Przeżyłem własną śmierć

Przeżyłem własną śmierć

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

oswieci2tif.jpg
- Przeżył Pan pobyt w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Komu lub czemu zawdzięcza Pan ocalenie?
oswieci2tif.jpg

- mówi Izak Goldfinger, były więzień Auschwitz

   - Ocaliła mnie moja wiara. W Auschwitz mieliśmy rano tylko pięć minut, żeby wstać, zebrać się i pomodlić. Każdy z nas modlił się w swoim języku, powtarzając słowa modlitwy, którą najlepiej zapamiętał.
Ja bardzo żarliwie się modliłem. Poza tym ciągle miałem w pamięci pożegnalne słowa mojej matki, która gdy mnie zabierano z domu, powiedziała jedno zdanie: "Synu, musisz się trzymać". Otuchy dodały mi też słowa jednego z więźniów, który wypisywał nam obozowe numery na przedramieniu. Mój - 161 154 - gdy się doda poszczególne cyfry daje sumę - 18, co pisane po hebrajsku oznacza "żyj". Dodał, że rzadko mu się zdarza wypisywać taki numer, dlatego mam na siebie uważać, i nie umrzeć w tym obozie.
   - Nie umarł Pan, mimo że widmo śmierci zaglądało kilka razy w Pańskie oczy...
   - To istny cud, że nie umarłem. Kilka razy przeżywałem własną śmierć. Ostatni raz w Mauthausen, w podobozie Gunskirchen, w maju 1945 r. Miałem początki tyfusu. Byłem skrajnie wyczerpany. Zbliżał się front i załoga obozu, chcąc ukryć prawdę o tym, co się tu działo, zaczęła pośpiesznie kopać doły, w których grzebano ciała zmarłych i tych, którzy właśnie umierali. Jeden z żołnierzy zaciągnął mnie do dołu śmierci i pchnął bagnetem. Półprzytomny, z krwawiącą raną, leżałem w grobie obok dziesiątków martwych ciał, od czasu do czasu odzyskując na chwilę przytomność. Pewnie umarłbym, gdyby nie rozpoznał mnie Icchak Zilberszpilc, pochodzący, tak jak ja, spod Nowego Sącza. Miał zadanie zakopać ciała w zbiorowej mogile. Ukradkiem opatrzył mi ranę i trzymał na górze stosu ciał, tak żebym mógł oddychać.
   - Miał Pan zatem dużo szczęścia?
   - Miałem. Poza tym nigdy nie traciłem wiary w ludzi. Wierzyłem, że nawet wśród nazistów są ludzie. Spotkałem takich np. w obozie Sosnowitz. Odważyłem się poprosić o pomoc pracownika niemieckiej firmy i otrzymałem ją. Dzięki niemu mieliśmy co jeść. Ten Niemiec, rolnik z zawodu, instruował mnie, w jaki sposób zdobyć żywność. Nie bał się mówić wprost, że Hitler nie jest dla niego autorytetem i że nie wierzy w to, iż Niemcy podbiją cały świat.
   - Co Pan czuje, gdy wraca wspomnieniami do lat spędzonych w obozach zagłady? Czy byłby Pan w stanie przebaczyć swoim oprawcom?
    - We mnie nie ma nienawiści, bo z nienawiścią w sercu nie da się normalnie żyć. We mnie jest tylko ogromny żal, że straciłem wszystkich bliskich, a najlepsze lata młodości spędziłem w piekle, traktowany jak zwierzę. Tylko raz miałem ochotę zabić człowieka, który się do tego piekła przyczynił. To było po wojnie, w drugiej połowie lat 50. Pracowałem wówczas w biurze pośrednictwa pracy w Hajfie. Spotykałem tam wielu ludzi, którzy przybyli do Izraela z Polski po wojnie. Pewnego dnia pojawił się tam człowiek, który był moim kapo z Mauthausen. Gdy go zobaczyłem, natychmiast wróciły wspomnienia poniżania, bicia. Emocje, jakie mnie opanowały, sięgały zenitu. Pierwszy i ostatni raz w życiu miałem ochotę kogoś zabić. Pewnie bym to zrobił, gdybym miał broń. Nie miałem. Chwyciłem więc za krzesło i rozbiłem na jego głowie. Taka była moja zemsta. Nawet nie podałem go do sądu. On był bowiem w tym momencie żałosny. Z kata stał się ofiarą. Czy mu przebaczyłem? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Ale wierząc w Boga, powinienem powiedzieć, że "tak".
   - Czy nie ma Pan uprzedzeń wobec Niemców? Niektórzy byli więźniowie nie chcą stawać w Oświęcimiu w jednym szeregu z Niemcami.
   - W Niemczech żyje już bodaj czwarte pokolenie od czasu II wojny światowej. Trudno wymagać, żeby odpowiadali za winy swoich ojców czy dziadów. Za swój obowiązek uważam jednak edukację tych młodych ludzi. Mam bowiem dowody na to, że oni mają często zafałszowany obraz historii. Podczas spotkania z młodzieżą niemiecką jedna z dziewcząt podeszła do mnie i opowiadała, jak to jej dziadek, oficer Wehrmachtu, zapewniał ją, że w Auschwitz były co prawda spartańskie warunki, ale chorzy mieli na miejscu szpital z oddziałem rehabilitacji, a nawet półsanatorium. Ta dziewczyna była do głębi poruszona, gdy powiedziałem jej, że chorych wysyłano do komór gazowych. A do "szpitala" zabierano młodych, zdrowych i silnych mężczyzn, mających nie więcej niż 25 lat, których poddawano kastracji w ramach doświadczeń medycznych.
Rozmawiała:
GraŻyna Starzak

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo