Sen o Polsce: przez zatrzaśnięte drzwi

Sen o Polsce: przez zatrzaśnięte drzwi

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

Polacy z Kazachstanu wciąż czekają Fot. Anna Kaczmarz

Polacy z Kazachstanu wciąż czekają Fot. Anna Kaczmarz

Czy to cud? Babcia Teterowa nigdy nie użyła tego słowa. Jednak przez całe życie, jak inni, dziękowała Bogu za wysłuchanie modłów. Na końcu świata, pośrodku stepu. Po polsku.
Polacy z Kazachstanu wciąż czekają Fot. Anna Kaczmarz

Polacy z Kazachstanu wciąż czekają Fot. Anna Kaczmarz

Polacy z Kazachstanu wciąż czekają Fot. Anna Kaczmarz

Dobry Bóg musiał chyba znać tę mowę (a może docenił żarliwość wiary?), bo gdy ustąpił 50-stopniowy mróz, obok wsi, w której śmierć gościła dotąd częściej niż kromka chleba - powstało olbrzymie jezioro. Pełne ryb...

- Ludzie wyjmowali te ryby rękami, dzięki nim przeżyli. Do dziś nie wiadomo, skąd się wzięły, bo najbliższa rzeka Iszim, sto kilometrów od wioski, nigdy tylu ryb nie miała - opowiadał po wizycie we wsi Oziornoje ówczesny ambasador w Ałmatach, nieżyjący już dziś Zdzisław Nowicki.

W miejscu cudu-niecudu, nad wychodzącą spod ziemi czerwoną skałą ("która ciągle rośnie") stoi dziś widoczny zewsząd posąg Matki Bożej - dar artystki z Poznania. Ludzie z całego Kazachstanu przyjeżdżają się tu modlić.

Babcia Teterowa mówiła ambasadorowi, że żaden z tutejszych Polaków - a jest ich w sumie 650 - nie zamierza opuszczać Oziornoje. Tłumaczyli: "Tu jest nasza Polska". Na północy Kazachstanu, z dala od trasy z Kokczetau do Noworosyjska, w miejscu, do którego nie prowadzi żadna droga.

Jednak tysiące Polaków z innych wiosek i miasteczek od lat marzy o wyjeździe do Polski. Wypatrują powrotu, niczym cudu - choć wcale nie oczekują od Boga, ani tym bardziej od ojczyzny zesłanych tu przodków - ryb, jak 70 lat temu w Oziornoje. Wystarczyłaby wędka. Skromny dach nad głową. Otwarte drzwi.

Drzwi są jednak zamknięte. Przez dwadzieścia lat Polska nie chciała bądź nie potrafiła ich otworzyć. Niektórzy przedarli się więc na własną rękę. Inni od 10 lat czekają w kolejce "do raju". Bardzo wielu utkwiło w przedsionku, przy polskiej granicy - w okręgu kaliningradzkim lub w Niemczech.

Oni, Polacy z dziada pradziada, z babcinym różańcem ocalonym z Kamieńca Podolskiego, z polskim modlitewnikiem przechowywanym z narażeniem życia przez trzy pokolenia, z Polską w sercu, odwiedzają ojczyznę jako Rosjanie lub Niemcy.

W Częstochowie modlą się po polsku o cud: otwarte drzwi.

"Jest nas tutaj 200 osób, w tym 80 dzieci. Działamy we Wspólnocie Kultury Polskiej im. Jana Kochanowskiego. Spotykamy się w Domu Polskim. Większość członków wspólnoty urodziła się w Kazachstanie. Nasi rodzice i dziadkowie zostali wywiezieni w 1936 roku z zachodniej Ukrainy. Zawsze wiedzieliśmy, że jesteśmy Polakami i katolikami, lecz nie do końca rozumieliśmy, co to oznacza. Represjonowani dziadkowie i rodzice żyli w ciągłym strachu i bali się o tym mówić" - tak przedstawiają się Polacy, którzy - w ramach aktywnego rosyjskiego programu repatriacji wylądowali w Oziersku w okręgu kaliningradzkim. Z rosyjskimi paszportami

I dalej: "Polaków z Polski nie znaliśmy, tylko takich jak my zesłańców. W latach 60. był u nas 2-3 razy ksiądz z Polski. Pojawiał się w nocy, aby nikt go nie widział, bo groziło mu więzienie. Drugi raz księża pojawili się dopiero w latach 90."

- W okręgu kaliningradzkim są już trzy polskie wsie. Ich mieszkańcy zawsze byli i czują się Polakami, ale dla urzędników w Polsce to zawsze byli "ruscy". Zostali "ruskimi", tak jak tysiące innych Niemcami, bo Polska ich nie chciała. I nie chce. To hańba - mówi dr Robert Wyszyński, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, wiceprezes Związku Repatriantów.
1 3 4 5 6 »

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo