Skradziony pomysł

Redakcja
Nie istnieją kryteria ilościowe dotyczące plagiatu. Prawnie nie określono, ile można zabrać z cudzego utworu, aby nie był plagiatem. Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego dosyć dokładnie określa znaczenie i pochodzenie słowa plagiat. To po prostu kradzież artystyczna, literacka lub naukowa. I choć człowiek, który publikuje cudze dzieło pod własnym nazwiskiem, nazywany jest jedynie plagiatorem, to naprawdę jest nikim innym, jak tylko zwykłym złodziejem.

AGNIESZKA MALATYŃSKA-STANKIEWICZ

AGNIESZKA MALATYŃSKA-STANKIEWICZ

Nie istnieją kryteria ilościowe dotyczące plagiatu. Prawnie nie określono, ile można zabrać z cudzego utworu, aby nie był plagiatem.

Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego dosyć dokładnie określa znaczenie i pochodzenie słowa plagiat. To po prostu kradzież artystyczna, literacka lub naukowa. I choć człowiek, który publikuje cudze dzieło pod własnym nazwiskiem, nazywany jest jedynie plagiatorem, to naprawdę jest nikim innym, jak tylko zwykłym złodziejem.
 Plagiat jest tak stary, jak stary jest świat. Ci, którzy sięgają po cudzy pomysł lub cudze dzieło - robią to na ogół z dwóch powodów: sławy i pieniędzy. A ponieważ pragnienie sławy i bogactwa jest w człowieku silne, to wielu naukowców lub artystów - nawet już bardzo znanych - decyduje się na kradzież cudzej intelektualnej własności.
 Najwięcej plagiatorów zdarza się wśród naukowców. Od studentów, którzy podpisują cudze prace magisterskie własnym nazwiskiem (ostatnio głośno było o Andrzeju Anuszu, pośle AWS, który dopuścił się plagiatu pracy magisterskiej), aż po naukowców, którzy chcąc więcej znaczyć w swoim środowisku przypisują sobie czyjeś odkrycie. - Plagiat naukowy jest bardzo prosty. Na ogół naukowcy tłumaczą artykuł z zagranicznej prasy, ale często z drugiego kontynentu. Publikują go jako własny tekst, licząc, że ten fakt nigdy nie wyjdzie na jaw. Potem jednak gdy muszą się tłumaczyć przed sądem, twierdzą, że sekretarka podpisała ich tekst nazwiskiem zapominając dopisać przed nim słowa: "tłumaczenie" - mówi prof. Janusz Barta z Instytutu Wynalazczości i Ochrony Własności Intelektualnej UJ.
 Po cudzą własność sięgają także artyści. W listopadzie ubiegłego roku o plagiat został oskarżony Steven Spielberg, autor filmu "Amistad". Barbara Chase-Riboud stwierdziła, że scenariusz obrazu został oparty na jej powieści "Echo of Lions". W zeszłym roku także The Rolling Stonses został oskarżeny o przywłaszczenie tekstu i muzyki piosenki "Saint Of Me", która znalazła się w albumie "Bridges to Babilon". Artyści mieli za karę zapłacić prawowitym właścicielom piosenki blisko milion dolarów. Z podobnymi kłopotami zmagali się: Michael Jackson, Oasis, The Verve, Robbie Williams czy George Harrison.
 Głośna stała sie również sprawa Michaela Boltona, który przywłaszczył sobie piosenkę "Love is a wonderful thing". Płyta z tym utworem została wydana w 10 milionach egzemplarzy, a sama kompozycja otrzymała nagrodę Grammy. Tymczasem sąd w San Francisco zasądził odszkodowanie na rzecz prawdziwych właścicieli utworu - Isley Brothers. I tak Michael Bolton musiał zapłacić autorom utworu milion dolarów odszkodowania, a wytwórnia Sony, która wydała płytę
- ponad cztery miliony. Artysta tłumacząc się w sądzie powiedział, że nigdy wcześniej nie słyszał takiej piosenki, którą zarejestrował jako własną.
 Podobne sprawy zdarzają się i w Polsce. Ale jako bardzo wstydliwe - utrzymywane są w tajemnicy. Niestety, nikt nie prowadzi rejestru utworów podejrzanych o to, że są plagiatami, ani samych plagiatów. Przedstawiciele ZAiKS-u - organizacji zajmującej się ochroną praw autorskich - milczą, twierdząc, że takie sprawy zdarzają się bardzo rzadko i że często załatwiane są polubownie. Tylko media co jakiś czas informują nas o plagiatach. I tak na przykład wiele rozgłosu medialnego zyskał utwór "Prawy do lewego". Podobno autor tej kompozycji Goran Bregović dopuścił się plagiatu. Piszę podobno, gdyż sprawa jest w sądzie
- poza granicami Polski - i wyrok jeszcze nie zapadł.
 W ostatnich dniach media zdominowała piosenka "Czerwone korale", wykonywana przez zespół Brathanki. Okazało się, że utwór, który stał się przebojem w Polsce, grany prawie na okrągło przez większość rozgłośni radiowych, jest niemal identyczny z utworem "Do Lidii" węgierskiego kompozytora. Jakiego? Nie wiadomo. Być może autorem jest nieżyjący już od blisko 30 lat Ferenc Szabo, albo współczesny folkowy kompozytor Ferenc Saˇ bo, albo jeszcze w ogóle ktoś inny. Rozgłośnie emitowały te dwa utwory, pokazując ich ogromne podobieństwo, nie tylko w melodii, ale i w instrumentarium, a nawet w tonacjach.
 To plagiat - krzyczano. Tym bardziej że utwór ten zgłoszony został do ZAiKS-u jako kompozycja Brathanków. Zespół więc chciał wzbogacić się na utworze, który prawdopodobnie nie jest jego kompozycją. Na razie możemy jedynie powiedzieć, że utwór Brathanków jest podobny do kompozycji węgierskiej. Natomiast czy jest jej plagiatem, czy nie - to może dopiero stwierdzić sąd.

Za życia i po śmierci

 Prawo autorskie - ukształtowane w XIX wieku, uregulowane tzw. konwencją berneńską w 1866 roku (Polska przystąpiła do niej w 1919 roku) oraz genewską konwencją powszechną z 1952 roku - zabrania dokonywania bez zgody autora skrótów, przeróbek, przekładów itp. Jednym słowem strzeże przed plagiatem. I trudno się dziwić, gdyż właśnie na własności intelektualnej można nieźle zarobić. Wiedzą o tym plastycy (za reprodukcje swoich prac dostają pieniądze), wiedzą literaci. Ale najwięcej pieniędzy, i to w bardzo krótkim czasie, można zarobić na muzyce. Przebój niemal z dnia na dzień zmienia zwykłego twórcę w milionera. Ile można zarobić? Dokładnie nie wiadomo. Bowiem autorzy, kompozytorzy strzegą swoich kontraktów, zasłaniając się tajemnicą. Jeden z krakowskich twórców, pragnący zachować anonimowość, stwierdził, że dzięki przebojowi - popularnej piosence sprzed 10 lat, która była hitem nie tylko jednego sezonu - zarobił na zagraniczne auto. - Tutaj chodzi o naprawdę wielkie pieniądze. Jestem zobowiązany tajemnicą, ale mogę powiedzieć, że megahity, a takim niewątpliwie był "Prawy do lewego", to ogromne pieniądze dla twórców - twierdzi Grzegorz Burakiewicz, kierownik Wydziału Nagrań Mechanicznych ZAiKS-u.
 Jak to możliwe? Prawo autorskie chroni twórcę do końca życia, a nawet po śmierci. Pod jednym warunkiem: że nie zrzeknie się on praw do swojego utworu. Jeżeli ten warunek zostanie spełniony, przez 70 lat po śmierci twórcy jego spadkobiercy będą otrzymywali tantiemy. Twórca, a potem jego spadkobiercy otrzymają należność za odtwarzanie publiczne, nagrywanie, wydawanie, drukowanie itd. Jeżeli jest to popularny utwór, roczne zyski z wykonywania takiej kompozycji mogą być ogromne.
 Trudno się więc dziwić, że niektórzy twórcy, żądni nie tylko sławy, ale i pieniędzy, decydują się na plagiat. Mają nadzieję, że nie wyjdzie on na jaw. Tym bardziej że w Polsce tego typu sprawy rzadko mają finał w sądzie. - Nie przypominam sobie żadnego orzecznictwa sądowego w sprawie plagiatu muzycznego w Polsce. Mimo że staram się zbierać wszystkie - podkreśla prof. Janusz Barta.
 Problem jest tym większy, że nie istnieją kryteria ilościowe dotyczące plagiatu. Prawnie nie określono, ile można zabrać z cudzej kompozycji, aby utwór nie był plagiatem. Obiegowe stwierdzenia funkcjonujące w środowisku muzycznym, że wystarczy zmienić w istniejącym utworze jedynie trzy takty albo siedem kolejnych po sobie następujących nut, aby dana kompozycja była już odrębnym utworem - są nieprawdziwe. Zgodnie z prawem, plagiatem jest przywłaszczenie sobie cudzego dzieła w całości lub w części. Jednak jaka część potrzebna, aby był to plagiat? Nie wiadomo.

Pożyczone, przetworzone

 Z naukowego punktu widzenia można rozróżnić dwa typy plagiatów: jawny - gdy jest wierną kopią utworu oraz ukryty - w którym wykorzystane zostały znaczne fragmenty jednego - lub nawet kilku dzieł. Jednak prawo dopuszcza możliwość korzystania z cudzych utworów. Każdy ma prawo do cytatów, pastiszów, parodii. Ma prawo, ale pod jednym warunkiem: że poda źródło i autora. Najsłynniejszym pastiszem plastycznym jest oczywiście Mona Liza z dorysowanym przez Salvadora Dalego - wąsami.
 Podczas gdy w plastyce tego typu zabiegi zdarzają się rzadko, w muzyce występują dość często. Pełno - zwłaszcza w muzyce klasycznej - różnego rodzaju zapożyczeń i cytatów. Najlepszym przykładem są wariacje. Ich konstrukcja jest jasna i prosta. Najpierw cudzy temat zostaje przedstawiony dosłownie - nuta w nutę, dopiero później następują kolejne opracowania tego tematu. Nie ma w tym nic złego. Zwłaszcza że autor i pierwowzór stanowi tytuł kompozycji; np.: wariacje "La ci darem la mano" Fryderyka Chopina na temat z "Don Giovaniego" Mozarta.
 Gorzej, gdy mamy do czynienia z wykorzystaniem kompozycji ludowej. Jeżeli tylko autorów da się określić, dzieła te są chronione tak samo jak inne. Jednak w muzyce ludowej często nie jest to możliwe. Stąd wiele kłopotów. Bo przecież folklor tradycyjny przenoszony z pokolenia na pokolenie nie ma swoich autorów. - W większości krajów uznano, że folklor nieidentyfikowalny nie podlega ochronie - podkreśla prof. Janusz Barta. Możemy więc wykorzystać w swoim utworze np. hejnał mariacki i podpisać się pod tym utworem. Będzie to zgodne z prawem.
 W niektórych częściach świata próbowano jednak z muzyki ludowej czerpać zyski. Raczej się to nie udawało. Działo się to przed 20 laty przede wszystkim na Bałkanach i w Afryce. - Istota prawa autorskiego polega na tym, że przysługuje ono komuś, konkretnej osobie. A komu mają należeć pieniądze za tradycyjną pieśń ludową - pyta się prof. Janusz Barta. Jedynie Senegal wiele lat temu wprowadził zasadę, że prawo autorskie z melodii ludowej zasilało konto tamtejszego ministerstwa kultury. Jednak, jak twierdzi prof. Barta, było to błędne założenie, gdyż źródło prawa autorskiego tkwi w prawie człowieka. Ostatecznie więc spory ucichły, a muzyka ludowa i jej zasoby stały się własnością wspólną. Można czerpać z jej bogactwa.
 Stąd jednoznaczne stwierdzenie, czy np. utwór Brathanków - oparty na dość mocnym i charakterystycznym folklorze - jest plagiatem, może być bardzo trudne. Wystarczy, że adwokaci udowodnią, że zarówno Brathanki, jak i węgierski kompozytor czerpali z tego samego źródła - z muzyki ludowej. A ona jest naszą wspólną własnością. I choć podpisując muzykę ludową własnym nazwiskiem będziemy w zgodzie z prawem, pojawia się problem zupełnie inny - moralny. Czy można zatem się podpisać pod utworem, który nie został przeze mnie skomponowany?
 Okazuje się, że można. Artyści czasami nie mają skrupułów. Za wszelką cenę szukają ładnych, wpadających w ucho melodii. Bo tylko takie mogą zapewnić dziełu sukces, a autorom sławę. Do dziś przetrwały anegdoty o Verdim, który tematy wykorzystane w swoich operach zapożyczał od innych kompozytorów (oczywiście nie przyznając się do tego). Trochę inaczej postępował Bizet. Po prostu kupował od innych słynne melodie, poczym przetwarzał je, aranżował - w taki właśnie sposób powstała słynna opera "Carmen".
 - Trudno udowodnić plagiat w muzyce. Dużo łatwiej w literaturze. Można położyć dwie prace obok siebie i porównywać słowa i sens - dodaje prof. Barta. W muzyce takie porównywanie jest dużo trudniejsze. Mamy przecież do czynienia z wieloma czynnikami. Melodią - a więc konkretnym następstwem dźwięków, rytmem oraz aranżacją. Może się zdarzyć, że nie zawsze da się udowodnić plagiat, że nie zawsze będzie można go wysłyszeć.
 Kiedy już jednak artyści stają przed sądem, tłumaczą się na ogół, że to przypadek, iż napisali taką samą piosenkę. Czy możliwy jest aż taki przypadek? Możliwy, ale jego prawdopodobieństwo jest bardzo nikłe. Wielokrotnie mniejsze niż trafienie szóstki w totolotka. Tam z 49 liczb wybieramy tylko sześć, i to w dowolnej kolejności. W muzyce natomiast mamy do wyboru ponad 80 klawiszy w fortepianie. Musimy trafić nie tylko na odpowiednie wysokości dźwięku, ale także ułożyć je w dobrej kolejności, nadać im ten sam rytm oraz identycznie zinstrumentować. Słowem
- szansa na stworzenie identycznego utwory jest minimalna. Choć nie jest to wykluczone. Według czystej matematyki, gdybyśmy nieskończoną ilość małp posadzili przy nieskończonej ilości fortepianów, któraś z nich musiałaby skomponować Nokturn cis-moll Chopina.

Deklaracja ochrony

 Na całym świecie różnego rodzaju stowarzyszenia, związki, wydawnictwa czy firmy fonograficzne zajmują się ochroną praw kompozytorów. Polskich twórców chroni przede wszystkim ZAiKS. Aby jednak tak się stało, utwór musi być zgłoszony do ochrony. Kompozytor zobowiązany jest ZAiKS-owi dostarczyć utwór w zapisie nutowym oraz złożyć deklarację, w której oświadcza, kto jest twórcą danego utworu. - Zanim zarejestrujemy utwór, nasi rzeczoznawcy go sprawdzają. Wystawiają pisemną opinię, która następnie jest przedstawiana na obradach zarządu sekcji. Gdy tu nie będzie zastrzeżeń, wniosek po kilku dniach trafia pod obrady prezydium - mówi Elżbieta Bryła-Krukowska, kierownik Wydziału Ogólnoczłonkowskiego ZAiKS-u. Rzeczoznawcy nie mają prawa stwierdzić, że utwór jest plagiatem. Moją jedynie wskazać na duże podobieństwa do innego utworu.
 Co miesiąc do ZAiKS-u trafia kilkaset nowych utworów. Siedmiu rzeczoznawców ledwie nadąża z opiniowaniem poszczególnych kompozycji. Na ogół więc na rejestrację trzeba czekać kilka, o ile nie kilkanaście tygodni. Każdy autor, którego utwory przyjęte są pod ochronę, ma swoje konto, na które trafiają pieniądze z tytułu praw autorskich.
 Zdarza się jednak, że członkowie ZAiKS-u kłócą się między sobą. Uważają, że ktoś komuś zabrał utwór. Wtedy taka sprawa rozstrzygana jest najpierw przez sąd koleżeński. Ile było takich sporów w
ZAiKS-ie? Ewa Łebkowska kierująca Wydziałem Prawnym nie chciała nam powiedzieć. Stwierdziła jedynie, że jest to wewnętrzna sprawa firmy. Kiedy jednak wokół jakiegoś utworu rozpętuje się burza, gdy trafia on do sądu koleżeńskiego, wstrzymywane są wypłaty tantiem. - Do czasu rozstrzygnięcia sporu blokujemy konta. Czekamy, aż sprawa się wyjaśni - podkreśla Grzegorz Burakowski.

\*

 Problem plagiatu w dyskusjach publicznych pojawia się w Polsce coraz częściej. Można nawet powiedzieć, że plagiat stał się pewnego rodzaju twórczością. Tym bardziej że w ogólnej i powszechnej opinii plagiator nie jest uważany za złodzieja, za przestępcę. Plagiatorów nie tylko nie spotyka bojkot środowiska, ale też nie ponoszą oni praktycznie żadnej kary.
 Tymczasem, zdaniem wielu naukowców, plagiat jest groźniejszy niż kradzież np. portfela czy torebki. Dlaczego? Bo tak naprawdę nigdy nie ulega zwrotowi. Dzieło nadal istnieje i istnieć będzie przypisane do autora plagiatora. Po latach już mało kto będzie pamiętał o prawdziwym autorze. Książki wydane w tysiącach egzemplarzy - płyty sprzedane w milionach. A wszystko pod nazwiskiem plagiatorów. Prawowity właściciel nigdy nie odzyska swojego dzieła.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie