18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Skarb Kozackiego Hetmana

SYP
Twierdza Pietropawłowska na Wyspie Zajęczej w Petersburgu jest owiana złą sławą. Nie wiadomo, czy spisano, ile ludzi zamęczono w jej kazamatach na śmierć (była wyspecjalizowana w torturach, zachowało się wiele przyrządów i maszyn do ich zadawania, także dziś czynne jest w niej Muzeum Tortur), ile zagłodzono.

Historia w znaczki wpisana

Budowę fortecy zainicjował car Piotr I, który planował, że będzie ona bronić miasta przed ewentualnym napadem Szwedów, sam też doglądał postępu robót rozpoczętych w maju 1703 r. A potem uznał, iż może być także przydatna jako miejsce odosobnienia dla przeciwników politycznych. Także w naszej historii jest ona obecna, bo więziono w niej wielu Polaków, w tym Tadeusza Kościuszkę, Seweryna Krzyżanowskiego, Juliana Ursyna Niemcewicza, Jana Kilińskiego. Ale my sięgniemy odleglejszych czasów, tych z początków twierdzy, gdy o tym, za kim miała się zamknąć jej brama decydował sam Piotr I Wielki...

 

Z tajemnicą do grobu

Latem 1723 r. car wysłał umyślnych na Ukrainę, do Naddnieprza, by przekazali tamtejszemu hetmanowi nakaźnemu Pawłowi Połubotkowi polecenie wszechwładcy Rosji, aby stawił się na petersburskim dworze. Wezwany zjawił się więc w stolicy, w towarzystwie kilku przedstawicieli starszyzny kozackiej. Czym się kierował car, ściągając do Petersburga hetmana? Jego niesubordynacją, działalnością wymierzoną przeciw podejmowanej przez metropolię rusyfikacji Ukrainy, rugowaniu  jej niezależności, narzuceniu nadzoru przez tzw. Kolegium Małorosyjskie, czyli grupę wyższych rosyjskich oficerów, bez których akceptacji żadna decyzja Kozaków nie mogła zostać wprowadzona w życie. Hetmanat był solą w oku Piotra I, ale nie chcąc całkowicie zrazić sobie Kozaków, potrzebnych mu na wypadek wojny z Turcją, dla pozoru podtrzymywał stanowisko ich wodza. Najbardziej zaszedł mu za skórę hetman Iwan Mazepa, który zabiegając o utrzymanie niezależności Ukrainy stanął w wielkiej wojnie północnej po stronie króla szwedzkiego, Karola XII. Uznał go za zdrajcę, ale nie zdołał go dla ukarania dopaść, bo po klęsce pod Połtawą schronił się na terytorium Turcji, gdzie zmarł w 1709 r. Po nim, do godności hetmańskiej generalna rada kozacka zgłosiła Pawła Połubotka, ale Piotrowi ta kandydatura nie odpowiadała, stwierdził, że to człowiek nazbyt chytry, z którego mógłby się wyrodzić drugi Mazepa. Mianował hetmanem Iwana Skoropadskiego, całkowicie mu uległego, nie przeciwstawiającego się zniewalaniu Ukrainy.

Zmarł w 1722 r. Trzeba było mianować następcę, tym razem został nim jednak Pawło Pułubotok, z tym, że bez pełni praw, bo mianowano go tylko hetmanem nakaźnym, czyli jeno tymczasowo pełniącym tę funkcję. Ale nowy przywódca Kozaków ze swych poglądów nie zrezygnował, nadal zabiegał o zachowanie niezależności Ukrainy (Piotr I zakazał posługiwania się tą nazwą dla kozackich ziem, dla niego były one Małorosją), i wciąż słał do Petersburga zażalenia na nieliczącą się z nim działalność Kolegium. Ono także przekazywało kancelarii carskiej pisma ze skargami na hetmana, niestosującego się do jego poleceń. W końcu car, mający już dość tych przekomarzań, wezwał Połubotka do Petersburga. Ale ów nie przybył z pokornie pochyloną głową, wręcz przeciwnie – wciąż przedkładał władzom prośby o przywrócenie na Ukrainie dawnych porządków, uszanowanie obowiązujących w niej praw, nieingerowanie w decyzje rady kozackiej, wreszcie powołanie hetmana, mającego pełnię władzy. To nie mogło się Piotrowi podobać, nakazał więc zaaresztować butnego Połubotka. Odtąd tkwił w lochu w najgorszym miejscu Twierdzy Pietropawłowskiej, w Bastionie Trubeckiego. Zajrzał tam do niego sam car, spodziewając się zapewne, że zastanie w celu skruszonego człowieka, samoobwiniającego się o postępowanie niezgodne z wolą petersburskich władz. Nic podobnego, więzień wygarnął mu, jak źle obchodzi się z Kozakami, jak jego urzędnicy terroryzują Ukrainę. „Broniąc ojczyzny, nie boję się ani kajdan, ani więzienia, lepiej mi umrzeć najgorszą śmiercią, niźli patrzeć na powolne zatracanie moich rodaków” – powiedział. A na odchodne dorzucił carowi: „Szybko, bardzo szybko sąd Boży rozsądzi spór Piotra z Pawłem!”. Była to, jak się okaże, prorocza zapowiedź. W każdym razie spór z carem nie wróżył odmiany losu więźnia. Zaczęto go torturować, chciano wymusić zeń przyznanie się do samowolnego sprawowania hetmańskiej władzy. Usiłowano także wydobyć z katowanego informację, gdzie ukrył złoto, które rzekomo – jak doniesiono Petersburgowi – zgromadził w ogromnych ilościach, miał z niego – jak twierdziła kancelaria carska – okraść swą ojczyznę. Połubotok jednak milczał. Zmarł pod koniec grudnia 1724 r. I zabrał tajemnicę swego skarbu do grobu. Piotr zaś, jak zapowiedział hetman, wyzionął ducha już po czterech tygodniach. Ale złoto Połubotka pozostało na afiszu wydarzeń aż do naszych czasów. I nim zajmiemy się w dalszym ciągu naszej opowieści.

200.000 czerwońców

Docierające o nim do Petersburga wieści były coraz dokładniejsze. Hetman Połubotok był majętnym człowiekiem, więc nie dziwiło nikogo, że mógł rzeczywiście ulokować sporą część swych środków pieniężnych w szlachetnym metalu. Co bardziej wtajemniczeni chcieli nawet wiedzieć, ile go było: 200.000 złotych czerwońców, umieszczonych w dwóch beczkach. To był skarb w całym tego słowa znaczeniu, ogromny, toteż warto było podjąć kroki, by go odszukać. W tym celu car wyekspediował na Ukrainę brygadiera A. Rumiancewa, który przede wszystkim spenetrował posiadłość hetmana we wsi Podstawki, gdzie przekopano niemal wszystkie należące do niej grunty. Bez rezultatu. Wskazówką, że te poszukiwania musiały być płonne, była nowa wiadomość: chcąc, by jego skarb był całkowicie bezpieczny, na wszelki wypadek hetman wyekspediował go do Anglii, niektórzy mówili, że już przed wieloma laty, inni, iż dopiero wówczas, gdy na wezwanie cara musiał się stawić w Petersburgu, kiedy przeczuwał, że ta wyprawa źle się dlań skończy. Do tej wersji był całkowicie przekonany bliski współpracownik Piotra I, hrabia Aleksander Mieńszykow (także zresztą zaprzyjaźniony z Połubotkiem), który po śmierci cara i osadzeniu na tronie Katarzyny I (przy niej faktycznie rządził państwem) wysłał do Anglii oficjalne pismo z prośbą o informację, czy rzeczywiście zdeponowano tam jakieś rosyjskie złoto. Odpowiedzi nie otrzymał. Sprawa przycichła na wiele lat. Odkurzył ją kilkadziesiąt lat później faworyt Katarzyny II, Grigorij Potiomkin, ale także jego kwerenda w angielskich bankach nie dała żadnego rezultatu. I znowu na blasku hetmańskiego złota osiadł kurz.

Sensacyjny artykuł

Aż do 1907 r., kiedy w periodyku „Nowe Czasy” pojawił się artykuł profesora konserwatorium Aleksandra Rubca. Przeglądając zasoby jakiegoś archiwum, odnalazł w nim dokument z relacją angielskiego szypra z 1720 r., w którym to roku zabrał on na pokład, obierając kurs na Londyn, dwóch ukraińskich młodzieńców. Poza osobistym bagażem, pasażerowie wtoczyli na pokład bardzo ciężkie beczki. W angielskiej metropolii młodzieńcy poprosili szypra, by zawiózł ich do siedziby Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, do której biur wnieśli także beczki. Później szyper dowiedział się od urzędnika Kompanii, że przybysze z Ukrainy złożyli w depozyt złote monety z oprocentowaniem 4% (niektóre źródła mówią o 2,5% lub nawet 7,5%) w stosunku rocznym. Co ważne: ponoć wraz z beczkami do bankowego sejfu trafiła również własnoręcznie przez Połubotka napisana po angielsku dyspozycja wskazująca, kto poza nim może podjąć wkład: jego spadkobiercy (ale tylko z męskiej linii) lub wskazane przezeń inne osoby. Szczegóły co do podziału depozytu wyglądały tak: 80% miało przypaść niezawisłej Ukrainie, 20% – potomkowi. I jeszcze jeden istotny szczegół: odbioru muszą dokonać obie strony jednocześnie. Oryginał tego dokumentu Pawło wręczył synowi, Andrzejowi z zaleceniem, by strzegł go jak źrenicy oka. Szyper zapamiętał także imiona owych młodzieńców, wysłanych z tak odpowiedzialną misją do Anglii, byli to Andrzej i Jakow. A hetman Połubotok miał trzy córki i dwóch synów, właśnie Andrzeja (niektóre dokumenty wskazują, iż było mu na imię Ostap) i Jakowa!

Można sobie wyobrazić, jaką sensacją stał się ów artykuł! Szczególne uważnie przeczytali go potomkowie hetmana, którzy uznali, że trzeba jak najszybciej przystąpić do działania, by móc sięgnąć po pieniądze spoczywające w angielskich sejfach, po tylu latach zaokrąglone do gigantycznych sum. Skrzyknęło ich się ponad 400. Postanowili wpierw ustalić, jakie kroki należy podjąć, by uzyskać dostęp do fortuny. Już w następnym roku zwołali zjazd do miejscowości Starodyby, przybyło nań z najdalszych nawet zakątków imperium około 350 osób, wszyscy z wielkimi nadziejami na uzyskanie najmniejszej choćby części bajecznego skarbu, która każdemu mogłaby zapewnić dostatek do końca życia. Ich rojenia wzmocnił obecny na obradach profesor Rubiec zapewniający, że depozyt nie jest mrzonką, że istnieje, na co ma dodatkowe dowody, wycinki z angielskich gazet z lat 1840, w których donoszono, iż brytyjscy agenci poszukują potomków Połubotoka. No bo po co mieliby się za nimi rozglądać? Poza tym, pewien londyński bankowiec rosyjskiego pochodzenia także go upewniał, iż skarb czeka na swych właścicieli. Te stwierdzenia jeszcze bardziej podgrzały atmosferę zjazdu, jego uczestnicy wybrali spośród siebie 25-osobową komisję, mającą odtąd zajmować się losem hetmańskiej spuścizny. Zrobiono także zrzutkę pieniężną na zaangażowanie w sprawę wziętego kijowskiego adwokata, którego wysłano do Londynu, by na miejscu rozeznał sytuację. Wrócił tylko z wiadomością, że Kompania Wschodnioindyjska została formalnie rozwiązana w 1874 r., i nie sposób ustalić, kto przejął – jeśli w ogóle istniały – jej aktywa. Adwokat miał jeszcze raz pojechać do Londynu, lecz ten plan pokrzyżował wybuch pierwszej wojny światowej. Ale ze skarbem coś było na rzeczy...

 

Spotkanie w Wiedniu

W 1922 r. do ambasadora Ukrainy w Wiedniu (Ukraina utrzymywała własny korpus dyplomatyczny aż do powstania ZSRS), Jura Kociubińskiego (był potem, w latach 1927-1930, ambasadorem w Polsce; w ramach stalinowskiej czystki w 1937 r. go rozstrzelano) zgłosił się przybyły aż z Brazylii mężczyzna, który przedstawiając się oznajmił, iż jest Ostapem Połubotkiem, synem Andrzeja (Ostapa), który po śmierci ojca, obawiając się o swe życie opuścił Ukrainę i przez Turcję, Grecję i Francję dotarł aż do Południowej Ameryki. A jaki interes go sprowadził do Europy? Chodziło o skarb po dziadku – zaproponował, żeby wspólnie rozpocząć starania o jego odzyskanie z Bank of England (to on, jak przypuszczano, po likwidacji Kompanii Wschodnioindyjskiej teraz nim władał), przy czym nawet nie chciałby przejąć 20% depozytu, jak rozporządził Pawło, lecz zadowoli się tylko 1%. Eksperci wyliczyli wówczas, że w ciągu minionych 200 lat jego wartość urosła do wielu miliardów, a może nawet bilionów funtów szterlingów, czyli ów jeden procent uczyniłby Ostapa najbogatszym człowiekiem świata! Kociubiński uznał, że sprawa jest zbyt poważna, by omawiać ją w cztery oczy, sprowadził więc do gabinetu jako świadka generalnego konsula. Oczywiście, zapytano gościa, jaki ma dowód, że jest potomkiem hetmana. Mam, powiedział i przedłożył dyplomatom odręczne pismo dziadka, z dyrektywą odnoszącą się do skarbu. Nie był to oryginał, tego na razie nie chciał wypuścić z rąk, spoczywał w jakimś banku, lecz kopia. Ale i ona zrobiła na Kociubińskim wielkie wrażenie, była jakby sprawdzianem, że nie ma do czynienia z jakimś oszustem, lecz prawdziwym sukcesorem Pawła Połubotka. Należało zatem podjąć działania. Postanowił udać się osobiście do Charkowa, by tam rozważyć, co dalej. Nie zastał Christiana Rakowskiego, przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych, zwrócił się więc do Grzegorza Pietrowskiego, przewodniczącego Ogólnoukraińskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego. Ten zwołał jego prezydium. Nie ma żadnego protokołu z tego posiedzenia, ale sprawę potraktowano poważnie, bo do Wiednia skierowano polecenie, by dalszym jej biegiem pokierował ów konsul generalny, który był obecny przy rozmowie Kociubińskiego z Połubotkiem (Kociubiński akurat zachorował). Dyrektywa brzmiała: nawiązać w jakiś sposób kontakt z Bank of England i sprawdzić, czy zachowało się w nim pisemne rozporządzenie Pawła Połubotoka. Konsul zakrzątnął się gorliwie wokół tego polecenia.

Z jego pozycji nawiązanie jakichkolwiek rozmów z Londynem było raczej niemożliwe, miał jednak wysoko postawionego przyjaciela w austriackim ministerstwie spraw zagranicznych, z dobrymi relacjami w angielskiej metropolii.

On podjął się pośrednictwa. Z dobrym rezultatem: w czerwcu 1922 r. w podwiedeńskiej miejscowości Maria Enzersdorf odbyło się spotkanie, w którym uczestniczyli obaj dyplomaci, Ostap Połubotok i przybyły z Anglii pułkownik Robert Mitchell, przedstawiciel Bank of England, który wciąż jednak zarzekał się, że bierze w nim udział jako osoba prywatna i nie ma żadnych pełnomocnictw do podjęcia jakichkolwiek decyzji. Ostap pokazał mu kopię pisma dziadka, Anglik uważnie je przeczytał, potem zauważył, że po pierwsze, zanim podejmie się dalsze kroki, należy wpierw potwierdzić jego autentyczność, a po drugie, wypełnienie woli hetmana i tak byłoby niemożliwe, bo przecież Wielka Brytania nie uznaje, iż sowiecka Ukraina jest niepodległym państwem! A przyjąwszy nawet, iż to kiedyś nastąpi, musiałoby dojść do jakiejś ugody, bo o wypłacie takiej sumy, jaka w ciągu dwóch stuleci narosła w banku, nie mogłoby być mowy. Czy tę konstatację można było przyjąć jako potwierdzenie istnienia depozytu w Bank of England? Charków otrzymał dokładną relację z przebiegu spotkania, ale żadnych dalszych kroków nie podjęto, bo Rakowskiego odwołano ze stanowiska (potem w stalinowskim procesie skazano go na 20 lat więzienia, a w 1941 r. rozstrzelano), a przedstawicielstwo dyplomatyczne Ukrainy w Austrii (także w innych państwach) zlikwidowano. Ostap Połubotok wrócił do Brazylii, gdzie ślad po nim zaginął. Teczki z dokumentacją sprawy skarbu Połubotka znowu trafiły na półki, gdzie osiadał na nich kurz.
Gra za kulisami

Ale nadal coś było na rzeczy, bo mimo wszystko, wciąż nim się zajmowano, teraz po części zakulisowo, także na Łubiance, siedzibie NKWD.

Na początku lat trzydziestych ktoś zatelefonował do Borysa Szebołdajewa, syna jednej z uczestniczek spotkania w Starodybach w 1909 r., członka Komitetu Centralnego WKP(b), i zaproponował, że podejmie się roli pośrednika w odzyskaniu skarbu. Partyjny działacz odłożył słuchawkę, podejrzewał bowiem, że to jakaś prowokacja. Kilka lat później go aresztowano, a na przesłuchaniach domagano się odeń, by przyznał, że nawiązał kontakt z ambasadą brytyjską w Paryżu w sprawie przejęcia depozytu z Bank of England, przy czym wyraził zamiar przedostania się na Zachód, by tam w dostatku dożyć swych dni.

W 1938 r. sowiecki państwowy bank Wniesztorgbank powiadomił siostrę Szebołdajewa, że przyjechała delegacja z Wielkiej Brytanii, chcąca przeprowadzić rozmowy w sprawie spadku po hetmanie, ale przejęta aresztowaniem brata odmówiła w nich uczestnictwa.

Pod koniec lat 90. rozeszły się w Moskwie słuchy, że hetmańskim skarbem zajmowała się rezydentura NKWD w Londynie, której udało się potwierdzić to, co było już znane, że po likwidacji Kompanii Wschodnioindyjskiej wszystkie jej pieniężne interesy przejął Bank of England, oraz – co było nowością – iż spuścizna po hetmanie znajdowała się w nim jeszcze przed rozpoczęciem drugiej wojny światowej.

Interesujące są w tym względzie poczynania strony brytyjskiej:

W 1947 r. przyjechał do Moskwy sekretarz handlu zamorskiego Harold Wilson (późniejszy premier W. Brytanii), by podpisać porozumienie, dotyczące regulacji należności za materiały wojenne i żywność dostarczone Związkowi Sowieckiemu w czasie wojny. Protokół z rozmów nie został nigdy upubliczniony, niemniej z rozmaitych przecieków wiadomo, że zawarto ugodę, na mocy której wszelkie zobowiązania finansowe Moskwy zostały anulowane, przy czym podstawą takich ustaleń była także rezygnacja z wszelkich pretensji Moskwy do depozytu Połubotka! Szczegóły takiego załatwienia sprawy zawiera utajniony aneks do umowy. Ze strony Związku Sowieckiego umowę podpisał ówczesny minister handlu zagranicznego Anastas Mikojan, ze strony brytyjskiej – ambasador Maurice Peterson.

Pod koniec lat pięćdziesiątych do Injurkollegium (to sowiecka instytucja prawnicza wyspecjalizowana w dochodzeniu praw materialnych obywateli sowieckich za granicą) zgłosił się, teraz zrehabilitowany, wspomniany wyżej Borys Szebołdajew z wnioskiem, by na nowo rozpocząć starania o odzyskanie depozytu. Nie było to sekretem, bo notatka o nowym otwarciu sprawy pojawiła się nawet w popularnej gazecie, w „Izwiestijach”. W Londynie zaniepokojono się: przecież na szczeblu rządowym ustalono, że żadnych pretensji do skarbu nie będzie się  już zgłaszać, a tu proszę – ktoś na nowo z nimi wystąpił, i to prywatnie! Anglicy postanowili się lepiej zabezpieczyć. W 1968 r. podpisano kolejne porozumienie, wyraźnie podkreślające, iż skreślone zostają wszelakie pretensje o charakterze finansowym, zarówno rządowe, jak i prywatne. Ze strony sowieckiej podpisał je premier Aleksiej Kosygin. Rychło okazało się ono jednak dla Anglików niewystarczające, bo dotyczyło ewentualnych roszczeń, powstałych po 1 stycznia 1939 r., a spadek po hetmanie zdeponowano w londyńskim banku na początku XVIII wieku! Trzeba postawić jeszcze większą barierę ewentualnym dochodzeniom, wymyślili angielscy politycy, i doprowadzili do jej powstania: będąc w 1986 r. Londynie, minister spraw zagranicznych Związku, Eduard Szewardnadze, podpisał nową wersję umowy, tym razem ustalającą, że obie strony nie zgłaszają już do siebie żadnych roszczeń, bez względu na to, jakiego mogą dotyczyć okresu. Londyn odetchnął. Ale czy rzeczywiście tak uporczywie domagając się tego aktu, miał na uwadze hetmańskie złoto?
Wymienione wyżej Injurkollegium przez pewien czas zajmowało się z dużą dociekliwością skarbem, bo wpłynęło doń w tej sprawie wiele interpelacji i wręcz oskarżeń, że państwo lekceważy możliwości jego odzyskania. Przewodniczący Jurkollegium, A. A. Korobow, zamknął postępowanie po badaniach licznych ekspertów oświadczeniem, w którym przede wszystkim poddał w wątpliwość, czy złoto faktycznie dotarło do Kompanii Wschodnioindyjskiej, bo szansa przetransportowania go w XVIII wieku do Anglii była więcej niż nikła. Poza tym, nie znaleziono jakichkolwiek dowodów poświadczających, iż to się udało, a opowieści owego angielskiego szypra to legenda. Injurkollegium zwróciło się do Bank of England i do brytyjskiego Skarbu Państwa. Z obu tych instytucji przyszły odpowiedzi, że nie ma w nich żadnych śladów istnienia majątku Połubotoka.

W 1990 r. Ukrainę odwiedziła premier Wielkiej Brytanii, Margaret Thatcher. Wykorzystując to, w Radzie Najwyższej zgłoszono interpelację w sprawie skarbu. Nie wiemy, jaki odniosła skutek, zapewne „żelazna dama” nie chciała w ogóle na ten temat dyskutować. Niemniej, parlament powołał komisję, której przewodnictwo powierzono akademikowi Petrowi Trońce. Wyłoniła delegację, która z nim na czele udała się do Londynu, by tam się „w sprawie” rozejrzeć. Ale rozmówcy mieli do powiedzenie tylko tyle, że obowiązuje ich tajemnica bankowa, a poza tym, że skarbu Połubotoka nigdy w Anglii nie było i nie ma. Delegacja wróciła z niczym.

Koniec sprawy?

Skądże! Co i rusz w minionych latach pojawiały się w prasie nowe artykuły o skarbie, na ogół niewnoszące nic nowego do ciągnącego się już od dziesiątków lat i niezmiernie powikłanego problemu.

Ciekawa jest informacja, wydrukowana we francuskim magazynie historycznym sprzed pół wieku, że w ukraińskim piśmie, ukazującym się w Południowej Ameryce ukazał się komunikat konsulatu sowieckiego w stolicy Urugwaju, Montevideo, iż poszukiwany jest Ostap Połubotok lub – gdyby nie żył – jego potomkowie. Konsulat zapewnił, że pokryje wszystkie koszty podróży takiej osoby do Urugwaju, tudzież jej pobytu w Montevideo. Dlaczego Moskwa pragnęła odnaleźć Ostapa? Może dlatego, że w czasie jego pobytu w Wiedniu konsul poświadczył mu na piśmie, iż jest pełnoprawnym potomkiem Pawła Połubotoka? W owym czasie taki dokument był równorzędny z aktem notarialnym.

To oczywiste, że po rozpadzie Związku Sowieckiego, londyńskim skarbem zainteresowała się także niepodległa Ukraina. Ach, jakby się jej przydało położyć na nim rękę! Jak wspaniale mógłby on się przyczynić do uzdrowienia kulejącej gospodarki, do podniesienia poziomu życia obywateli! Znaleźli się rachmistrze, którzy wyliczyli, że Anglia powinna wypłacić Kijowowi 16 miliardów funtów szterlingów, co oznacza, iż na każdego Ukraińca przypadłoby około 300.000 dolarów. Finanse republiki zostałaby na tyle podreperowane, że budżet miałby z czego czerpać środki nie przez dziesiątki, lecz setki lat! Dwóch parlamentarzystów, Władimir Jaworski i Roman Iwanczuk, wystąpiło z postulatem, by Wielka Brytania zwróciła Ukrainie jej narodowe bogactwo.

No i na tym chyba na razie stanęło. Co nie znaczy, że temat już całkowicie stracił aktualność. Można powiedzieć, że wykształciły się dwa obozy: jeden utrzymuje, że złoto w Anglii jest, tylko rząd Jej Królewskiej Mości go – z naliczeniem odsetek – nie wyda, bo oznaczałoby to ruinę Abionu na wiele lat, drugi, że wszystko to jest legendą, którą należy włożyć między bajki.

A zatem, wedle tych ostatnich – sezam Bank of England nigdy się nie otworzy, a według pierwszych, taka szansa jeszcze nie została zaprzepaszczona. Może należałoby zaangażować jakiegoś współczesnego Ali-Babę? Poczekamy, zobaczymy...

Tadeusz Kurlus

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie