Sekretarz z betonu

Redakcja
Henryk Krajewski, emerytowany oficer ZOMO, miał być tym, który we Wrocławiu odbuduje zaufanie do SLD. Odszedł w niesławie, kiedy wywołał burzę wypowiedzią na temat demokratycznej opozycji.

Krótka kariera polityczna dumnego zomowca z Wrocławia

   Wysoki, postawny mężczyzna. Lat 57. Nieufny wobec dziennikarzy. Zanim wywołał polityczną awanturę, rozmawiał niechętnie. Później wcale. Do niedawna Krajewski był nieznanym działaczem jednej z dzielnicowych organizacji SLD we Wrocławiu. Cała Polska usłyszała o nim w tym tygodniu, kiedy podczas zjazdu wyborczego wrocławskiego Sojuszu dał próbkę swoich poglądów na najnowszą historię Polski. Zrobił to tuż po tym, kiedy został wybrany sekretarzem Sojuszu we Wrocławiu. Wcześniej przekonywał delegatów na zjazd, że partia potrzebuje nowych ludzi, by odbudować zaufanie społeczne.

Dumny oficer

   - Jestem dumny z tego, że byłem w ZOMO. To, co państwo szumnie i dumnie nazywacie opozycją, to byli w tym czasie ludzie, którzy zakłócali istniejący ład i porządek - te słowa, z kamienną twarzą i pełnym przekonaniem, wygłosił Krajewski pytany o swoją działalność w ZOMO podczas stanu wojennego. Bo Henryk Krajewski był szefem pododdziałów tej formacji we Wrocławiu w latach 80. i na ulicach miasta zaprowadzał ład i porządek.
   Wypowiedź nowego sekretarza nie mogła przejść bez echa. W samym SLD zrobiło się nerwowo. Obecny na wyborczym zjeździe we Wrocławiu Marek Dyduch, sekretarz generalny SLD, nie chciał niczego komentować. Nerwowo odpowiadał na pytania: - Nie znam życiorysów kandydatów. Reszta bez komentarza - uciął rozmowę. Na drugi dzień trudno było dostać się do kogokolwiek z liderów dolnośląskiego i wrocławskiego SLD. Nie odbierali telefonów, tak jakby nie wiedzieli, co powiedzieć i co zrobić z Krajewskim.

Czy beton krzepnie

   Oficjalnemu milczeniu towarzyszyły jednak kuluarowe komentarze. Z jednej strony padały ostre słowa: - To skandal, że w tak dużym mieście jak Wrocław do swojego kierownictwa partia nie może znaleźć porządnego człowieka, który nie będzie publicznie kompromitował całego SLD - mówili jedni.
   Inni, starym zwyczajem, całą winę za awanturę zrzucili na media. - To dziennikarze sprowokowali Krajewskiego - głosiła jedna z wersji. Byli też tacy, którzy nieco bardziej po cichu i wstydliwie oceniali: - Beton wraca do Sojuszu. Skoro partia pada pod rządami światłych, otwartych i nowoczesnych liderów, ktoś musi wziąć wszystko w garść.
   Profesor Kazimierz Kik, socjolog związany z lewicą: - Patrząc na SLD, raczej powiedziałbym, że ten partyjny beton właśnie przegrał. A w agonii zrywa się do jakiegoś ostatniego lotu. W to wpisuje się wypowiedź pana Krajewskiego. Profesor Kik na podstawie tego, co powiedział były wrocławski zomowiec, dziś działacz SLD, charakteryzuje partyjny beton: - To są ludzie, którzy niczego nie zrozumieli. Nie zrozumieli historii, niczego się nie nauczyli. Do dziś nie wiedzą, kto miał wtedy rację. Oni mentalnie są nadal w PRL.
   Czy zdominują partię? - Może są dziś bardziej widoczni, bo w samym SLD jest mniej członków, a oni trwają. Ale nie sądzę, żeby mogli odegrać jakąś rolę - stwierdza.

O kilka słów za daleko

   Kiedy prasa ujawniła "złote myśli" Krajewskiego, nie trzeba było długo czekać na reakcje. - Tu już nawet nie chodzi o politykę. To jest po prostu niesmaczne - komentował Grzegorz Schetyna, wrocławski poseł PO, niegdyś działacz opozycji. Oburzenia nie kryli działacze NSZZ "Solidarność". W oświadczeniu przesłanym lokalnym mediom napisali: Wśród mieszkańców Wrocławia wielu pamięta wydarzenia sprzed 20 lat, kiedy upominających się o prawo do życia w wolności i godnych warunkach bito pałkami i kopano. (...) Były zomowiec, który mówi, że jest dumny z tego, że przywracał wówczas ład i porządek, jawi się jak koszmar z najgorszego snu. (...) Niestety, to, co mówi nowy sekretarz wrocławskiego SLD nie jest śmieszne. Zwłaszcza dla rodzin pomordowanych górników w Lubinie i bliskich Kazimierza Michalczyka, zastrzelonego we Wrocławiu przez "nieznanych sprawców".

SLD: to nie my, to on

   W poniedziałek, dzień po wypowiedzi Krajewskiego, w siedzibie dolnośląskiej SLD przy ul. Mazowieckiej odbyła się długa narada. Nietrudno było się domyślić, że partyjni działacze radzą, jak wybrnąć z afery. Dopiero we wtorek po południu media otrzymały oficjalne stanowisko. Władze Sojuszu odcięły się od wypowiedzi Krajewskiego. W oświadczeniu podkreślono także, iż to, co mówił, to jego prywatne poglądy, których nie podzielają członkowie SLD.
   Pozostało jednak pytanie: kto wymyślił, że to Krajewski ma wejść do kierownictwa wrocławskiego Sojuszu i być ratunkiem dla partii w trudnych czasach? - Wybory były demokratyczne - odpowiadali liderzy partii. - Sam się zgłosił. Tymczasem jeszcze przed zjazdem wyborczym (delegaci decydowali, kto będzie nowym szefem i nowym sekretarzem Sojuszu we Wrocławiu) w partii powszechna stawała się opinia, że wszystko było z góry ustalone, zanim kartki do głosowania trafiły do urn.
   I rzeczywiście: kandydaci do obu stanowisk nie mieli konkurencji, a jeden z młodych radnych miejskich SLD, który miał aspiracje na fotel szefa partii, wycofał się kilka dni przed zjazdem. Podobno ktoś go o to poprosił. - To tutaj taka tradycja. O wszystkim decyduje regionalny baron - komentowano w SLD.

Nic nie wiedziałem, przepraszam

   Janusz Krasoń, wrocławski poseł i szef dolnośląskiego Sojuszu, bardzo nie lubi tego określenia. Kiedyś mówił nawet, że pochodzi ze zwykłej rodziny i do baronów mu daleko. - Nie mam z tym nic wspólnego. Nie było żadnego ustawiania wyborów. Nie znałem szczegółowego życiorysu Krajewskiego. To znaczy, wiedziałem, że był w milicji, ale z tym ZOMO, to nic - tłumaczył wyraźnie zdenerwowany. I dodaje, że jak usłyszał w radiu to, co opowiadał Krajewski, to mało go szlag nie trafił.
   - To było złe dla partii - oceniał. - Zrobiła się fatalna atmosfera. Znów ucierpiał wizerunek.
   A co z byłymi działaczami opozycji? - Oczywiście, te słowa były niesprawiedliwe - mówił. Trudno powiedzieć, czy łatwo przeszło mu to przez gardło, ale publicznie przeprosił wszystkich tych, którzy mogli się poczuć dotknięci słowami Krajewskiego.

W poczuciu odpowiedzialności...

   Henryk Krajewski nie jest już sekretarzem. Zrezygnował, ale jak to zwykle bywa w SLD, nie wiadomo, czy ze wstydu, czy dlatego, że przestał podobać się partyjnym kolegom. W końcu po coś odbywały się partyjne narady na Mazowieckiej. Były sekretarz i były zomowiec nie rozmawia z dziennikarzami. A w dodatku chyba ma do nich żal. W liście, w którym poinformował o swojej dymisji z funkcji, skarży się, że media przedstawiły tylko mały fragment jego życiorysu. Na potwierdzenie tego chwali się, że już w wolnej Polsce, jako funkcjonariusz policji, otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi.
   Dlaczego zrezygnował? Czy zrozumiał, że zrobił źle, że swoimi słowami mógł kogoś dotknąć? Krajewski daje inną odpowiedź: - Rezygnuję w poczuciu odpowiedzialności za dobre imię partii.
    WOJCIECH SZYMAŃSKI
   "Słowo Polskie-Gazeta
   Wrocławska"

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie