Santana: "Abraxas"

Redakcja
Pewnego niedzielnego poranka w 1966 r. w Fillmore West w San Francisco miał wystąpić pewien artysta. Tyle tylko, że poprzedniej nocy na tyle przesadził z alkoholem, iż nie był w stanie wejść na scenę!

Jerzy Skarżyński: NIEZAPOMNIANE PŁYTY HISTORII ROCKA SUPLEMENT (27)

W tej sytuacji organizator imprezy - Bill Graham, skrzyknął znajomych muzyków i poprosił o zaimprowizowanie koncertu. Okazało się jednak, że brakowało wśród nich dobrego gitarzysty. I wówczas ktoś zaproponował, że warto dać szansę 19-letniemu instrumentaliście, który dopiero co przyjechał do Kalifornii z Tijuany. W efekcie, już parę godzin później, wielu ludzi z branży i publiczność dowiedzieli się, że oto pojawił się kolejny geniusz - Carlos Santana. Trochę później ów "wioślarz" założył grupę. Ta po dwóch latach nagrała debiutancki LP - "Santana". Zanim jednak krążek trafił do sklepów, kibicujący jej Graham przekonał organizatorów festiwalu w Woodstock, że powinni na swoją imprezę zaprosić nieznaną jeszcze formację. Ci się zgodzili!

Wiosną 70 r. zespół Santany nagrał swoją drugą płytę długogrającą - "Abraxas". W parę tygodni stała się bestsellerem, a promujące ją single ("Black Magic Woman", "Oye Como Va" i "Samba Pa Ti") przebojami. Na tak świetne jej przyjęcie złożyła się oczywiście legenda wykuta w Woodstock i piękno oraz "inność" muzyki z tego albumu. Co do piękna, to jego źródłem była ogromna melodyjność wszystkich utworów i każdego popisu lidera grupy. Tu warto dorzucić, że wynikało to zapewne z faktu, iż w jego żyłach płynie meksykańska krew i to, że Carlos jako syn znanego skrzypka, jeszcze zanim zajął się gitarą, dość długo uczył się, jak używać smyczka! Stąd jego solówki zawsze charakteryzowały się śpiewnością, miękkością i... długością fraz. A co do inności - to chodzi o to, że jego zespół w idealny sposób połączył latynoski temperament, afrykańskie tętno i jazzowy feeling z rockową ekspresją.

No to do słuchania! "Abraxas" zaczyna zwiewne i pełne przestrzeni "Singing Winds, Crying Beasts". Cudeńko z kryształowymi klawiszami Gregga Rolie'ego. Potem wpływają zlane w jedno "Black Magic Woman" (komp. P. Greena) i "Gypsy Queen" (G. Szabo). Carlos gra jak natchniony. Natomiast trójka - genialne "Oye Como Va", to rytm, rytm i jeszcze raz rytm. Później przelatują: szaleńczy i rozimprowizowany "Incydent At Neshabur"; hipnotyzujące perkusyjnym pulsem "Se A Cabo"; zadziorne oraz dość mocne "Mother's Daughter"; czarodziejskie i już nieśmiertelne supersolo gitary - "Samba Pa Ti"; dramatyczne oraz hardrockowe "Hope You're Feeling Better" i wreszcie finałowa, gorąca jak fiesta "El Nicoya". Ole!

JERZY SKARŻYŃSKI, RADIO KRAKÓW

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie