szynkę schowano przezornie na zbliżające się Boże Narodzenie), wyszedł jak zwykle o piątej rano do roboty. Nigdy do niej nie dotarł: na stacji kolejki miejskiej dosięgła go śmiertelna, zabłąkana kula. "Czarnemu czwartkowi" międzynarodowa kariera pisana zatem pewnie nie jest, dla nas - Polaków to jednak dzieło równie ważne, jak nagrodzony Złotą Palmą w Cannes "Człowiek z żelaza" mistrza Andrzeja Wajdy.
Zmieniamy nastrój i środowisko. Meldujemy się w Skandynawii, gdzie toczy się historia opuszczającego po 12. latach więzienie Ulrika (w jego postać wciela się z sobie tylko właściwą charyzmą Stellan Skarsgard), tytułowego bohatera norweskiej produkcji pt. "Pewien dżentelmen". Od Polski tak całkiem wszak nie uciekniemy. Oto przypadkowe trącenie telewizyjnej anteny sprawia, że z odbiornika dolatuje nas jak najbardziej ojczysta mowa, a na ekranie pojawiają się sceny z "Trędowatej" Hoffmana i z recitalu Krzysztofa Krawczyka (nawet na fiordach musi straszyć melomanów?). Ale wracając do fabuły. Po odsiedzeniu wyroku za zamordowanie kochanka żony, rzeczony Ulrik wpada w objęcia swego dawnego szefa, który wmusza weń wzięcie odwetu na gościu odpowiedzialnym za wsadzenie go za kratki. Ulrik, acz niechętnie, zabiera się do roboty. Film początkowo nieco przynudza, by z każdą kolejną minutą coraz głębiej wciskać w fotel. A zakończenie rekompensuje trud prawie dwugodzinnego śledzenia perypetii Skarsgarda et consortes. Razi jedynie przaśny, charakterystyczny dla Skandynawów humor. Oto jego próbka. Brzuchaty gangster do wiozącego go windą karła: - Te, mały, rodzice wiedzą, gdzie jesteś? (śmiech gangstera). - A ty co, z kim w ciążę zaszłeś? (śmiech karła). I tym sympatycznym akcentem...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie