Rewolucyjny Kalmar wypłynął z Krakowa. Czy niezwykły napęd rodem z Małopolski podbije morza i oceany?

Marek Długopolski
- Widzę, że ta moja gehenna, błędy, które przez te lata popełniłem, miały sens - mówi Michał Latacz, szef NOA Marine. Dzisiaj krakowianin jest nie tylko cenionym wynalazcą i konstruktorem, właścicielem patentów oraz znanej w branży firmy, ale także twórcą sporego międzynarodowego konsorcjum

Cicho, płynnie, z gracją i dynamicznie - aż miło patrzeć na finezję, z jaką porusza się podwodny dron Michała Latacza, krakowskiego naukowca i wynalazcy. Dzieje się to nie tylko na ekranie komputera, ale także w realnym świecie, w wodzie. Czy jednak rewolucyjny napęd rodem z Małopolski podbije morza i oceany, i na zawsze zmieni branżę związaną z ich eksploracją?

- Nie ma lepszego banku rozwiązań konstrukcyjnych, niż oferuje nam natura. Ona swoje projekty dopracowywała, dopieszczała przez miliony lat. Tylko więc czerpać z jej zasobów - twierdzi wzięty krakowski przedsiębiorca. I czerpie!

„Napęd” kałamarnicy

- Dysponuje napędem nowej generacji - tak Michał Latacz zachwalał swojego „Kalmara”, gdy po raz pierwszy go prezentował, jeszcze na studiach. I od razu wyjaśniał, że to „coś” z boku jego niezwykłej konstrukcji to „pędniki falowe”. - Na skutek ich ruchu woda przemieszcza się wzdłuż burty, napędzając statek - opowiadał. Przekonywał też, że takie rozwiązanie jest nie tylko ekologiczne, ale pozwala drastycznie zredukować ilość paliwa potrzebną do napędu statków i okrętów.

Czy były to tylko młodzieńcze marzenia, śmiałe wizje? Tak mogło się wydawać. Przed laty niewielu było bowiem takich, którzy wierzyli w ich urzeczywistnienie. Wielu zaś patrzyło na niego jak na „bożego szaleńca”. Dzisiaj Michał Latacz jest nie tylko znanym wynalazcą, cenionym konstruktorem, właścicielem patentów i znanej w branży firmy, ale także twórcą sporego międzynarodowego konsorcjum. Już niedługo jedna z niezwykłych konstrukcji zespołu NOA Marine wypłynie na otwarte wody Bałtyku, by zaoferować najnowocześniejsze usługi m.in. firmom zajmującym się eksploatacją podmorskich złóż ropy naftowej i gazu ziemnego.

Dzięki pływającym stacjom dokującym - wytwarzającym energię ze słońca i wiatru - bezzałogowe pojazdy NOA będą mogły pozostawać w morzu nawet przez 6
Dzięki pływającym stacjom dokującym - wytwarzającym energię ze słońca i wiatru - bezzałogowe pojazdy NOA będą mogły pozostawać w morzu nawet przez 6 miesięcy bez dozoru człowieka NOA Marine

Drapieżna sepia

W jaki sposób sok płynie w roślinach, dlaczego drzewa rosną? Na takie pytania odpowiedzi szukał Michał, gdy był jeszcze dzieckiem. Na każdym kroku coś go zachwycało, fascynowało, ciekawiło, zdumiewało. W rozbudzeniu tych zainteresowań spore zasługi mieli również dziadek i rodzice.

- Dziadek od strony taty był leśnikiem w okolicach Zakopanego. To on zaszczepił we mnie szacunek do przyrody, zachęcał do jej obserwacji. Dzięki niemu zacząłem rozglądać się uważniej, zastanawiać nad tym, co dzieje się wokół mnie i dlaczego tak się dzieje - wspomina nie tak znowu odległe czasy.

Zawsze też ciągnęło go do morza. - Nie wiem dlaczego, ale fascynowało mnie. Mogłem przesiadywać w nim całe dnie - opowiada. Od najmłodszych lat interesował się również techniką, miał smykałkę do majsterkowania. - Kolega miał motorynkę. W jej silniku ciągle coś poprawialiśmy, przerabialiśmy. Chcieliśmy, by miał coraz lepsze osiągi - mówi.

