Sława po polsku

Redakcja
Kilka tygodni temu David Beckham ogłosił, że zastanawia się nad opuszczeniem Realu Madryt, bo paparazzi w Hiszpanii nie dają żyć jego rodzinie. Popularność polskich piłkarzy nigdy aż tak nie utrudnia im życia, żeby myśleli o opuszczeniu kraju, choć - jak pokazał ostatnio przykład Jerzego Dudka - może zakłócić spokój rodzinnej uroczystości. Sportowiec sławę zdobywa w Polsce z większym trudem niż w krajach zachodniej Europy.

Sportowiec zdobywa u nas popularność z większym trudem niż w krajach zachodniej Europy

   Rozgłos staje się na tyle duży, że przeradza się w uciążliwy dopiero, gdy zawodnik sukcesami osiąga nawet nie europejski, ale światowy poziom i to w wybranych dyscyplinach sportu.
   Choć to futbol jest najpopularniejszym i najliczniej uprawianym sportem w kraju nad Wisłą, żaden z polskich piłkarzy nie osiągnął jeszcze popularności, która by mu przeszkadzała. Dwaj najlepsi zawodnicy ekstraklasy, asy reprezentacji kraju Tomasz Frankowski i Maciej Żurawski mogą niemal nie niepokojeni robić zakupy w krakowskich centrach handlowych. Nigdzie nie potrzebują ochrony, którą musi sobie już fundować, nie tylko w czasie zakopiańskich konkursów Pucharu Świata, skoczek Adam Małysz czy uczestniczący w komunii syna bramkarz Liverpoolu Jerzy Dudek.

W sklepie na podsłuchu

   - Nie idę może całkiem swobodnie po sklepie, bo wiem, że zdarzają się ludzie, którzy patrzą, co wybieram, próbują podsłuchiwać, co mówię do żony. Jestem rozpoznawany, widzę to w spojrzeniach, słyszę w szeptach: Patrz, Frankowski - mówi najlepszy strzelec Wisły. Śmieje się, że szczególną popularnością cieszy się wśród krakowskich taksówkarzy. - Jeden nawet pytał, czy to prawda, że jego koledze dałem dwa złote napiwku. Są też inni dwaj, którzy zaraz po usłyszeniu mojego adresu przez radiotelefon są gotowi się zjawić, bo wiedzą, że będą wieźć Frankowskiego.
   Maciej Żurawski lubi swoją popularność. - Nie jest nachalna, raczej miła. Jestem rozpoznawany, pozdrawiany, proszony o autografy, albo żeby zostać w Wiśle. Mogę spokojnie chodzić na zakupy, także w inne publiczne miejsca. Nie zdarza mi się, żeby ktoś śledził, sprawdzał, co wkładam do koszyka.
   Żurawski przyznaje nawet, że tak się do oznak ludzkiej sympatii przyzwyczaił, że: - Jakby tego zabrakło, to by było szaro i bardziej smutno.
   Obaj wiślacy uważają, że to bardziej reprezentacyjne niż klubowe sukcesy dodają im fanów. Frankowski zauważa nawet: - Przedtem byli to głównie mężczyźni i dzieci, a teraz coraz więcej kobiet mnie rozpoznaje. Nie, nie dlatego, żebym był przystojny. Po prostu mecze reprezentacji oglądają ze swoimi facetami w telewizji i potem rozpoznają piłkarza z ekranu.

Od małyszo- do otyliomanii

   O swobodzie, którą mają futboliści, dawno zapomniał Adam Małysz. Naukowe autorytety badały już na wszystkie strony zjawisko małyszomanii, tłumacząc ją nawet zbiorową terapią narodowych kompleksów. Jeśli któryś z polskich sportowców miałby plan ucieczki z kraju, w którym mieszka, to skoczkowi z Wisły do tego najbliżej. Już teraz wybiera na wakacje najbardziej egzotyczne zakątki świata, bo szansa na spotkanie rodaka, który go tam rozpozna, jest przez to mniejsza. Przedmiotem zainteresowania jest nie tylko on, ale i jego rodzina. Trudno się dziwić, że pojawienie się Małyszów gdziekolwiek budzi zainteresowanie tłumu, skoro nawet dom skoczka w Wiśle stał się atrakcją turystyczną miasta. - Marzę wręcz, by móc z rodziną pójść na spacer albo zwyczajnie na obiad do restauracji. I nie być zaczepianym, proszonym o autograf, o pozowanie do wspólnego zdjęcia. Na początku sława przynosi satysfakcję, ale później, gdy jej nadmiar, staje się męcząca - zwierza się skoczek w książkowej wersji wywiadu-rzeki "Adam Małysz. Moje życie". Zaraz dodaje jednak, że w kwestii popularności przeżywa swoiste rozdwojenie, bo jednocześnie cieszy się z okrzyków pod oknem ludzi skandujących jego imię i z ich zaczepek, choć nie może przez nie swobodnie przejść ulicą. Ale to właśnie ten entuzjazm fanów jest dla niego motywacją.
   Pływaczka Otylia Jędrzejczak po olimpiadzie w Atenach przeżyła otyliomanię. Zaraz po tym, jak zdobyła na igrzyskach trzy medale nie była pewna, czy będzie na takie zbiorowe uwielbienie gotowa. Miała jednak nadzieję, że ona, otwarta na świat dziewczyna, ze wszystkim sobie poradzi. Po powrocie do kraju była wszędzie - w mediach, na billboardach, na przyjęciach w szanownych gremiach i w szkołach wśród młodzieży. W wywiadach wypytywano ją o dzieciństwo, dietę, miłość, pieniądze, psa, a nawet Boga. Wybrano ją m.in. Kobietą Roku miesięcznika "Twój Styl", Najpiękniejszą Polką w plebiscycie magazynu "VIVA", dostała Wiktora dla najpopularniejszego sportowca roku. Bywała na salonach, zmieniając tylko suknie, makijaże i fryzury. Dobrze, że założyła czteromiesięczną przerwę w pływaniu, bo przy takim kąpaniu się w popularności na treningi nie miałaby sił. Podkreślała zresztą, że prestiżowe obowiązki mistrzyni olimpijskiej są tak samo, a może bardziej męczące. - Bywa, że nie mam ochoty na kontakt z ludźmi, rozdawanie autografów, ale rozdaję, nigdy nie odmawiam, nie uciekam. A jeśli się nie uśmiecham, to tylko z jednego powodu: jestem zmęczona - mówiła w trakcie otyliomanii. Doszło wreszcie do tego, że kiedy miała wrócić na basen, czuła się bardziej zmęczona sławą niż przed olimpiadą. - Sama zauważyłam, że ostatnio byłam wszędzie.__Muszę to wszystko ograniczyć, skupić na sporcie, wyłączam telefon, po wywiady odsyłam do trenera Pawła Słomińskiego - powiedziała przed powrotem na pływalnię. Ale ten powrót wciąż przebiega w bólach, choć Otylia wygrywa zawody Grand Prix Polski i zdobywa medale mistrzostw kraju. - Ciężko się jej zebrać po przerwie, chorobach, które ją dopadły i tej fali popularności, którą przeżyła - tłumaczy załamania nastroju podopiecznej i jej medialną niedostępność trener Słomiński.

Sławny, to pomoże

   Znane nazwisko i twarz mogą ułatwiać życie - w urzędach, kontaktach z policją, gdy przekroczyło się prędkość. Mogą też być przez zawistników źle komentowane. Piłkarzy Wisły spotykają czasem przykre docinki ze strony fanów Cracovii. Prawo do publicznej oceny wykorzystywane jest czasem w niegrzeczny sposób. - To pani tak wygląda? Myślałam, że jest pani ładniejsza - powiedziała kiedyś Otylii Jędrzejczak spotkana w sklepie staruszka.
   Jest też wielu amatorów cudzych pieniędzy, którzy zakładają, że znany sportowiec to sportowiec bogaty, którego można naciągnąć. - Odczułem to przy budowaniu domu. Niektórzy fachowcy myśleli, że śpię na pieniądzach. Kierownik budowy mówił mi, że jak coś kosztuje 10 zł, to dla Frankowskiego będzie kosztowało 30. Ale pocieszał, że Pendereckiego kosztowało 100 zł. W innych przypadkach, zwłaszcza od właścicieli firm będących kibicami Wisły, dostawałem jednak rabaty.
   Adama Małysza i Otylię Jędrzejczak zasypuje się listami z prośbą o finansowe wsparcie. Pływaczka ma w tej sprawie jasne zdanie: - Dużo osób źle zrozumiało chyba moją intencję zlicytowania medalu olimpijskiego. To jedyny mój gest charytatywny, skierowany dla dzieci chorych na białaczkę. Dostaję mnóstwo listów w tej sprawie, nawet takie, że zepsuł się komuś telewizor i potrzebuje pieniędzy na nowy. A ja nie jestem bankiem, nie ułożyłam jeszcze własnej przyszłości, żebym mogła tak pomagać. Myślę, że to, iż oddaję medal na licytację, to jest wystarczający gest - mówiła w Krakowie Otylia Jędrzejczak. Za jej medal zwycięzca licytacji zapłacił 257 550 zł. Pieniądze trafiły do Kliniki Onkologii i Hematologii w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu.
   Małysz ma nauczkę po tym, jak się dał naciągnąć: - Wiele razy byłem naiwny. Dałem pieniądze do ręki ludziom, którzy mnie oszukali. Próśb o pieniądze dostawałem i nadal dostaję mnóstwo - _mówi skoczek w swojej książkowej biografii. Teraz stosuje się już do rady, którą po zwycięstwie w Turnieju Czterech Skoczni dał mu Norweg Espen Bredesen: - Będziesz znakomitym zawodnikiem dopiero wtedy, gdy nauczysz się odmawiać._
   Małysz założył jednak fundację, poprzez którą zbiera środki dla utalentowanych skoczków, funduje im stypendia sportowe.

Reklama nie chce piłkarzy

   Popularność daje rzeczywiście szansę na zarobienie pieniędzy poza sportem. Wizerunek mistrza można przecież wykorzystać w reklamie, tak się stało w przypadku Jędrzejczak, Małysza, lekkoatlety Roberta Korzeniowskiego czy florecistki Sylwii Gruchały, wcześniej kierowcy Krzysztofa Hołowczyca. Ładne kobiety sportowego sukcesu w Polsce natychmiast dostają propozycję płatnej sesji dla męskiego magazynu "Playboy". Ani Jędrzejczak ani Gruchała tak jednak swojej sławy nie chciały wykorzystać. Co ciekawe jednak, do polskich piłkarzy reklamodawcy się nie garną.
   Frankowski z Żurawskim zgodnie się temu dziwią. Obaj twierdzą, że polskiego Beckhama czyli futbolistę, który zarabiałby więcej na popularności niż w grze w piłkę nieprędko się u nas doczekamy.
   Frankowski jest jednak profesjonalnie do tematu przygotowany. Ma doradcę, który zajmuje się propozycjami wykorzystania jego wizerunku. - Nie mamy nawału takich ofert, nawet Era, która może za darmo wykorzystywać piłkarzy Wisły, nie robi tego w swoich reklamach. Zamiast Frankowskiego czy Żurawskiego woli pokazać kopiącego w piłkę starszego pana - _mówi Frankowski. - Czemu tak jest? Wydaje mi się, że futbol jest trochę skażony, dlatego reklamodawcy boją się w niego wejść.
   Maciej Żurawski nie wystąpił jeszcze nigdy w indywidualnej reklamie (był tylko w tych dla sponsora reprezentacji z całym polskim zespołem). -
Dotąd nie miałem żadnych poważnych ofert. Czy to nie dziwne? Trochę tak, bo wydaje mi, że moja pozycja jako piłkarza klubowego i reprezentacyjnego jest już jakoś ugruntowana. To dobry moment do wykorzystania popularności, ale problem dotyczy całej polskiej piłki. Może, my piłkarze nie jesteśmy jeszcze wystarczająco popularni i rozpoznawalni? Myślę jednak, że to, co dotyczy już piłkarzy z zachodu, jeszcze do nas przyjdzie.
   Żurawski nie ma nikogo, kto dba o jego publiczny wizerunek (- _Sam o siebie dbam. Mam tylko osobistego fryzjera).
Nie zamierza zabiegać o reklamowe propozycje. Miał dotąd wstępne całkiem oferty z firmy budowlanej, a także od specjalisty kreowania wizerunku, ale po pierwszych rozmowach potencjalni kontrahenci do nich nie wrócili. - A ja nie miałem zamiaru sam za tym chodzić - mówi piłkarz. - Czy mi to jest potrzebne? Może dawałoby pieniądze, ale o jakich pieniądzach mówimy? Przecież nie o takich, jakie Beckham zarabia. Znaczące? To zależy, co dla kogo znaczy znaczące…

Skandaliści i nudziarze

   Ogromną rolę w budowaniu popularności odgrywają media, na świecie zwłaszcza krzykliwe tabloidy i kolorowe magazyny. To właśnie je wykorzystaliby specjaliści od kreowania wizerunku, gdyby nasi bohaterowie oddali się w ich ręce. Mamy już w Polsce bulwarówki, które za kryterium wyboru tematów na łamy uważają ich sensacyjność, ale właśnie przez to kryterium Żurawskiego i Frankowskiego nie ma w nich tak wiele, jak mogłoby być, sądząc po pozycji tych piłkarzy w polskim futbolu. - Nie mam charakteru skandalisty, jestem dość spokojnym człowiekiem. Niektórzy lubią dużo szumu wokół siebie, nawet negatywnego, ja lubię dużo szumu, ale pozytywnego - mówi Maciej Żurawski. Jest do tego stopnia spokojny, że "spalił" gag twórców programu "Mamy cię" w stacji TVN. Wożony po najbardziej zatłoczonych warszawskich ulicach przez niefortunnego taksówkarza piłkarz nie dał się wyprowadzić z równowagi. Przeklinającego i złorzeczącego "Żurawia" Polska więc w "Mamy cię" (przynajmniej do czasu następnej prowokacji) nie zobaczy. - Numeru nie pokażą, bo byłem zbyt spokojny - śmieje się wiślak.
   Pożywką dla bulwarowych mediów Żurawski stał się raz. - Powiedziałem o sędzim, że jest krętaczem. Gazety zaraz to podłapały. To była ciekawostka w moim wydaniu. Ja, taki spokojny, nigdy nie mówię nic skandalicznego, a tu nagle taka sprawa… - ironizuje napastnik Wisły. Zauważa, że w Europie bohaterom gazet wyciąga się z życiorysów więcej skandali, dziennikarze pracują tam w nieco inny sposób: - Ale to też chyba do nas przyjdzie. Już dziś gazety poczynają sobie coraz śmielej.
   Przykładny mąż i ojciec Tomasz Frankowski na skandalach też popularności by nie zbudował. Podniecenie, nie tylko mediów, ale i władz klubu wzbudza więc czasem głośnym wypowiadaniem zdecydowanych poglądów. A mądrze i konkretnie potrafi się wypowiedzieć na wiele tematów. - Jestem otwarty w kontaktach z mediami, mam z dziennikarzami dobre układy, ale czasem muszę ugryźć się w język, bo zdarzało się, że ktoś z klubowej góry zarzucił mi niepotrzebną uwagę. Mamy w kontraktach kary za wypowiadanie się o sprawach klubu - mówi Frankowski.
   Polskie media pracują na popularność sportowców coraz chętniej przedstawiając ich nie tylko jako wykonawców zawodu, ale i zwykłych ludzi - myślących i czujących, zakorzenionych w rodzinie, mających zainteresowania. W tym polska wyższość nad agresywnymi pismami skandalizującymi ze świata, że nie czyhają wyłącznie na potknięcia i słabości swoich bohaterów. Ale ci nie zawsze to doceniają w ten sposób, że o prywatności chcą na łamach rozmawiać.
   Tomasz Frankowski chroni rodzinną intymność. Niechętnie o niej trąbi w mediach. Gdzie wyznacza granicę? - Do płotu mogę dopuścić - _odpowiada półżartem. - _Nie mamy ochroniarzy. Syn chodzi do przedszkola ogólnie dostępnego, ale o ograniczonym naborze. Żona, kiedy idzie sama na zakupy, nie jest chyba rozpoznawana. Ale przy mnie udziela się jej ta samokontrola, uważa na to, co mówi, bo zdarza się, że ludzie podsłuchują.
   Żurawski zaczął medialną karierę jako młody piłkarz Lecha Poznań. - Może był przez to moment wody sodowej, ale taki łagodny, że go nie zauważyłem. Nigdy nie było tak, że mi sława "odbiła".
   Na obiektywną ocenę swoich osiągnięć mógł zawsze liczyć, bo dostarczał jej ojciec piłkarza. Teraz Żurawski jest już wytrawnym graczem nie tylko na boisku, ale i w świecie mediów. Ma zasady: - O sprawach wewnętrznych klubu i osobistych, a także o pieniądzach nie mówię chętnie.
   Piłkarz zdaje sobie sprawę, że nawet tak zwykłe wydarzenie jak zmiana fryzury, w jego przypadku spotka się z odzewem: - Taka zmiana wiązała się nawet z ryzykiem. Gdybym zmienił wygląd i kiepsko zagrał to zaraz by pisano, że mi się w głowie źle porobiło. Zamiast o grze myśli o włosach. _Wie też, że zwykłe wyjście do knajpy na piwo może dostarczyć mediom pożywki. Wybiera na takie wyprawy raczej sprawdzone miejsca: - _Wiem jednak, że jak ktoś będzie chciał, to nawet z faktu, że piję jedno piwo, wykreuje sensację, pisząc, że wypiłem osiem.

Tak źle i tak niedobrze

   Choć czasem każdy ze sportowców narzeka na zainteresowanie fanów i mediów, to zdaje sobie sprawę, że gdy tego zabraknie, też nie będzie mu dobrze. - Na pewno jeśli zyskało się jakiś splendor, człowiek zaczął się pojawiać w gazetach, a nagle jest w tym jakiś przestój, to go zauważam. To mnie nawet trochę denerwuje, bo się do tego przyzwyczaiłem jak do strzelania bramek. Jak mi zabraknie gola w meczu, też jestem zły - mówi Żurawski.
   Tomasz Frankowski też chciałby pozostać w pamięci kibiców: - Może po zakończeniu kariery kibice zapamiętają mnie tak jak zapamiętali innych krakowskich piłkarzy: Kmiecika, Iwana, Kapkę. Moja w tym rola, żebym tak się dał dziś zapamiętać, by jutro o mnie nie zapomnieli. Po zakończeniu kariery, bardziej jednak niż popularności, będzie mi chyba brakowało gry w piłkę.
   Adam Małysz, choć często skarżył się na męczące objawy sławy, mówił, że z czarodziejskiej różdżki, która uczyniłaby go anonimowym człowiekiem, skorzystałby tylko na jakiś czas. Podkreśla, że wiara i dowody sympatii kibiców bardzo mu pomagają.
   Jak trudno sobie bez nich radzić, wskazuje wiele przykładów sportowców, którzy mimo wielkich osiągnięć nie stali się popularni. Dwukrotni mistrzowie olimpijscy w wioślarstwie Robert Sycz i Tomasz Kucharski po zwycięstwie w Sydney liczyli, że sukces i związana z nim popularność pomogą im w znalezieniu sponsorów. Po takim samym osiągnięciu w Atenach mówili, że już w to nie wierzą. Po igrzyskach firma, której powierzyli obowiązki promocyjne, próbowała pokazywać ich w mediach, zwłaszcza w telewizyjnych programach rozrywkowych, akcjach reklamowych w supermarketach, ale efektu to nie przyniosło. Wioślarstwo nie jest tak popularnym sportem, by jego bohaterów rozpoznawać na ulicy. Podczas pobytu w Krakowie Robert Sycz przechadzał się zatłoczonymi bulwarami wiślanymi nie zaczepiany przez nikogo, zupełnie nierozpoznawany. W swoich rodzinnych stronach jest oczywiście lepiej kojarzony i doceniany, ale na finansowe korzyści się to nie przekłada.
   Nie sposób nie zauważyć jednak, że w tym, aby wybitny sportowiec osiągnął sławę i związane z nią korzyści majątkowe, wielką rolę odgrywa jego osobowość. Robert Korzeniowski nie uprawiał przecież ani popularnej konkurencji lekkoatletycznej, ani szczególnie widowiskowej, a jednak i chód sportowy, i siebie znakomicie sukcesami wypromował. Potrafi rozmawiać z każdym i na każdy temat, ma szerokie zainteresowania i poglądy na wiele dziedzin życia. Jest ciekawy i niezawodny, co wykorzystali specjaliści od reklam w uwiarygodnianiu jego osobą swoich produktów.
   Medialność jest zaraźliwa. Otylię Jędrzejczak na tyle zafascynował świat mediów, że zastanawia się nad pozostaniem w nim po zakończeniu kariery. - Może telewizja, może PR - mówi pływaczka. Bokserce Agnieszce Rylik już w czasie kariery udało się współprowadzić magazyn sportowy w telewizji publicznej. Podobnie jak małżeństwu pięcioboistów Jarosławowi i Dorocie Idzi; on jest ponadto dziennikarzem radiowym, ona specjalistą PR w branży kosmetycznej. Nawet medialni, a bezrobotni trenerzy czy piłkarze mogą na popularności zarobić w roli komentatorów. Brylują na ekranie - Dariusz Wdowczyk czy Janusz Wójcik, Grzegorz Mielcarski znawstwem futbolu zareklamował się na tyle w Canal Plus, że został dyrektorem sportowym w Wiśle.
   Popularność po polsku przynosi sportowym bohaterom więcej zysków niż bolączek. Nawet jeśli czasem na swoją sławę, jak to gwiazdy, ponarzekają...
MAŁGORZATA SYRDA-ŚLIWA

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie