18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Przestałem się bać

Redakcja
Udostępnij:
Z prof. KAROLEM MUSIOŁEM, rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego rozmawia Piotr Legutko

Fot. Anna Kaczmarz

- W dobrym tonie jest narzekanie na polityków. Ale Pan chyba nie narzeka?

- Nie narzekam. Może dlatego, że działam na podobnym poziomie odpowiedzialności. I przyznam, że to jest trochę inny świat, rządzący się innymi regułami. Nie jest też tak, że bardzo fajni ludzie, gdy wchodzą do polityki, nagle głupieją. Oni zwyczajnie muszą zmienić sposób myślenia.
- Rektor też w pewnym sensie jest politykiem, choć bezpartyjnym. Ma Pan - jak politycy - swoich wrogów?
- Często mówi się o samotności rektora. I to nie jest przesada. Wcześniej czy później rektor - jak każda osoba na wysokim stanowisku - podejmując konkretne decyzje, narazi się... prawie wszystkim w swoim otoczeniu. I wpadnie w tę samą szufladkę co politycy. I też usłyszy o sobie, że władza mu uderzyła do głowy, albo że oderwał się od rzeczywistości.
- Tak czy inaczej politycy - i to z różnych partii - Panu sprzyjają, skoro pieniądze na budowę kampusu po raz kolejny udało się wywalczyć w parlamencie. Ale sprzyja uniwersytetowi też opatrzność, bo gdyby tamto kluczowe głosowanie odbyło się nie przed wyborami, a po, już pewnie wynik byłby inny.
- Zgadzam się. Bo też i wszystkie rzeczy mają swój czas. Decyzje zostały podjęte w optymalnym momencie. No i trochę szczęśliwego zbiegu okoliczności na pewno nam nie zaszkodziło...
- ...co nie pozostało bez mało życzliwych komentarzy, że UJ rozwija się kosztem innych uczelni w Polsce, że zabiera im pieniądze.
- Wiele osób tak myśli, nawet w dobrej wierze, bo w końcu troską każdego rektora jest rozwój jego uczelni. Trudno mieć o to pretensje, bo rektor nie ma obowiązku patrzenia na problem finansowania edukacji globalnie. Nie jego troską jest mały budżet na naukę i nonsensownie wysoka liczba szkół wyższych w Polsce. A obiektywnie rzecz biorąc, nie ma takich możliwości, by wszystkie one rozwijały się w jednakowym tempie.
- Do podjęcia jest zatem decyzja: czy te mikroskopijne środki na szkolnictwo wyższe rozsmarować równo po wszystkich, czy też zdecydować się na większą koncentrację skromnych środków.
- Jeśli chcemy grać w naukowej Lidze Mistrzów, a przecież chcemy, trzeba taką decyzję podjąć. Owszem, macie więcej pieniędzy, ale i więcej zobowiązań: grać z najlepszymi, wejść na poziom międzynarodowy.
- Stać nas dziś na naukową Ligę Mistrzów?
- Polski nie stać, by w tej lidze nie grała. I na poziomie takiej diagnozy wszyscy się zgadzają. Gorzej, gdy trzeba z niej wyciągnąć praktyczne konsekwencje. Pogodzić się z tym, że istotny wzrost finansowania jest realny tylko w przypadku okrętów flagowych. Wzrost nie tylko realny, ale i niezbędny, bo inaczej popełnimy cywilizacyjne harakiri.
- Kto zatem ma zakręcić kołem zamachowym polskiego szkolnictwa? Państwo nie ma pieniędzy, biznes w kryzysie...
- Rząd racjonalnie oczekuje, że finansowanie badań naukowych nie będzie pochodziło jedynie z kasy państwowej. Tylko że biznes kalkuluje i oczekuje zysków, a my nie mamy jeszcze infrastruktury na prowadzenie badań na takim poziomie, którym biznes byłby zainteresowany. Po drugie, większość firm, które pieniądze mają, nie jest polska. Nic zatem dziwnego, ze ich menedżerowie stawiają na własne ośrodki naukowe o uznanej renomie. Tak jest świat urządzony. Kołem zamachowym musi zatem zakręcić polski rząd. Wybrać te dziedziny, w których jesteśmy najlepsi i zdjąć z polskiej nauki piętno atomizacji, rozbicia na pojedynczych naukowców i malutkie grupki pasjonatów. Bo jeśli nawet w humanistyce taka strategia jeszcze się sprawdza, to w naukach technicznych na pewno nie. W biotechnologii, fizyce czy chemii nie osiąga się dużych sukcesów w małych zespołach. Praktycznie wszyscy polscy naukowcy w tych dziedzinach należą do jakichś zespołów badawczych za granicą.
- Ale wielu pracownikom naukowym w Polsce taki system finansowania odpowiada. Daje stabilizację i bezpieczeństwo.
-Tyle że jest to poczucie bezpieczeństwa niczym nieuzasadnione. Wchodząc w system szkolnictwa wyższego, każdy składa deklaracje, że będzie pracował najlepiej jak potrafi. Potem bywa różnie. Niestety, wielu zwyczajnie pasuje, przestaje twórczo pracować, ale w systemie zostaje. Dziś nie ma żadnej metody, która skłoniłaby ich do zmiany zajęcia, zwolnienia miejsca innym, mającym aspiracje i możliwości.
- Miała temu zaradzić reforma szkolnictwa wyższego. Tyle że słuch po niej zaginął. Rok temu byliśmy dokładnie na tym samym etapie co dziś. Mamy projekt i rosnący opór materii.
- Jest opór i brak wyobraźni. Obecny system kariery akademickiej jest zły, bo niejako wymusza uprawianie nauki "z drugiej linii", sięganie po tematy bezpieczne, chodzenie już przetartymi ścieżkami. Poważne badania trwają długo, niosą w sobie ryzyko. Inteligentny człowiek nie wybiera dziedziny, która jest nieznana, ale nowatorska, bo nie dostanie pieniędzy. W obecnym systemie finansowania nauki nie ma bowiem miejsca na ryzyko. Wybiera się więc taką tematykę, gdzie łatwiej o publikacje, z których naukowiec jest rozliczany. I tak uprawiamy bezpieczną, czasem nawet dobrą naukę, ale z drugiej linii. Tymczasem Polska nie jest krajem, który może sobie na luksus takiej nauki pozwolić.
- Mówi się, że świat należy do odważnych. Trudno się zatem dziwić, że ci lubiący ryzyko wyjeżdżają.
- Nie tylko ci. Większość naszych pracowników miała istotny kontakt ze współczesną nauką na świecie, bo bez tego zwyczajnie się nie da dziś funkcjonować. Ja sam ponad 5 lat swojego życia spędziłem w różnych laboratoriach. Ale czas skończyć z nauką wyjazdową, czas odwrócić proporcje. Budować laboratoria i potencjał naukowy w Polsce, zapraszać innych naukowców do nas. Jesteśmy w Krakowie na rozsądnej drodze do uruchomienia tego procesu, mamy też na to środki europejskie
- Ile potrwa to odwracanie proporcji?
- Około 5 - 7 lat. Tyle potrzeba na zbudowanie solidnej infrastruktury. Po tym czasie powinniśmy mieć pierwsze owoce wzrostu finansowania nauki z funduszy europejskich. Oczywiście, jeśli uda się wreszcie zmienić prawne uwarunkowania.
- Czy na Uniwersytecie Jagiellońskim można dziś zrobić światową karierę? Powalczyć o Nobla?
- Nasi naukowcy dotykają Nobla, ale kiedy? Gdy pracują w zagranicznych laboratoriach. O wielu mówiło się: o, ten by dostał, gdyby miał u siebie takie laboratorium, jakie są za granicą. Chodzi o zupełnie inną perspektywę. Mówię: zbudujmy narodowe centra badawcze, które będą służyć wszystkim uczelniom, łącznie z niepublicznymi. Ale aby to zrealizować, musimy zrezygnować z małych egoizmów. Chcieliśmy narodowe centrum promieniowania synchrotronowego zbudować w Krakowie, nie udało się. Teraz budujemy mały synchrotron, ale wciąż liczymy, że powstanie wokół niego narodowe centrum. Zależy nam na logice działania, a nie na tym, by UJ "coś miał".
- Zaczęliśmy od tego, że rektor musi być politykiem, doszliśmy do tego, że musi być menedżerem i to w dużej skali. UJ jest w końcu największym pracodawcą w mieście. Ma Pan biznesplan dla Krakowa?
- Nie będziemy na nowo stawiać tu huty ani fabryki opon. Mamy rozwijać nowoczesne technologie. W związku z tym musimy kształcić młodych ludzi na takim poziomie, by ich umiejętności przyciągały tu nowe inwestycje. Obok III Kampusu UJ budujemy park technologiczny i to jest dla Krakowa jedna z najważniejszych inwestycji. To tam ściągamy firmy, które będą z nami współpracowały naukowo, a jednocześnie dadzą pracę najlepiej wykształconym młodym ludziom. Uruchomiliśmy na UJ centrum transferu technologii, wpisujemy uniwersytet w najlepiej pojętą politykę regionalną.
- Na przykład?
- Chcemy pomagać w uruchomieniu w Małopolsce produkcji wina. Nas stać na laboratoria, na pomoc naukową, na enologów. Chętnie pomożemy wszystkim, którzy chcieliby wino uprawiać.
- Są tacy?
- Oczywiście, ale są to ludzie, którzy mają pół hektara i trudno im się przebić. I my za nich przebijamy się przez wszystkie procedury administracyjne.
- Jak kryzys odbija się na funkcjonowaniu uniwersytetu?
- Szczerze powiem, że nie czuję kryzysu. Oczywiście, wszystkie uczelnie lada moment odczują niż demograficzny. U nas objawi się on mniejszą liczbą studentów na studiach płatnych. Nic w tym złego, bo UJ musi nauczyć się z tym żyć, musi zacząć dywersyfikować swoje dochody. Spada nam liczba studentów, ale za to mamy pierwsze spółki, w których UJ będzie miał udziały. Lepiej zarabiać na własności intelektualnej, na patentach i cywilizacyjnym rozwoju niż mieć na uniwersytecie płatne studia.
- Słowo "bezpłatne" też nie jest do końca ścisłe.
- Kiedyś pewnie będzie współpłatność za studia dla wszystkich (jestem zwolennikiem takiego rozwiązania), choć raczej już nie za mojej kadencji.
- Cieszy się Pan, że wraca matematyka do obowiązkowego maturalnego menu?
- Cieszę się, to mało powiedziane. Ja się przestałem bać. Rezygnacja z obowiązkowej matematyki była najgorszym z pomysłów, jakie się w edukacji pojawiły w ostatnich latach. Mówiąc kolokwialnie, Pani Minister Łybacka wpędziła Polskę w kanał. Język matematyki jest podstawowym językiem opisu świata we wszystkich dziedzinach. Brak powszechnej znajomości tego języka mógł mieć w dłuższej perspektywie nieobliczalne skutki. Groziła nam cywilizacyjna katastrofa.
- Tylko czy poziom tej matematyki na maturalnym egzaminie będzie gwarantował, że faktycznie przestanie się Pan bać?
- Okres przejściowy jest nieunikniony. Ważne, byśmy nie stracili z oczu istoty sprawy: że wreszcie weszliśmy na drogę naprawy błędów, które zostały popełnione
- Jest Pan przekonany, że wynik egzaminu z matematyki powinien być już w przyszłym roku akademickim brany pod uwagę przy rekrutacji także na kierunkach nie kojarzonych z tą dziedziną? Na przykład na filozofii?
- Słusznie nazywano by mnie półanalfabetą, gdybym znał tylko matematykę, a nie miał pojęcia o historii czy literaturze. Dlaczego zatem ta prawidłowość nie ma się odnosić do osób, które nie mają pojęcia o matematyce? Czy inteligentem możemy nazwać kogoś, kto pasjami czyta książki, ale ma kłopoty z obliczaniem procentów? Czas na zmianę zbyt wąskiej definicji inteligenta.
- Nowością jest na UJ możliwość studiowania za granicą. Na razie ekskluzywna, dla niewielkiej grupy najlepszych, bo za pieniądze europejskie. Czy są szanse na poszerzenie tej oferty?
- Dostajemy pieniądze europejskie, ale by program rozszerzyć, powinniśmy mieć polskie. Musimy dać takie możliwości najlepszym, bo to oni decydują o rozwoju Polski. Jeżeli przegapimy nasze własne diamenty, nie oszlifujemy ich, przegramy jako kraj. Zapewniam, że programy dla najzdolniejszych będą rozwijane.
- Jaki jest dla Pana najważniejszy cel do osiągnięcia w nowym roku akademickim?
- Nie ma jednej takiej rzeczy. Na pewno ważny będzie system oceny aktywności naukowej na wydziałach. Z dydaktyką zrobiliśmy to dwa lata wcześniej. Teraz ocena działalności naukowej pozwoli nam znaleźć silne i słabe punkty Uniwersytetu.

Wideo

Dodaj ogłoszenie