Rodzice nie tylko w tym nie przeszkadzali, ale poświęcali mnóstwo czasu i energii, by wspierać nietypowe zainteresowania syna. Wszystkie te jego fascynacje zbiegły się podczas studiów - na Automatyce i Robotyce Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej.

Zetknął się wtedy z biomimetyką, nową podówczas dla niego dyscypliną naukową. W tym też czasie zafascynował go sposób poruszania się drapieżnych głowonogów z gromady Sepia. Gdy tylko mógł, z benedyktyńską wręcz cierpliwością, obserwował i analizował każdy ich ruch. - Wydał mi się piękny i harmonijny. Było w nim coś pociągającego, magicznego, wręcz hipnotycznego - wspomina.

Wtedy też nastąpił kolejny niezwykły zbieg okoliczności w jego życiu. A może było to przeznaczenie? Oto prof. Andrzej Samek postawił przed studentami zadanie opracowania urządzenia mającego swój pierwowzór w przyrodzie. Michał długo się nie zastanawiał. Wybrał maszynę wykorzystującą „napęd”, który już od dłuższego czasu go fascynował, a stosowały go w naturze jego ulubione morskie drapieżniki. I tak oto świat ujrzał pierwszy szkic „Kalmara”. Jeszcze nie do końca dopracowany, ale oddający ideę rewolucyjnego napędu.

- Uznałem, że skoro ten sposób poruszania przetrwał w naturze miliony lat, to musi w nim być coś ponadczasowego, niezwykłego - opowiada krakowianin. - Postanowiłem zaprojektować taką maszynę, która odwzorowywałaby ruch falowy głowonogów, wytwarzając jednocześnie siłę napędową - dodaje. Najpierw zaproponował model teoretyczny oraz projekt rozwiązania konstrukcyjnego.

Dawaj to!

Postanowił również zbudować model, na którym mógłby sprawdzić założenia teoretyczne. Nie było to jednak takie łatwe, jak na początku się wydawało.

- Po dwóch latach konstrukcyjnych wzlotów i upadków udało mi się stworzyć bezawaryjnie pracującą maszynę, taką, która nadawała się do testów w wodzie - przyznaje Michał.

Poligonem doświadczalnym uczynił dom, a ściślej wannę, która miała stać się oceanem. Gdy już wszystko było gotowe, a „Kalmar został zwodowany, Michał się zawahał. Zaczął się zastanawiać: - Co się stanie, gdy system się nie sprawdzi? Co dalej? Czy wcisnąć włącznik, uruchomić niezwykły napęd?

Te jego dylematy przerwała ówczesna dziewczyna, a obecna żona. Była bardziej zdecydowana. - Dawaj to! - krótko stwierdziła.
- Wyrwała mi sterownik i uruchomiła system. „Kalmar” nie zawiódł, popłynął jak marzenie. Cieszyliśmy się wtedy jak dzieci - wspomina tę niepowtarzalną, jedyną taką chwilę w życiu.

Mnóstwo pytań

Gdy już miał działający model, postanowił zmierzyć się z innymi wyzwaniami. Miał mnóstwo pytań, niewiele odpowiedzi. Chciał wiedzieć, na co stać jego dzieło, ile potrzebuje paliwa do napędu, jaką wytwarza siłę ciągu, z jaką prędkością może się poruszać?
„Kalmar” go zaskoczył. - Spodziewałem się, że wynik może być zachęcający, ale nie myślałem, że aż tak. Przy niskich obrotach silnika ciąg generowany przez model wyraźnie przewyższał jego śrubowy odpowiednik. Dało nam to wiele do myślenia. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, że może mieć zastosowanie w przemyśle - wspomina.

Kolejne badania i doświadczenia zajęły kilka lat. To podczas nich okazało się, że tego typu napęd jest bardzo ekonomiczny, cichy, świetnie się nim manewruje.

- Jednak nawet wtedy nie przyszło mi do głowy, że zwiążę z nim całe swoje zawodowe życie - nie ukrywa Michał Latacz.

- Cieszę się, że mogę działać, spełniać marzenia, i to z fantastycznym czteroosobowym zespołem doświadczonych, utalentowanych oraz niezwykle zaangażowanych
- Cieszę się, że mogę działać, spełniać marzenia, i to z fantastycznym czteroosobowym zespołem doświadczonych, utalentowanych oraz niezwykle zaangażowanych ludzi, którzy tu w Krakowie ciężko pracują, żeby poprawić kawałek świata i sprawić, aby człowiek lepiej rozumiał Ziemię - stwierdza Michał Latacz NOA Marine

Na własną rękę

Po obronie pracy magisterskiej mógł robić doktorat na obydwu krakowskich uczelniach technicznych. Wybrał jednak działalność na własny rachunek.

W „jamie”, jak nazywali z żoną pracownię, wszystko robił sam. - Już wtedy myślałem o takiej maszynie, która może przewozić ludzi. Zależało mi na tym, aby wyjść z fazy modelu i przejść do skali 1:1 - zaznacza. W ciągu dnia pracował na etacie w firmie jako konstruktor silników spalinowych, a jednocześnie - hobbistycznie - rozwijał ideę własnego, rewolucyjnego napędu. W tym ostatnim wspierało go parę firm m.in. Dassault Systemes, FESTO, Loctite.

Francuski Dassault podpisał z nim kontrakt sponsoringowy, mógł też pracować na ich oprogramowaniu do projektowania zaawansowanych maszyn. FESTO pozwoliło korzystać z ich „zabawek”, miał więc części do budowy swojego wymarzonego „Kalmara”. Loctite, obecny Henkel, wsparło go zaś m.in. produktami i doradztwem z zakresu chemii konstrukcyjnej, której wtedy sporo potrzebował.

Dzięki wsparciu firmy Dassault Systemes wybrał się na konkurs dla wynalazców Brussels Eureka. To z niego „Kalmar” wrócił ze złotym medalem i specjalnym wyróżnieniem od międzynarodowego jury. W międzyczasie udało mu się uzyskać międzynarodową ochronę patentową na swoje wynalazki, te związane z technologią napędową i konstrukcjami pojazdów podwodnych.

Szukanie funduszy

Aby jednak móc rozwijać tak nowoczesną technologię, potrzebne były spore fundusze. Tych jednak krakowianin nie miał. Razem z żoną rozpoczęli więc „przygodę” z rodzącym się w Polsce rynkiem funduszy Seed Capital.

- Wtedy nie rozumieliśmy, jak ten rynek działa. Reguły tej gry wydawały nam się zupełnie absurdalne. Tylko cierpliwości przedstawicieli krakowskiego funduszu JCI Venture zawdzięczam to, że zacząłem rozumieć podstawowe jego zasady, a także sposób myślenia inwestorów kapitałowych - stwierdza.

Choć do współpracy z JCI Venture nie doszło („negocjowanie” umowy inwestycyjnej trwało na tyle długo, że fundusz zdążył zainwestować wszystkie swoje środki w inne projekty), to dzięki ich wsparciu wynalazcy udało się pomyślnie zakończyć fazę tzw. preinkubacji. Wreszcie powstała też „maszyna zdolna przewozić ludzi”. - To był przełom. Mogliśmy pokazać, że nasz pomysł działa, i nie jest to tylko niewielki model - dodaje.

Zaczęły się poszukiwania odpowiednich funduszy, finansistów gotowych postawić na ten niezwykły pomysł. - Sporo czasu zajęło mi znalezienie inwestorów, którzy w sposób uczciwy i przejrzysty gotowi byliby zainwestować w rozwój technologii falowych. Było dużo historii fajnych, ale więcej rozczarowań - ludźmi i realiami. Mój podstawowy problem był taki, że nie miałem pewności, na który pomysł postawić - przyznaje.

Dlaczego? Wciąż bowiem po głowie chodziły mu trzy projekty. Chciał zbudować rower wodny, skuter dla nurków, a także podwodnego drona. - Wszystkie te pojazdy posiadają unikalne cechy eksploatacyjne dzięki zastosowanej technologii napędowej - tłumaczył. Który pomysł wybrać, który rozwijać, który daje szansę na komercyjny sukces? Na te pytania długo szukał odpowiedzi.

Ogromne bogactwo

W 2016 r. zaufało mu trzech inwestorów prywatnych oraz krakowski Aktywator Innowacji. W ten sposób powstała spółka NOA. Dzisiaj ma jasno wytyczoną strategię, a wspiera ją międzynarodowe konsorcjum. - Jej celem jest komercjalizacja moich wynalazków. Skupiliśmy się też na tym rynku, który ma największy potencjał - zaznacza.

Jakim? - To rynek usług opartych o wykorzystanie autorskich rozwiązań w obszarze morskich pojazdów autonomicznych - zaznacza. Firma stawia na „globalny rynek usług związanych z prowadzeniem inwestycji morskich oraz rozwojem infrastruktury”.

- To olbrzymi rynek, wielkie pieniądze - twierdzą również eksperci. Przypominają także, że do tej pory zbadano i poznano jedynie 5 proc. oceanów i mórz. Pod wodą kryje się zaś ogromne bogactwo. Jakie? - Tego nikt nie potrafi nawet oszacować. Na pewno mogą w tym pomóc nasze pojazdy - zapewniają w NOA Marine.

W międzyczasie firma zdobyła międzynarodowy grant wdrożeniowy z programu Bonus Blue Baltic przyznawany przez sekretariat BONUS w Helsinkach. - To program elitarny. Spośród kilkuset aplikacji z całej Europy, wybrano 13 projektów, w tym nasz. Uznano, że technologie te mają fundamentalne znaczenie dla basenu Morza Bałtyckiego. W pierwszym kwartale 2020 roku będziemy prowadzić testy w Bałtyku. Zgodnie z planem, prace w ramach grantu zakończą się w połowie 2020 r., a ich efektem będzie pierwszy pełnomorski pojazd dzięki któremu ogólny koszt eksploracji mórz może spaść nawet do 50 proc. - wyjaśnia Michał Latacz.

Roje podwodnych dronów

Firma na rozwój swojej technologii zbiera również fundusze na platformie Seedrs. „Aby rozwiązać najważniejsze problemy branż oil&gas, off-shore, należy rozwinąć i wdrożyć wydajne metody autonomicznego pozyskiwania różnych rodzajów danych w czasie rzeczywistym. Konstrukcja naszego pojazdu umożliwia zainstalowanie niemal każdego rodzaju czujników na pokładzie, aby następnie wysłać zebrane dane do stacji bazowej w celu natychmiastowego raportowania za pośrednictwem łączy satelitarnych” - pisze w swoim opracowaniu Michał Latacz.

I roztacza wizję podboju głębin, którą daje np. autonomiczny rój podwodnych pojazdów, samodzielnie eksplorujących i dozorujących zadane obszary morza.

- Dzięki pływającym stacjom dokującym - wytwarzającym energię ze słońca i wiatru - bezzałogowe pojazdy NOA będą mogły pozostawać w morzu nawet przez 6 miesięcy bez dozoru człowieka. W tym czasie będą nie tylko zbierać dane - chemiczne, geologiczne, sejsmiczne, akustyczne, wizualne - ale także przesyłać je w czasie rzeczywistym na… biurko klienta z użyciem jednej z czterech obecnie wiodących technologii satelitarnych - stwierdza krakowianin.

I dodaje, że statek, który generuje 60 proc. kosztów każdej misji morskiej prowadzonej z użyciem autonomicznym pojazdów bezzałogowych, teraz będzie potrzebny tylko do instalacji i deinstalacji systemu. - Reszta będzie zarządzana zdalnie przez satelitę - zaznacza. To zaś oznacza olbrzymią redukcję kosztów każdej takiej misji, a statki będą mogły być wykorzystane tam, gdzie są naprawdę potrzebne.

I tym razem nie jest to utopia. Budowane w Krakowie podwodne pojazdy już w pierwszym kwartale 2020 roku wyruszą na otwarte wody, na razie na podbój Morza Bałtyckiego. - Dzięki unikalnej konstrukcji staną się początkiem całkowicie nowej ery w dziedzinie eksploracji mórz i oceanów na skalę przemysłową - podkreśla Michał Latacz.

Nowoczesne i konkurencyjne

Pojazdy projektowane przez NOA mają sporą przewagę nad konkurentami i to w wielu aspektach. W kierunku, w którym spogląda NOA Marine, patrzą też takie tuzy w branży jak Kraken Robotics, Saab, Ocean Infinity, General Dynamics, Boeing czy Airbus.

- Nasze jednostki są bardzo sprawne i ciche, generują dużą siłę ciągu przy bardzo niewielkiej oscylacji pędników. To zaś daje możliwość sprawnego i bezpiecznego manewrowania z dużymi ładunkami, np. ciężkimi głowicami i czujnikami. Możemy również szybować z ciężkimi ładunkami na duże odległości. Nasze pojazdy mają też wysoką odporność na zaplątanie się w podwodne sieci czy instalacje, wszystko za sprawą unikalnej konstrukcji - wyjaśnia Michał Latacz.

Z dumą podkreśla, że jego podwodne drony mają olbrzymią ładowność, średnio trzy razy większą od podwodnych rywali. Pierwsze pilotażowe misje w Bałtyku z użyciem pojazdów NOA Sentinel zaplanowane są na drugi kwartał 2020 r. Gotowość do świadczenia komercyjnej usługi zaplanowano na 2022 r.

NOA Marine nie spoczywa na laurach. Już myśli o budowie - to druga faza projektu - systemu pływających power banków i odnawialnych źródeł energii wraz ze stacjami automatycznego dokowania dla 3 do 5 pojazdów NOA. - Dzięki temu system uzyska zakładaną – sześciomiesięczną - długość bezobsługowej misji. Zostaną do tego wykorzystane i zaadaptowane boje, które są na rynku, a dostawca pierwszych konstrukcji już został wytypowany - tak między innymi wyjaśnia cele trwającej kampanii crowdfundingowej na Seedrs.com.

- Wierzę w model crowdfundingowy ponieważ daje on możliwość pozyskania szerokiej ekspozycji dla projektu czego efektem w przypadku spółki NOA już są nowe partnerstwa i międzynarodowi inwestorzy, nowi członkowie Rady Ekspertów spółki NOA, którzy będą teraz z nami pracować przy wprowadzaniu naszych rozwiązań na światowej scenie - podkreśla.

Niezwykłe rozwiązania zaproponowane przez NOA Marine uhonorowane zostały również polskim Orłem Innowacji STARTUP w aż dwóch kategoriach, co jest ewenementem w historii tego prestiżowego konkursu.

Droga przez mękę

- Dzisiaj widzę, że ta moja gehenna, błędy, które przez te lata popełniłem, miały sens - Michał Latacz podkreśla to z mocą.
Miał sporo pomysłów, każdy sprawdzał, badał, testował. Był uparty, twardy, konsekwentny, aż do bólu. I to przyniosło efekty. Nie pierwszy opracował taki model napędu, ale pierwszy udowodnił, że jest on możliwy do zastosowania w przemyśle i to na szeroką skalę. Teraz poświęcił się jednej idei.

Nie ukrywa, że w tej chwili jego największym marzeniem jest stworzenie nowoczesnego polskiego przedsiębiorstwa, i to takiego, które będzie miało dobry wpływ na planetę.

Czterech Muszkieterów NOA Marine - od prawej Michał Latacz, Michał Ałaszkiewicz, Łukasz Wierzbowski i Paul Bullock
Czterech Muszkieterów NOA Marine - od prawej Michał Latacz, Michał Ałaszkiewicz, Łukasz Wierzbowski i Paul Bullock NOA Marine

- Cieszę się, że mogę działać, spełniać swoje marzenia, i to z fantastycznym czteroosobowym zespołem doświadczonych, utalentowanych i niezwykle zaangażowanych ludzi, którzy tu w Krakowie ciężko pracują żeby poprawić kawałek świata i sprawić, aby człowiek lepiej rozumiał Ziemię - stwierdza.

Na koniec wyznaje: - Chciałbym mieć zdecydowanie większe możliwości inwestycyjne. Nie dla siebie jednak, ale po to, by móc robić to, co będzie dobre dla społeczeństwa, cywilizacji i Ziemi.

I tak oto niewielkim „Kalmarem” Michał Latacz wyruszył na podbój świata.

Wzrasta sprzedaż "małpek" ale kosztem dużych formatów

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3