Rdza w śnie

Redakcja
W 60. rocznicę istnienia, w rocznicę bajania historii funta kłaków niewartych, na jubileusz szycia scenicznych snów z tektury, kleju, bibuły i sznurka, teatr Groteska raz jeszcze opowiedział stary, bez mała już czterdzieści lat temu opowiedziany sen - wystawił rzecz o kundlu Ferdynandzie, któremu jakoś nie po drodze było z psią arystokracją i który posiadł niemożliwą dla ludzi umiejętność pojmowania pulsującej mowy pozornie niemych parasoli.

Paweł Głowacki Wyznania szczerego entuzjasty teatru

   Kantor - mag innych snów teatralnych - mawiał o "przestrzeni parasolowatej", o jej pulsowaniu. Składasz parasol albo rozkładasz. Składasz, rozkładasz... Łapa w dół, łapa w górę. Mały ruch - i realność odmieniona. Drobny gest - a świat nad głową inny już. Albo przestrzeń bez ograniczeń, kawałek nieskończoności, niebo bez krztyny obłoków i słońce bezlitosne. Albo też nagła czasza, przytulność tuż nad czołem, dobra, wypukła nieprzemakalność rozpięta na kilku długich jak źdźbła trawy cienkich palcach z aluminium, coś jak wielki beret na kiju, co go trzymasz w garści, gdy z ołowianej gąbki nieba bez granic i bez słońca sunie skroplona wilgoć.
   Nie pamiętam, czy oryginał - "Ferdynand Wspaniały" przez Ludwika Jerzego Kerna napisany - miał na początku i końcu deszcz i furkoczące skrzydła parasoli. Dawno, potwornie dawno czytałem to arcydzieło. Dziś nie mam już jak sprawdzić. Tamta księga gdzieś przepadła. Mógłbym ruszyć do biblioteki, ale przecież wstyd... Ja, byk stary, o "Ferdka..." proszę jakąś dr hab., co habilitację z Prousta pisała... Wstyd... Tak - jeden z najgłupszych. Wstyd, którego wstydzić się trzeba. Ale cóż począć? Człowiek woli być dorosły, niż być w zgodzie z własną łzą. Nie?
   Nie pamiętam więc, jak było w oryginale. I nie mam prawa wiedzieć, czy klamra deszczowej wilgoci organizowała też tamtego "Ferdynanda...", którego Groteska w 1967 wystawiła. Wiem tylko, że dziś w Grotesce właśnie to - spokojny szmer niewielkiego deszczu, miękki szelest rowijających się parasoli - otwiera i zamyka "Ferdynanda...", co go Lech Chojnacki wyreżyserował. I to jest dobre. To celnie ustawia ton, a później celnie go wycisza.
   Deszcz jest dobry, bo deszcz to nieuchwytność, a czymże innym jest baśń, zwłaszcza baśń snu? Przestrzeń parasolowata. Pulsowanie. Przestrzeń niczym potężny, niewidzialny, wiecznie dyszący parasol. Ciepłe pulsowanie światów parasolowatych. Pulsowanie snu. Tu wszystko może się zdarzyć. Dzieło Kerna to cudownie napisany sen psa, który marzy, że jest człowiekiem. A może to sen człowieka śniącego o psie, który śni, że jest człowiekiem? Proszę, już się zaczynają nieuchwytności!__Narastają tajemnice nie do objęcia. I narasta chęć, by nigdy się nie skończyły. Czy teatr, zwłaszcza Groteska - ansambl skazany na niepowagę baśni wyssanych z palca i ciepło snów małoletnich, jest, może sensownie być czymś innym?
   Pulsowanie parasoli, pulsowanie baśni, pulsowanie snów. Opowieść miękka miękkością wilgoci sunącej z nieba. W Grotesce, jak u Kerna, zacznie padać dobry, oniryczny deszcz - i Ferdynand spostrzeże w swym śnie zdumiewająco ludzkie swoje członki. Będzie mówił językami naszymi. Dobry pan Ferdynanda, w poszukiwaniu ulubieńca przemknie przez psi sen - i nie pozna Ferdynanda. Gdzieś przepadnie szczekanie, zacznie się życie na dwóch łapach. I jak to tylko w baśniach bywa - śniący pies ocali ludzkość na jawie.
   Nie, nie całą, ale kilka ludzkich jakości jednak ocali. Za sprawą radosnego kundla odrodzi się cyrk zdychający w szorstkich palcach homo sapiens znudzonych klownadą. Militaryzm zyska pastelowość godną świata ołowianych żołnierzyków. Na pokazie psów rasowych ludzie zawstydzą się własną groteską. Ferdynand zwiedzi niebo za pomocą windy, ale wróci na ziemię. Bo trzeba lubić swe miejsce w kosmosie. Ferdynand ocali życie zająca. Bo kto normalny chce patrzeć na martwe powieki? I zdobędzie medal dla psiego arystokraty, krążek, o którym marzył na psiej jawie. Po czym znów przyjdzie dobry deszcz - i skończy się sen. Ferdynand obudzi się tam, gdzie wszystko się zaczęło - na ulubionym fotelu. Zaszczeka.
   Groteska 60 lat - poranek w poranek albo wieczór w wieczór - składa i rozkłada parasole opowieści, w których wszystko może się stać. Poranek w poranek, wieczór w wieczór uruchamia koła zębate magicznego wehikułu snu, tej machiny tajemnej, co pozwala miękko, wręcz niezauważalnie, w sposób właśnie wilgotny przechodzić od obrazu do obrazu, od sceny do sceny, od epifanii do epifanii. W Grotesce z reguły jest tak, jak w klamrze spinającej "Ferdynanda Wspaniałego". Jak gdyby deszcz zaczynał padać w deszczu, który zaczął kiedyś padać w deszczu innym, który to deszcz...
   Tak jest - z reguły. Niestety, ten "Ferdynand..." to zgrzytliwy wyjątek. Środek opowieści, wszystko, co pomiędzy deszczem a deszczem - twarde jest diabelnie, nieprzyjemnie przyrdzewiałe na krawędziach scen. Opowieść jęczy w szwach - obrazy w obrazy przechodzą siłowo. Gdzieś gubi się uroda i miękkość snu. Nastaje czas mozołu. Tak oto przypomina się prawda prawd. Alchemia baśni nie jest cudownością treści. Alchemia baśni to nieuchwytność jej pulsującego tonu. Nieważne, jak było. Ważne, jak się opowiedziało. W Grotesce opowiedziało się - trochę nieporęcznie dla oka i ucha.
Teatr Groteska. Ludwik Jerzy Kern "Ferdynand Wspaniały". Adaptacja i reżyseria Lech Chojnacki. Scenografia Dariusz Panas. Muzyka Robert Łuczak.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie