Rzeźbiarska przygoda Józefa Madei

Redakcja
W pracowni Józefa Madei z kloca topoli powstaje św. Piotr Fot. Ryszard M. Remiszewski
W pracowni Józefa Madei z kloca topoli powstaje św. Piotr Fot. Ryszard M. Remiszewski
W starym drewnianym domu przy ulicy Pienińskiej w Szczawnicy zamieszkiwały już trzy pokolenia Madejów, po mieczu dziadek Józef, ojciec Jan, teraz on, również Józef, potomek starego rodu przewoźników i przewodników pienińskich.

W pracowni Józefa Madei z kloca topoli powstaje św. Piotr Fot. Ryszard M. Remiszewski

Wędrówki niecodzienne

Dziadek Józef zwany powszechnie Sabałą pienińskim, zapisał się pięknie w historii Pienin. Pracował jako leśniczy u hr. Adama Stadnickiego, miał młyn nad Grajcarkiem, wytyczał i znakował pierwsze szlaki w Pieninach, był przewoźnikiem, przeprawiał ludzi przez Dunajec do Krasu, zasłynął jako przedni gawędziarz i przez to był niezwykle wziętym przewodnikiem, który szczególnie upatrzył sobie Sokolicę i Trzy Korony. Ojciec Jan przez czterdzieści cztery lata przeprawiał ludzi przez Dunajec pod Kotońką.

Syn Józef również do dwudziestego czwartego roku życia trudnił się przewoźnictwem, parał się różnymi innymi zajęciami, pracował m.in. jako kreślarz i geodeta, najpierw w Krakowie, Częstochowie, Mszanie Dolnej i Rabce. Praca w terenie, przy każdej pogodzie, sprawiła, że zapadał na zdrowiu, w końcu zmuszony został do przejścia na rentę. Pod namową żony zajął się rzeźbiarstwem, a w zasadzie to powrócił do rzeźbienia, bo swoją pierwszą rzeźbę górala z fajką z bukowego drewna zrobił mając dwanaście lat. Zastępując ojca w przewozie ludzi przez Dunajec pod Kotońką, napatrzył się na skąpo ubrane, opalające panie. Rzeźbił więc golizny, ku zgorszeniu mamy, która uważała je za "świństwa" i skutecznie pozbywała się z domu. Pierwsze rzeźby były miniaturowe, później zasmakował w monumentalnych. - Nie robię teraz drobiazgów, nie interesuje mnie rzeźbienie do plecaka, jeżdżenie po świecie i handlowanie nimi - mówi bez ogródek Józef Madeja.

Za namową żony i Danuty Daszyńskiej, właścicielki galerii w Rabce, zgłosił się do konkursu "Demony w plastyce ludowej i obrzędowej" (1984) zorganizowanego przez Muzeum im. Władysława Orkana w Rabce Zdroju. Za rzeźbę "Diabeł zdesperowany" zdobył pierwsze miejsce i uznanie jury konkursu. - Dlaczego zdesperowany? Bo nikt w niego nie wierzył. Jeszcze w Pieninach się pokazywał, jak "kręcono" śliwowicę - mówi pan Józef. Później zainteresował się boginkami, bliskimi tematyce obyczajowej, obecnymi w legendach pienińskich. - Ojciec mi opowiadał, jak późno w nocy, boginki o długich cyckach chlapały nimi po wodzie, były w kształcie zielonej żaby; na plecach nosiły dzieci, na głowach miały szuwary. Widział je, jak do północy siedział na przewozie. Rzeźbiłem je, a nawet jedna z nich, jako jedyna została polichromowana - wspomina Józef Madeja. - Były też takie, które wodziły chłopów po lasach. Taki Raciąga z Gronia opowiadał, jak po nocy w znanym sobie dobrze terenie tak go zwodziły, że do domu wrócił poszarpany i ubłocony.

Sam doświadczył w nocy dziwnych zjawisk, widział światełka spadające po stoku Gronia do płynącego Grajcarka. - Uciekałem na Flisacką do domu, opowiadałem matce, a proszę wierzyć - prąd podłączyli nam w domu dopiero w 1953 roku, więc nie było to od światła lampy - wspomina. - Mama wychodziła więc po mnie z latarnią. Później ludzie mówili, że to ogniki gazu ziemnego.
Z pasją tworzył także płaskorzeźby o tematyce sakralnej. Jedne z bardziej znanych to "Ostatnia wieczerza", czy Matka Boża - Różańcowa i Pielgrzymująca. Uznanie jednak zdobywa rzeźbami monumentalnymi. - Najlepszym drzewem jest lipa, rzeźbi się w niej jak w serze szwajcarskim. Dzisiaj lip jest mało, pozostaje topola, inne są żylaste i twarde - ocenia materiał. Jedyne rzeźby, jakie zrobił poza drzewem to dwa pomniki z cementu. Pierwszy postawił swoim rodzicom. - Robiłem ją za chałupą, z drutów powstał szkielet, różne szmaty, części z garderoby nasączałem w cemencie i oblepiałem nimi kompozycję. Na drugi dzień zastygały, to szpachlą nakładałem cement budowlany - opowiada pan Józef. - Z białego cementu robi się inaczej, lepiej i szybciej, to taka różnica jak gips artystyczny i budowlany. Nie stać mnie było na coś lepszego, z cementu i kamienia zrobiłem rzeźbę. Drugą, już z cementu białego, zrobiłem w Rabce Zaborni dla dyrektora szpitala.

Gdzie rzeźby Józefa Madei nie trafiły! Znajdują się w kolekcjach prywatnych, muzeach, obiektach sakralnych w kraju i zagranicą, m.in. w Izraelu, Francji, Szwecji, Niemczech, a nawet popłynęły do Stanów Zjednoczonych. Wyrzeźbił dwadzieścia siedem postaci i zwierzątka do szopki betlejemskiej, wysokie na 70 cm, na zamówienie miasta Schwerte w Zagłębiu Ruhry, grodu partnerskiego Nowego Sącza. Zasłynął nią w Niemczech i co roku władze miasta podkreślają jego kunszt w świątecznych wydaniach gazet.

W pracy używa dłutek różnego rodzaju, ale z sentymentem wspomina pierwsze, zrobione z drutów starej parasolki. - Dawniej używałem jeszcze siekierki, dziś wspomagam się nawet małą piłą elektryczną. Jako młody i silny, miałem bicepsy, jak Pudzianowski - śmieje się pan Józef. Spod jego ręki wyszła również monumentalna rzeźba górala stojąca na Kotońce, nawiązująca do podobnej stojącej przed wojną, którą zabrała powódź w 1934 roku. Kotońka wystawała z nurtu zaledwie na pół metra, wielka woda zwinęła nie tylko rzeźbę górala, także pensjonat "Biały Domek" i most na Piaskach.

Tak się złożyło, że na Kotońkę wyrzeźbił górala dwukrotnie. - O pierwszym nasz poeta szczawnicki Andrzej Dziedzina-Wiwer napisał, że górale ceprom się nie kłaniają i kapelusza z głowy nie zdejmują, a takiego wyrzeźbiłem i to był mój błąd. Podczas burzy aż dwa pioruny w niego trafiły i doszczętnie zniszczyły. Drugiego górala zrobiłem z kapeluszem na głowie i z gołą ręką jako witacką, to hołota urwała rękę. Znalazła się i burmistrz przyniósł mi ją do naprawienia - śmieje się Józef Madeja, opowiadając o tej prawie trzymetrowej rzeźbie.

Teraz pracuje nad monumentalną rzeźbą św. Piotra, na zamówienie dziekana, ks. kanonika Stanisława Pietkiewicza, dla parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Olsztynku, należącej do archidiecezji warmińskiej. Rzeźba z topoli ma wysokość 160, szerokość 45, głębokość 40 cm i sporo waży. Rzeźbiarska przygoda Józefa Madei nie ma końca, za niedługo artysta obchodzić będzie swoje siedemdziesiąte urodziny.

Ryszard M. Remiszewski

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie