Rodzina jest jak firma. Ja w niej jestem prezesem rady nadzorczej

Rozmawia Majka Lisińska-Kozioł
Małgorzata Ostrowska-Królikowska  jest mamą pięciorga dzieci, ale swój czas poświęca też potrzebującym i dla chorych dzieci jest jak druga mama. Tu z Majką.
Małgorzata Ostrowska-Królikowska jest mamą pięciorga dzieci, ale swój czas poświęca też potrzebującym i dla chorych dzieci jest jak druga mama. Tu z Majką. Fot. Archiwum Fundacji Alma Spei
Moim największym sukcesem jest chyba to, że wszystkie nasze dzieci się lubią. I mimo dużej różnicy wieku troszczą się o siebie i wspierają nawzajem – podkreśla aktorka i mama Małgorzata Ostrowska-Królikowska

– Pięcioro dzieci to spore wyzwanie dla kobiety pracującej. Jaką zatem jest Pani matką?

– O Matko… kochającą. Rozpieszczam córki i synów. Daję im też sporo wolności, szanuję ich zdanie. Z czasem zauważyłam jednak, że dzieci potrzebują granic i zasad. Chcą wiedzieć, co im wolno, a czego nie. Wtedy ich świat jest poukładany. Czują się w nim bezpieczniej. Więc granice również wytyczam. Dzieci mają swoje obowiązki. Wydaje mi się jednak, że nie traktują ich jak dopust Boży, ale wkład we wspólne życie.

– Już w momencie zakładania rodziny wiedziała Pani o tym, że na świecie pojawi się aż pięcioro dzieci?

– Myśleliśmy o trójce. No ale jest więcej.

– Najstarszy syn Antek przyszedł na świat, gdy miała Pani 24 lata.

– Byłam młodą mamą. Wychowywałam syna na luzie. Braliśmy go z mężem wszędzie. On rósł, a my dojrzewaliśmy przy nim jako rodzice.

– Różnice wieku między nim a braćmi i siostrami są większe i mniejsze.

– Dobrze nam się to poskładało. Między najstarszymi synami są trzy lata różnicy, potem było dziesięć lat przerwy. Chłopcy cieszyli się na narodziny siostry, wspierali, pomagali i byli dla niej fajnymi kumplami. Po trzech latach urodziła się Marcelina i między nią a Julką jest taka sama różnica wieku jak między Jaśkiem i Antkiem, więc przyjaźniły się ze sobą, nie było wojen i niesnasek. Pięć lat później, kiedy Marcyśka była już większa, przyszedł na świat Ksawery. I znów była radość z nowego brata.

– Sprawdziło się powiedzenie: małe dzieci mały kłopot, duże dzieci duży kłopot?

– Co do joty. Na początku są tylko pieluchy, kaszki, jakieś katary i spacery. Dopiero potem pojawiają się poważne dylematy, zapadają istotne decyzje. One dorastają, a my obserwujemy ich wybory, korci nas, żeby na okrągło je wyręczać, doradzać im. Bo nawet jeśli są już duże, nadal się o nie martwimy. Wiem coś o tym, bo Antek i Jasiek dawno skończyli osiemnaście lat.

– Dzieci mówią do Pani po imieniu?

– Nie, bo jestem mamą, a nie koleżanką. Ostatnio Ksawery próbował przejść na ty z ojcem, ale Paweł zwrócił mu uwagę i wrócili do formy: tata. Córki zwracają się do męża per: ojcze. Dowcipnie, ale z szacunkiem.

– Chińczycy twierdzą, że strata często bywa zyskiem. W takim razie co Pani zyskała, jeśli coś straciła, przez swoje macierzyństwo?

– Trochę wolności osobistej i beztroski dzieci z pewnością zabierają. Świat przecież kręci się na ogół wokół malucha, który przychodzi na świat. Z drugiej strony, gdy zostałam mamą, stałam się odpowiedzialna za drugiego człowieka; nie na chwilę, ale na całe życie, choć na początku sobie tego tak dobitnie nie uświadamiałam. Summa summarum trochę tej osobistej wolności dzieci mi zabrały. Znacznie więcej jednak dały.

– Na przykład?

– Dzięki nim pełniej uczestniczę w nowoczesnym świecie. Dzieci nie pozwalają mi się poddać.

– Gdy już dorastają, jak Pani dwaj synowie, jest więcej dumy z tego, że już tacy z nich faceci, czy żalu, że czas tak szybko mija?

– I jedno, i drugie. Gdy świętowali swoje 18. urodziny, zdałam sobie sprawę, że zaczynają powoli żyć na swój własny rachunek. To było dla mnie dość mocne przeżycie. Pomyślałam, że dobrze mieć jeszcze trójkę młodszych w domu. Mam wrażenie, że dzięki moim dzieciom nie starzeję się tak szybko.

– Wyzwalają wciąż nowe pokłady energii?

– Właśnie. Szczerze mówiąc, to jestem egoistyczną matką, bo wiele biorę z moich dzieci. Nigdy nie były i nie są dla mnie ciężarem. Przeciwnie, są moimi ambasadorami młodości. Bez nich nie wiedziałabym, jakie filmy się teraz ogląda, jakiej muzyki się słucha. Dzięki nim jestem ze wszystkim na bieżąco. Przy dzieciach człowiek musi odnajdywać w sobie energię, musi być kreatywny. To one wprowadzają mnie w tajniki tych wszystkich smartfonów, facebooków i różnych trendów w modzie.

Dzięki rozmowom o ich problemach, o książkach, które czytają, muzyce,**której słuchają jestem wciąż – jak oni to nazywają – w obiegu. Dyskusje z Antkiem, z Jasiem czy z córkami sprawiają, że znam ich zdanie na wiele tematów, często nie zgadza się ono z moim oglądem tych czy innych spraw, ale szanuję opinie moich dzieci. Bywa też, że po burzliwej rozmowie przechodzę na ich stronę. A czasami one przyjmują moje argumenty. Bo widzi pani, z każdej dyskusji zawsze coś wynika. Dla nich i dla mnie również.

– A o czym marzyła i marzy mama piątki dzieci?
– Kiedyś marzyłam o większym domu, bo mi się wydawało, że jest nam za ciasno. Ale okazało się, że dzieci szybko rosną i odchodzą na swoje. Zrobiło mi się smutno. Wtedy skonstatowałam, że tak naprawdę nie o ściany chodzi, tylko o atmosferę. Dlatego tak bardzo mnie cieszy, że one chętnie do domu wracają.

– Mamy swoje własne miejsce na ziemi – mówi mój Antek. I ma rację, bo w domu wszystkie nasze dzieci są i będą zawsze oczekiwane. Dla nas z mężem ta wypowiedź Antka ma swoje znaczenie, bo skoro nasze dzieci potrafią tak mówić o domu rodzinnym, to świadczy o tym, że są świadome znaczenia, jakie odgrywa on w życiu każdego człowieka.

– A na obiad do mamy się przychodzi?

– Oj, tak. Chociaż wcale nie jest to takie proste, żeby zebrać wszystkich w niedzielę czy sobotę. Moje dzieci mają dużo swoich spraw. Często więc po prostu zapowiadam, że mają być wszyscy. I karnie się stawiają.

– Co wtedy Pani podaje?

– Dzieci bardzo lubią kaczkę nadziewaną, albo gęś. Prawdę powiedziawszy, to chyba wszystko lubią. Może dlatego, że przywiązuję dużą wagę do jedzenia. Staram się kupować świeżuteńkie sery, jajka i warzywa. Jeśli jestem w domu – robię śniadania. Ale niedawno Marcyśka przyniosła mi do łóżka kawę i tosty. Wzruszyłam się, to była taka miła odmiana. Generalnie jednak dzieci cieszą się, jak im kulinarnie dogadzam. Jasiek powiedział mi kiedyś: mama, ty się nie przejmuj, jak ja nie chcę brać kanapek na uczelnię. Rób je, bo tak naprawdę lubię mieć coś twojego na przegryzkę.

– Ciasto Pani piecze?

– Obowiązkowo; najszybciej znikają szarlotki albo czekoladowe.

– Jak już się najecie i nagadacie, idziecie na spacer?

– Bywa, ale największą przyjemność sprawia mi wspólna rowerowa przejażdżka po Zalesiu. Zwłaszcza wiosną.

– Czy święto mamy jest w waszym domu celebrowane? Dzieci o nim pamiętają?

– Zawsze. Do dziś przechowuję laurki, które dostawałam od nich, jak były młodsze. Antek uwielbiał króla lwa i właśnie ten zwierz królował na rysunkach od niego. Mój dorosły Antek zawsze zjawia się z bukietem kwiatów. To jest szalenie miłe, choć człowiek niby nie przywiązuje wagi do gestów.

– A dziewczyny?

– Są na etapie robienia kulinarnych niespodzianek. Zamykają się w kuchni i zaskakują nas jakimś wypiekiem albo potrawą. Nie idą na łatwiznę i nie kupują czegoś gotowego w sklepie. To się liczy.

– Przy wszystkich swoich obowiązkach działa też Pani w hospicjum domowym dla dzieci prowadzonym przez Fundację Alma Spei. W tym roku dostała Pani tytuł „Gwiazda Dobroczynności”. Wiem, że od czasu do czasu, na przykład w okresie mikołajowym razem z wolontariuszami odwiedza Pani chore dzieci. Pamiętam, że kilka lat temu towarzyszyły pani córki.

– Dziewczynki wciąż pamiętają tamtą naszą wyprawę. Zastanawiałam się wtedy, czy je ze sobą zabrać, ale uznałam, że życie nie składa się tylko z miłych chwil i słonecznych dni. Że obok nas są ludzie w trudnej sytuacji, także dzieci, którym możemy pomóc. Chciałam, żeby moje córki przekonały się, że one też to potrafią. Moim zdaniem mały człowiek, jeśli nie jest trzymany pod kloszem, poznaje prawdziwe życie i jest lepiej przygotowany na niespodzianki, które ono często mu funduje i odkrywa w sobie wrażliwość na innych.

– Bardziej ceni, co ma?

– Tak mi się wydaje. Każde spotkanie z osobami chorymi, słabszymi, potrzebującymi uczy nas pokory. A trochę pokory jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

– Gdyby miała Pani powiedzieć o swoich dzieciach jedno, dwa zdania, co bym usłyszała?

– Antek jest prawdziwym facetem. Urodził się jako pierwszy i łączy nas nadzwyczajna więź. Czuję, że wciąż jest między nami porozumienie dusz, choć widujemy się rzadziej, bo wyprowadził się na swoje. Janek jest artystą i intelektualistą. Komponuje. Fantastycznie się z nim dyskutuje. To także chłopak domowy. W drodze powrotnej potrafi zdzwonić i pyta, czy Ksawery jest odebrany z przedszkola, bo jak nie, to go odbierze. Czuje się odpowiedzialny za rodzeństwo i za rodzinę. I choć też jest dorosły, lubi tu wracać, czuć się potrzebny; spaghetti ugotuje, posiedzi z rodzeństwem wieczorem, zapali w kominku.

– Co powie pani o córkach?

– Marcyśka to dwieście procent kobiecości. Julka jest osóbką poukładaną, ucząca się, bardzo skrytą. Ma porządek w główce, w wartościach, w sercu. Wydaje mi się, że aż za bardzo. Ksawery jest najbardziej rozpieszczony, kochany przez rodzeństwo. Ale jest też gospodarzem w domu. Widzi wszystkie usterki, pilnuje żeby je usunąć. Wstaje najwcześniej z nas więc od razu otwiera drzwi, żeby pies wyszedł na spacer i nie nasikał. Lubi pomagać.

– Pani największy sukces jako mamy?
– Chyba to, że wszystkie nasze dzieci się lubią. I mimo dużej różnicy wieku są bardzo za sobą.

– Gdy rozmawiamy o dzieciach twarz Pani promienieje.

– Uwielbiam o nich opowiadać. Dotąd nie miałam z nimi żadnych prawdziwych kłopotów. Więcej było w ich wychowaniu radości dla mnie niż obowiązku. Zapracowaliśmy sobie z mężem na te rodzinne relacje. Nie na początku, ale z czasem dostrzegłam, że podanie dziecku szklanki mleka czy herbaty rano, rozmowa i słuchanie tego co ono mówi – buduje więź, która się wzmacnia każdego dnia.

– Znajduje Pani czas na rozmowę?

– Zawsze. Jestem bardzo zapracowana, ale nie wyobrażam sobie, żebym nie wiedziała co się dzieje u chłopków, jakie córki mają koleżanki, kto u nas bywa. Nie chodzi o to, żeby wszystkich ich wciąż kontrolować, ale żeby wiedzieć co lubią, w czym są dobre, jakie mają pasje. Lubię wciąż poznawać swoje dzieci, odkrywać je na nowo. A rozmowa ma tu ogromne znaczenie.

– Największy komplement jaki usłyszała pani od swoich dzieci?

– W szkole jednej z córek zrobiono anonimową ankietę. Uczniowie opisywali swoje mamy. Nauczycielka czytała nam te opisy na wywiadówce i miałyśmy zgadnąć, który kogo dotyczy. Moja córka jako jedyna napisała: moja mama jest moją najlepszą przyjaciółką. Przyznaję, że poczułam się jak w niebie. No, a Antek powiedział kiedyś w jakimś wywiadzie, że jego rodzina, to jest taka duża firma. Ojciec jest szefem, a mama prezesem rady nadzorczej. Fajnie to ujął.

– Pani też tak odbiera relacje w waszej rodzinie?

– Dzisiaj to się chyba trochę przewartościowało, choć moim zdaniem rola kobiety w rodzinie jest nie do przecenienia, jeśli umie się koło tego zakręcić. Często jestem zabiegana, ale gdy – tak jak teraz –mam przerwę – uwielbiam być w domu. Mogę bez pospiechu zrobić dla wszystkich śniadanie, a potem obiad. Lubię zajmować się kobiecymi pracami w domu. Dla mnie to ma sens. Jeśli ma się dzieci, to mama musi być blisko nich.

Nie da się nimi zdalnie sterować. Wczoraj wracaliśmy z mężem z kilkudniowej podróży. Ksawery zaraz przybiegł do mnie z książeczką i mówi: mamusiu, położysz mnie spać? On lubi, żeby mu poczytać, powiedzieć: na dobranoc aniołki na noc. Ma takie swoje rytuały, które sprawiają, że spokojnie zasypia. Położyłam go spać i dobrze nam z tym było. Bo widzi pani, szczęście składa się właśnie z takich małych, prostych rzeczy.

– Nie żałuje Pani tego, z czego trzeba było zrezygnować, gdy rodziły się dzieci?

– Miałam swoje priorytety i miałam prawo wyboru. Pewnie gdyby nie dzieci zrobiłabym większą karierę aktorską, nie grałabym w serialu, ale w jakichś wielkich produkcjach. Ale z perspektywy czasu wiem, że dobrze wybierałam.

***

– Małgorzata Ostrowska-Królikowska (49 l) polska aktorka telewizyjna, teatralna i filmowa. Ukończyła wrocławską Państwową Wyższą Szkołę Teatralną. W 1997 występuje w telenoweli Klan. Jest żoną aktora Pawła Królikowskiego. Ma pięcioro dzieci (Antoni, Jan, Julia, Marcelina oraz Ksawery). Razem z mężem wcielili się w role w wyreżyserowanym przez syna Antoniego filmie krótkometrażowym „Noc życia” (2010), do którego muzykę skomponował ich drugi syn Jan.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie