Rżnij, Walenty, Bóg się rodzi!

Redakcja
Wezwanie to słyszałem od dziecka: wygłaszał je zawsze dziadek przebijając przy zechcyku atutową blotką dumnego asa. Potem setki razy sam wzywałem Walentego do pomocy w karcianych bojach.

FELIETON

Na ogół był skuteczny, wychylał głowę zza karcianych figur, sama jego obecność pomagała w rozgrywce, potwierdzała słuszność licytacji szlemika. Nigdy jakoś nie przyszło mi do głowy, by zainteresować się bliżej, kto zacz ów Walenty i dlaczego ma rżnąć akurat w Boże Narodzenie.

Dziś już wiem. Pierwsza informacja o panu Walentym pojawia się w naszych dziejach pod datą 1836. Bohater tego powiedzonka - podobno niezwykle wśród Lechitów popularnego - wtedy jeszcze nie "rżnął" a "grzmiał". - Grzmij, Walenty, Bóg się rodzi! - miał zawołać od ołtarza ksiądz proboszcz, gdy mu na Pasterce przysnął na chórze organista. Nie wiemy, czy owo polecenie dotyczyło wykonania kolędy "Bóg się rodzi", czy przypomnienia panu Walentemu, co się aktualnie dzieje w Betlejem, a co organistę z powodów, których możemy się tylko domyślać, przestało interesować.

Jak to się stało, że słowa zdenerwowanego proboszcza trafiły do języka karciarzy - nie dowiemy się już chyba nigdy. Aliści był na Śląsku publicysta i poeta Augustyn Świder, który w roku 1922 wykorzystał powiedzonko do stworzenia całego poematu o panu Walentym. Nie był ci on jednak organistą, ale dziadkiem proszalnym, takim, co to "od chałupy do chałupy", o tyle nietypowym, że chodził z nieodłączną lirą. W mroźną Wigilię zaszedł Walek do chaty sołtysa, gdzie posadzono go przy stole i dano coś na rozgrzwkę:

Pijcie, dziadku, pijcie zdrowo

Bo wam mróz po piersiach chodzi...

A gdy wypił, znów na nowo:

- Rżnij, Walenty Bóg się rodzi! (...)

Grała lira i śpiewała

I starcowi przypomniała

O niewoli w własnym kraju

O powstaniu, czynach różnych

O moskiewskim kar zwyczaju

O sybirskich tajgach mroźych (...)

A Walenty lirę głaszcze

I wspomnieniem struny wodzi

To całuje, to znów głaszcze:

- Graj, lireńko, Bóg się rodzi!

Lira grała i śpiewała

Aż już wszystko wyśpiewała.

Przestał starzec wodzić ręką

Znać, że to dla niego męką...

I tak ano mijał wieczór wigilijny. Rano dziadek Walenty powędrował dalej, a kiedy przyszedł jego Czas, do trumny włożono mu ukochana lirę i:

Co niedzielę dziatwa cała

Tam nad grobem pieśń śpiewała

A przy końcu wciąż zawodzi:

- Wstań, Walenty! Bóg się rodzi!

I taka powinna być patriotyczna, optymistyczna pointa tego świątecznego felietonu, gdybym umiał powstrzymać się od refleksji bardziej współczesnej: otóż w Muzeum Wódek w Łańcucie widziałem na honorowym miejscu etykietę przedwojennej czystej wódki z dziarskim kosiarzem, co z poranną rosą rżnie trawę kosą. Wódka, zapewne doskonała, by nie powiedzieć niezbędna w czas sianokosów, nazywa się RŻNIJ WALENTY.

LESZEK MAZAN, dziennikarz, krakauerolog i szwejkolog

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie