18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Przez ucho igielne do lochu i na milimetrową arenę corridy [ZDJĘCIA]

MAREK DŁUGOPOLSKI
Niezwykły miniaturowy świat Museo de Antonio Marco Fot. MAREK DŁUGOPOLSKI
Niezwykły miniaturowy świat Museo de Antonio Marco Fot. MAREK DŁUGOPOLSKI
Ostatnia wieczerza Leonarda da Vinci trafiła na drobinę ryżu, a Guernica Pablo Picasso zdobi niewielkie nasionko. Dzieło Diego Velazqueza pyszni się na ziarnku kukurydzy, a obraz Francisco Goi podziwiać można na skrzydełku muchy.

Niezwykły miniaturowy świat Museo de Antonio Marco Fot. MAREK DŁUGOPOLSKI

Nowojorska Statua Wolności jest w sam raz, by mogła stanąć na igle, Kreml da się zamknąć w muszelce, a arena, na której odbywają się corridy, ma... milimetr kwadratowy. By wniknąć w ów niezwykły świat miniatur Guadalest, potrzeba mocnego szkła powiększającego.

ZOBACZ [ZDJĘCIA] >>

- A wielbłąd, gdzie? - nagle przebija się przez gwar głosów. Mała dziewczynka z zaciekawieniem rozgląda się po niewielkim pokoju. - Miał być wielbłąd - oskarżenie zawisło między zwiedzającymi.

- Oooo, tu jest. Przechodzi przez ucho igły - mama, śmiejąc się podprowadziła rezolutną dziewczynkę w kierunku gabloty.

- Nie ma - stanowczo odpowiedziała Hiszpanka.

- Musisz popatrzyć przez to szkiełko - podpowiedział tata.

- A tu jesteś! - radośnie roześmiała się sześciolatka. I już samodzielnie wędrowała od "szkiełka do szkiełka". Rodzice również nie ukrywali, że zachwyceni są arcydziełami Manuela Ussa w Muzeum Miniatur.

Skalne ucho

- Będziecie zachwyceni. To niesamowite miejsce. By się do niego dostać, trzeba jednak przejść przez tunel - tak Guadalest zachwalał łodzianin Michał Marczyk, od kilku lat rezydujący w Walencji. - Mieszka tu zaledwie 200 osób, a co roku odwiedza miejscowość dwa miliony turystów - dodał.

Co ich tu sprowadza? Urocza forteca na szczycie pięćsetmetrowej, potrzaskanej skały, charakterystyczna biała dzwonnica, skalne "ucho igielne", parę niezwykłych muzeów, dobra kuchnia, turkusowe jezioro oraz malownicze góry Aitana i Xortá.

Bez problemu mogą dotrzeć tu wszyscy, którzy wypoczywają na Costa Blanca. Z najpopularniejszych nadmorskich miejscowości - Benidormu (zwanego też - z racji wieżowców obsiadłych plaże - Manhattanem lub Las Vegas), Alicante, Calpe czy Altei - to ledwie kilkanaście kilometrów.

Tereny te w starożytności zamieszkiwali Celtoiberowie, Grecy i Fenicjanie. Później stanowiły część rzymskiej prowincji, by w V stuleciu wpaść w ręce Wizygotów. Trzy stulecia później pojawiają się tu Arabowie.

I to oni docenili wartość skalnych iglic. W XI stuleciu podnieśli ich naturalne walory obronne, obwodząc solidnym murem, budując na wierzchołkach zamek La Alcozaina (obecnie San Jose) i wieże. A jedyne wejście do twierdzy - przez naturalny tunel - solidnie ufortyfikowali.

Odpłynęli z Alicante

- Ta niewielka warownia miała olbrzymie znaczenie strategiczne. Panowała nie tylko nad doliną, ale także nad wiodącym jej dnem szlakiem handlowym - podkreśla Michał Marczyk. W razie niebezpieczeństwa dawała również schronienie mieszkańcom pierwszej muzułmańskiej osady.

Arabowie doskonale sobie radzili. Przez parę wieków zagospodarowali okoliczne stoki, zbudowali m.in. tarasy i udoskonalili system kanałów nawadniających, sprowadzili palmy i pomarańcze. Wysuszona dolina zamieniła się w oazę zieleni.

- Guadalest należał do Sharq Al-Andalus, wschodniej części muzułmańskiej Hiszpanii. W 1245 r. jego okolice zostały odbite z rąk muzułmanów przez Jakuba I Zdobywcę. Tereny te nie były jednak poddane aż takiej presji chrześcijan, jak działo się to w miastach - twierdzi Michał Marczyk.
Maurowie, szczególnie ci, którzy przeszli na chrześcijaństwo - zwani moriscos - w miarę spokojnie mieszkali tu aż do 1609 r., kiedy to dekretem św. Juana de Ribery zmuszono ich do opuszczenia Hiszpanii. Do Afryki odpływali z Alicante. Co po nich pozostało? Do dziś niewiele. Na stokach tarasy i działające jeszcze odcinki kanałów, gaje palmowe, poszarpane mury obronne i resztki zamku.

Trzęsienie Guadalest

W 1644 r. potężnie zatrzęsło mikroskopijnym miasteczkiem. Nie wytrzymał tego ani zamek, ani przylepione do skał domy. Wszystko legło w gruzach. Mocno potrzaskany został również górski grzbiet. Ślady kataklizmu można jeszcze dziś oglądać.

Guadalest podniosło się jednak z gruzów. - Wszystko dzięki możnemu i ustosunkowanemu rodowi Ordunów, którzy władali tą krainą - twierdzi przewodniczka w Casa Orduna, niegdyś eleganckiej, bardzo rozległej - jak na tę miejscowość - siedzibie rodu, dziś malowniczym, pełnym zakamarków "muzeum".

Później czasy dobrobytu przeplatały się z okresami mniej dostatnimi. Niełatwo żyło się tu ludziom. - Jeszcze w latach 60. XX wieku było to miejsce zapomniane przez Boga i ludzi - przypomina Michał Marczyk. Odrodzenie zawdzięcza zaś dwójce angielskich turystów, których zauroczyły malownicze ruiny. Tak spodobało się im to miejsce, że postanowili przywrócić je ludzkiej pamięci. Dwa miliony turystów odwiedzających Guadalest najdobitniej świadczy, że im się to udało... W szczycie sezonu trudno tu wcisnąć szpilkę. Za to przed i po wakacjach jest wspaniale, bez tłoku i kolejek.

Parę ulic i muzea

- Ale narzędzia. Jak takimi pracować? Tego nawet do ręki nie da się wziąć - śmieje się Andrzej z Krakowa. Śrubokręt ma kilkanaście milimetrów, a siekiera parę centymetrów, równie "wielkie" są piły, imadła i szpadle.

- Da się tym pracować. W dodatku wszystkie wykonane są z tych samych materiałów, z których stworzeni są ich nieco więksi bracia i siostry - zapewniają z dumą w Museo de Antonio Marco.

A to dopiero przedsmak tego, co oferuje muzeum. Zgromadzone na paru poziomach gabloty odkrywają tajemnice - odtworzonych z niesamowitą precyzją i pieczołowitością - XIX-wiecznej alkowy, czy salonów hiszpańskiego mieszczaństwa, są tu górskie fortece i uwieszone skał domy, stajenka z nowo narodzonym Dziecięciem i wnętrza świątyń.

- Wszystko wykonane jest z drewna, cegły, kamienia, cementu, ceramiki, szkła... Tak jak oryginały - zapewniają w muzeum.

Niezwykłymi eksponatami kuszą tu jeszcze Museo Ribera Girona, Museo Microgigante, a także Museo de la Tortura...

Po drugiej stronie...

A przecież wyniesiona wysoko biała dzwonnica cały czas jest zarzewiem tajemnicy, która czeka po drugiej stronie tunelu.

- Przed nami wspaniała Casa Orduna, siedziba rodu, który wiele lat władał tą okolicą - mówi nasz przewodnik. Obejrzeć można tu nie tylko wspaniałe dzieła sztuki sakralnej, mapy (np. z 1706 r.) czy bibliotekę z 1265 księgami, ale także jadalnię i kuchnię oraz łazienkę z wyścielanym delikatnym materiałem... sedesem. Imponujący jest też widok z tarasu - na turkusowe jezioro na dnie doliny, otaczające szczyty, ale też na pozostałości arabskiej warowni. Do ściany pałacu przylega zaś osiemnastowieczna świątynia Nuestra Senora de Asuncion.

- Ktoś, kto postanowił w takim miejscu wybudować zamek, był nie tylko doskonałym strategiem, ale także niezwykłym estetą - zachwyca się Michał Marczyk po kilkuminutowej wspinaczce. Na szczycie niespodzianka... Oprócz fantastycznych widoków, odnajdziemy tu... cmentarz.

Gdy już nasycimy oczy niezwykłymi widokami, wybrukowana ścieżka sprowadzi nas na Plaza de San Gregorio. Tuż przed Ratusz, w którym znajduje się XII-wieczne ciężkie więzienie i cysterna na wodę. Rozległy plac i restauracje to doskonała okazja do chwili odpoczynku, a jednocześnie szansa na spróbowanie lokalnej kuchni - choćby doskonałych tapas czy miejscowego wina. A może zdecydujemy się na zamówienie tradycyjnej paelli - bez owoców morza, za to z mięsem kurczaka - lub królika - fasolą i szafranem. Do tego chłodna orszada, zimny napój powstały z wody pomarańczowej, z dodatkiem cukru i migdałów. Czegóż chcieć więcej?

Nim przekroczymy skalne "ucho", warto wstąpić jeszcze do Museo Etnologico (okaże się w nim, że życie nie było tu usiane różami), a także do wspomnianego wcześniej Museo de Microminiaturas.

Wrota do plaży

I znowu skalny tunel, zwany też Wrotami św. Jana, palmowy ogród...

Wystarczy parędziesiąt kilometrów, by znaleźć się na wspaniałych plażach, czy też pośród malowniczych klifów i uroczych zatoczek Białego Wybrzeża. I jedno, i drugie ledwie kilka godzin lotu z Kraków Airport do Alicante.

Łodzianin Michał Marczyk kusi: - Na Costa Blanca jest idealny klimat, wspaniała kuchnia, ponad trzysta słonecznych dni w roku, a do tego 224 km Białego Wybrzeża.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie