Raz na fali, raz w odpływie

Redakcja
Udostępnij:
- Wakacje w pełni, większość aktorów odpoczywa, a Ty w wirze pracy...

Z SZYMONEM KUŚMIDREM rozmawia Dominika Ćosić

   - Bo jako prezes reaktywowanej Fundacji Starego Teatru mam ręce pełne roboty. Jesteśmy przecież jedyną profesjonalną sceną w mieście, która przez całe wakacje pracuje. Od kwietnia, kiedy to przejęliśmy Małą Scenę Starego Teatru przy ul. Sławkowskiej, gościliśmy kilkunastu aktorów i piosenkarzy. Wystąpili u nas m.in.: Beata Fudalej, Olga Szwajgier, Jan Englert, Jerzy Nowak, Jan Peszek, Andrzej i Mikołaj Grabowscy... W planach mamy występy m.in.: Romana Polańskiego, Andrzeja Seweryna, Janusza Gajosa - o ile oczywiście uda nam się uzyskać wsparcie finansowe ze strony sponsorów i instytucji. To już naturalnie po wakacjach.
   - A co teraz?
   - Już w najbliższy weekend premierowe spektakle "Historia prosta - czyli piosenki z Kabaretu Starszych Panów" w wykonaniu Ewy Kaim, Beaty Paluch i Anny Radwan. W lipcu czeka nas też jeszcze recital Andrzeja Sikorowskiego. Program na sierpień jeszcze opracowujemy, ale na pewno również nie zabraknie spektakli.
   - To pomówmy o Twojej pracy artystycznej. Jak wspominasz pierwsze spotkanie z Kazimierzem Kutzem?
   - Spotkaliśmy się przy okazji zdjęć do filmu "Śmierć jak kromka chleba". Podczas naszej pierwszej rozmowy zaczął opowiadać o mojej roli, grałem Handy’ego, młodego górnika, będącego jedną z ofiar ZOMO. Fantastyczne, czarujące spotkanie. Kutz dużo opowiadał o swoim imienniku, Kazimierzu Wielkim, a także o historii Śląska, dzielnicy przechodzącej z rąk do rąk.
   - Zapytałam o Kutza nieprzypadkowo, przewija się on przez cały Twój życiorys zawodowy.
   - No tak, zaraz po "Śmierci" zagrałem u niego w "Strasznym śnie Dzidziusia Górkiewicza", swoistej kontynuacji "Eroiki" Munka. Nie był to dobry obraz. Początkowo miał być słuchowiskiem radiowym; mam wrażenie, że reżyserowi zabrakło pomysłu na film. Ale później jeszcze kilkakrotnie się spotykaliśmy, m.in. w serialu "Sława i chwała", w spektaklu Teatru Telewizji "Nasz człowiek" z Janem Peszkiem i Zbyszkiem Zamachowskim i w Starym Teatrze przy "Twórcach obrazów".
   - Kutz wybiera sobie ludzi, z którymi chce pracować.
   - Ale ich zmienia. Kompletując obsadę, kieruje się swoją wizją bohaterów, a nie kluczem znajomości czy przyjaźni. To działa. Poza tym jest opiekunem, lubi kontynuować współpracę z aktorami. W przypadku młodszych patrzy, jak się rozwijają, w przypadku starszych - po prostu po raz kolejny spotyka się z nimi. Z czasów, kiedy był dyrektorem krakowskiego Ośrodka Telewizji, pozostała mu słabość do Krakowa, lubi tutejszych aktorów, z którymi lepiej się rozumie. Bywa wymagający, ale praca u niego to też zabawa, powrót do krainy marzeń, do dzieciństwa.
   - Twoja rola w "Śmierci" zebrała dobre recenzje, wydawało się, że kino stoi przed Tobą otworem.
   - No tak, ale nie zapominajmy, że Kraków nie jest ośrodkiem filmowym. Wszystko się dzieje w Warszawie, ewentualnie Wrocławiu. Mój występ w tym filmie zbiegł się w czasie z ciekawymi rolami w teatrze, grałem wtedy bardzo dużo. Wyjazd na plan był niemożliwy. A w środowisku filmowym jest tak, że jeżeli człowiek jest zajęty, to po którejś odmowie przykleja mu się etykietkę "niedyspozycyjny" i przestaje się dzwonić. "Odkurzenie" kontaktów jest niemal niemożliwe. Bardzo trudno jest z powrotem wskoczyć w ten rytm filmowo-telewizyjny. Tym bardziej że natychmiast puste miejsce wypełniają nowi aktorzy.
   - Nie żałujesz tej wierności teatrowi?
   - Mnie teatr urzeka, to spotkania z widzami, za każdym razem inne. Chciałbym grać w filmie, oczywiście, podobnie jak w telewizji. Ale mając do wyboru teatr albo film, nie byłbym chyba w stanie zrezygnować ze sceny. Idealnym rozwiązaniem byłoby pogodzenie jednego i drugiego. To zdarza się rzadko. Inna sprawa, że źle się dzieje w polskim kinie. Superprodukcje są na przeciętnym poziomie, czasem nawet żenująco niskim, rzadko zdarzają się ciekawe propozycje. W dodatku w filmach widzimy ciągle te same twarze. O ile w przypadku teatru mądra polityka obsadowa zdarza się rzadko, o tyle w kinie prawie nigdy nie mamy z nią do czynienia.
   - Jeszcze kilka lat temu w Starym Teatrze dużo się grało. A teraz?
   - Warunki pogorszyły się. Z pięciu tytułów wystawianych na Dużej Scenie, w których występuję, ostatnio nie był grany żaden. Pojawiałem się jedynie w sztuce "Dwoje na huśtawce". Więc miałem czas na film, telewizję. Ale, jak już mówiłem, ciężko jest odnowić stare kontakty. Trzeba się dobijać do Warszawy, a to proszenie o role jest czasami upokarzające. Gdy mówimy "teraz jestem wolny", reżyser myśli, "wolny, to znaczy nie ma wzięcia". To zamknięte koło. Gdy się dużo gra w teatrze, na kino nie ma czasu, gdy natomiast mało się gra w teatrze, to w kinie też nie ma szans, bo zapomnieli. Taki jest los aktora, raz się jest na fali, a raz w odpływie. Ale nie wolno się załamywać.
   - Zdawałeś sobie z tego sprawę, gdy dostałeś się do szkoły teatralnej?
   - Zdawałem do szkoły, bo chciałem uprawiać ten zawód, marzyłem o graniu w teatrze, o kinie i telewizji nie myślałem. Przez całe studia zastanawiałem się nad przyszłym miejscem pracy, myślałem o Wrocławiu, Kaliszu, o pracy w Szczecinie u Anny Augustynowicz, dostałem propozycję z Łodzi. O Krakowie nie myślałem w ogóle, a już na pewno nie o Starym Teatrze. To wydawało mi się niemożliwe.
   - A jednak...
   - Dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności. Jerzy Jarocki, który robił z nami dyplom, równocześnie zaczynał próby do "Ślubu" i zaproponował mi rolę Władzia, ówczesny dyrektor teatru Tadeusz Bradecki zgodził się na mój występ. Potem poszło lawinowo. Jeszcze nie było premiery "Ślubu", gdy Andrzej Wajda zatrudnił mnie do "Wesela", potem przyszła "Śmierć Iwana Iljicza", "Sen nocy letniej", "Rękopis znaleziony w Saragossie"... Wchodziłem z roli w rolę. Z jednej strony miałem wiele szczęścia, z drugiej miałem uczucie, że dyrektor przyjmując mnie na etat, dał mi dużą szansę. Zresztą nie byłem jedynym młodym, który wówczas zaistniał. Podobnym kredytem zaufania dyrektor obdarzył Anię Radwan, Ewę Kaim, Beatę Fudalej, potem Romka Gancarczyka. Byliśmy promowani przez Bradeckiego, obsadzani w kolejnych spektaklach, dawano nam szansę. Bradecki usiłował zrobić coś w rodzaju zmiany generacyjnej w teatrze. I, moim zdaniem, wyszło mu to, a wielu z nas na tym skorzystało.
   - Dopóki Bradecki był dyrektorem, nie mogliście narzekać na brak pracy.
   - Tak, psuć się zaczęło za dyrekcji Krystyny Meisner, która prowadziła złą politykę repertuarową i obsadową. Jerzy Bińczycki chciał coś poprawić, ale, niestety, za wcześnie zmarł. A potem sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła. Wydaje mi się, że reżyserzy mieli zbyt dużą swobodę w kwestiach repertuarowych i za często zdarzały się w teatrze występy gościnne. Część aktorów odeszła wtedy ze Starego, część była angażowana tylko do ról. Rozmyła się rola dyrektora artystycznego, który przedtem był niejako "trenerem drużyny" i jednocześnie menedżerem. Ale może tak ma być?
   - Nie korciło Cię, żeby razem z innymi też odejść?
   - Miałem dwa takie momenty. Jeden za dyrekcji Krystyny Meisner, kiedy czując, że zaczyna się coś złego dziać, myślałem o spróbowaniu gdzie indziej. Drugi nastąpił mniej więcej dwa lata temu, kiedy to poważnie zastanawiałem się nad pracą na własną rękę. Czułem, że moje bycie w teatrze zaczyna być przyzwyczajeniem, jest mi tu po prostu wygodnie. Ale wtedy pojawiła się propozycja zagrania z Anią Radwan w "Dwojgu na huśtawce". Pomyślałem, że to może będzie przełom, po którym pojawią się innego typu role. A może po prostu stchórzyłem? Teraz nie wiem. Widzę światełko dla Starego, związane z nową dyrekcją, wypowiedzi Mikołaja Grabowskiego na spotkaniu z aktorami były krzepiące, ale czas je zweryfikuje.
   - "Dwoje na huśtawce", które przyniosło wam Złote Maski, nie sprawiło, że pojawiły się nowe propozycje.
   - Powiedziałbym, że jest to brak polityki repertuarowej i obsadowej. Nie wymagam, aby aktorzy byli promowani, ale powinni mieć szansę sprawdzenia się w innych gatunkach. Aktor potrzebuje zmian, czegoś nowego. Nie można ciągle bazować na wypróbowanych chwytach. Często lenistwo bierze górę! Chcemy korzystać z tego, co już kiedyś wypracowaliśmy, ale jednocześnie chcemy, by nam podnoszono poprzeczkę. Są reżyserzy, którzy potrafią wymagać od nas, np. Kutz, ale też Zbyszek Najmoła. Gdy zaczęliśmy próby do "Dwojga na huśtawce", niemal na wstępie wyrzucił rzeczy, które znał z moich wcześniejszych ról, zmuszał mnie do poszukiwań.
   - Miałeś poczucie, że wpadasz w rutynę?
   - Tak. Po kolejnej roli, która była niepokojąco podobna do poprzednich. Były to zadania co prawda nieduże, ale niemal bliźniacze w stosunku do innych. Miałem wrażenie, że reżyserzy nie mają pomysłu na mojego bohatera, a sam jestem taką zapchajdziurą, na zasadzie "on i tak to zrobi". W Teatrze Telewizji zdarzyło mi się parę razy odmówić współpracy z reżyserem, który powiedział: "ty to umiesz zagrać, więc cię angażuję". Nie o to chodzi w tym zawodzie. Trzeba się zmierzać z tym, czego się nie potrafi, nieustannie pracować nad sobą, poszukiwać nowych środków wyrazu, emploi, a nie grać, aby grać.
   - Słuchając Cię rozumiem, dlaczego zająłeś się reżyserią.
   - Pracując ze studentami próbowałem wyciągnąć drzemiące w nich możliwości, tak jak czyniło ze mną wielu reżyserów. Wyobrażałem sobie, że daną rolę można zagrać na wiele sposobów. Kiedy pracowałem 1,5 roku temu nad sztuką "Miłość to takie proste", czułem, że to repertuar, w którym sam chciałbym zagrać. Fascynują mnie możliwości, jakie oferuje reżyseria. Tym bardziej że czasem się zdarza, że reżyserzy, z którymi pracuję, nie mają spójnej wizji spektaklu. Coraz rzadziej zdarzają się reżyserzy, którzy potrafią pracować z aktorem. Nie wiem, czy aktor umie pracować z aktorem, ale na pewno dobrze rozumie jego pracę.
   - Czyżby to oznaczało, że swoją przyszłość widzisz dwutorowo?
   - Chciałbym się spełniać jako aktor. Ale jeśli nie będę miał takiej możliwości, to spróbuję tej bardzo ciężkiej i odpowiedzialnej pracy, jaką jest reżyseria.

Zakupy z „dark store” coraz popularniejsze

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie