Sławomir Peszko: "Do windy nie wejdę, nie ma szans", czyli rozmowa nie tylko o "Peszkografii"

Tomasz Bochenek
Tomasz Bochenek
Sławomir Peszko ma 37 lat. Pochodzi z Jedlicza na Podkarpaciu, 44 razy wystąpił w piłkarskiej reprezentacji Polski
Sławomir Peszko ma 37 lat. Pochodzi z Jedlicza na Podkarpaciu, 44 razy wystąpił w piłkarskiej reprezentacji Polski Anna Kaczmarz
- W Wieczystej odzyskałem radość. Odczuwam sympatię lokalnej społeczności, która i tak mnie już polubiła ze względu na grę w Wiśle. Chcę zostać w Wieczystej. Na boisku - na pół, czy półtora roku, ale później być przy klubie jak najdłużej - mówi Sławomir Peszko, który postanowił osiąść z rodziną w Krakowie już na stałe. Swoją dotychczasową historię opowiedział Sebastianowi Staszewskiemu - i tak powstała "Peszkografia". Książka, która stała się punktem wyjścia do tej rozmowy.

Książka ma ponad czterysta stron, a nie wspomniałeś w niej, że byłeś ministrantem.

Sławomir Peszko: A, faktycznie! Ale takich historii, których nie opisałem, jest więcej. Łapię się na tym, kiedy teraz czytam książkę. O, nie czuć w niej na przykład tak bardzo moich relacji z „Grosikiem”, do którego jestem naprawdę mocno przywiązany. Przeżyliśmy więcej, niż napisałem.

Akurat te relacje czuć, mocno czuć.

Tak? Ja mam trochę niedosyt. Z kolei pisząc o „Lewym” nie chciałem, żeby zrobił się z tego jakiś mega boom, no i nie chciałem mu wystawiać jakiejś laurki. Tylko napisać coś tak po koleżeńsku.

Wracam do pytania o Sławka ministranta. W 1998 roku twoja drużyna wygrała piłkarski turniej archidiecezjalny.

Tak, zagrałem w takim turnieju. Ministrantem byłem przez jakiś rok. Nie za bardzo z powołania, raczej z braku innych zajęć. Ale ja z katolickiej rodziny pochodzę, w każdą niedzielę z rodzicami chodziłem do kościoła.

Mama już książkę przeczytała?

Przeczytała.

I?

Trochę się dowiedziała.

Tak? Z książki wynika, że masz dobrą, szczerą relację z mamą. I że była na bieżąco.

Do pewnego momentu. Bo kiedy miałem już swoje życie, zwłaszcza gdy wyjechałem do Niemiec, o pewnych rzeczach mamie nie opowiadałem. Oczywiście, jak coś przeskrobałem i media sprawę nagłośniły, to dzwoniła. Najpierw był opierdziel, potem prosiła mnie, żebym się opanował, zmienił swoje postępowanie.

Co generalnie było impulsem do stworzenia „Peszkografii”?

To, że tracę pamięć. Sebastian Staszewski długo namawiał mnie do napisania książki. Początkowo byłem niechętny. „Kurde, zaraz wyciągniesz wszystkie afery, poprzypominasz je ludziom”. Seba przekonywał: „Nie, opiszemy twoją sportową karierę. To, jak wyjechałeś z Jedlicza, Wisłę Płock, grę w Lechu, później wyjazd zagraniczny – Niemcy, Anglia, dziesięć lat w kadrze, Nawałkę, dwa mistrzostwa, trofea”. Tak się zastanowiłem: cholera, no, trochę tego jest... Później, już na etapie powstawania książki, Sebastian przypominał mi nawet pewne historie.

Dobrze wiesz, że taka książka – „zagrałem tu, zdobyłem tamto” – byłaby nudna.

Poza sportowymi sprawami przydarzały mi się różne rzeczy. Nawiązałem mnóstwo relacji z ludźmi. Teraz na przykład, po publikacji książki, z Markiem Pączkiem.

Tak?! Ludziom wyjaśnijmy, że kiedy mieliście po 14 lat, bramkarz Pączek przywitał cię na zgrupowaniu kadry makroregionu zdecydowanie niesympatycznie. Co zostało przez ciebie opisane.

A teraz się do mnie odezwał - widzisz po jakim czasie złapaliśmy kontakt? Dziś prowadzi hotel 70 kilometrów od Krakowa, są tam konie. W grudniu wybiorę się do tego hotelu.

Mówisz o ludziach szczerze i czasem gorzko, ale nie zatrzaskujesz drzwi.

Jedyna taka negatywna postać to trener Stokowiec. Ale o tym, co działo się wtedy w szatni Lechii, napisałem szczerą prawdę. Choć i tak oszczędziłem naprawdę dużo.

Stosunek do Piotra Stokowca wyrażałeś publicznie już przed publikacją książki.

Na treningach zawsze wykonywałem to, co było trzeba. A to, co działo się poza treningami, podchodziło pod mobbing w pracy.

Troszkę poszydziłeś z byłego prezesa Wisły Piotra Obidzińskiego.

Troszkę? Bardzo! Bo przez niego nie zostałem na dłużej w Wiśle. A bardzo chciałem zostać. Nawet z małym kontraktem, podaję w książce kwoty. Z 30 tysięcy miesięcznie byłem skłonny zejść na 20 tysięcy. W ekstraklasie. Nie wiem, czy na tym poziomie ktoś teraz tak płaci - może jakiś klub, który finansowo sobie nie radzi... Jak czytam, że Fernandez zarabia w Wiśle 120 tysięcy w I lidze, a zaraz po mnie przyszło kilku piłkarzy i zarabiali po 60 tysięcy, to trochę mi się krew gotuje. Bo ja naprawdę dobrze się czułem w Wiśle, stawiał na mnie trener Stolarczyk, chciałem zostać. Obidziński mi przeszkodził. No, nie może mi ktoś powiedzieć: „Wisła dla ciebie nie ma kontraktu, idź do pana Kwietnia i sobie wynegocjuj”. Ja prawie ze stołka spadłem, jak to usłyszałem.

Maciej Stolarczyk - temu panu napisałeś laurkę.

To był krótki epizod, trzymiesięczny. Ale od początku jak przyjechałem na zgrupowanie do Turcji, to mnie ujął. Już przy przywitaniu: „Chodź, Peszkin, u nas na stole jest czerwone wino, zapraszamy”. Fajny facet, otwarty. Kiedy wchodził do szatni, miał piłkarską bajerę, ale kiedy było trzeba, potrafił też wyciągnąć bat. Opisałem historię z Kubą Błaszczykowskim. Wiadomo – Kuba dawał drużynie dużo w ofensywie, ale Stolarczyk pokazał na analizie wideo sytuacje, kiedy Kuba nie wraca, rywale robią dzięki temu przewagę i że w tej fazie akcji drużyna potrzebuje Kuby. Tak jak mówię – Stolarczyk to trener, który potrafił żyć dobrze z chłopakami, ale też widział, co się dzieje na boisku.

Sporo książki poświęciłeś Franciszkowi Smudzie. Nic dziwnego, bo wasze losy się splatały.

Tak przez całe życie przewija mi się też Łukasz Piszczek. Kadry młodzieżowe, od 15. roku życia już z nim konkurowałem... A Smuda? To była relacja od miłości do nienawiści. Po tym, jak zachował się po „aferze taksówkowej”, ręki bym mu nie podał. On twierdzi, że będąc teraz w tamtej sytuacji też by mnie z kadry wyrzucił. Dla mnie cały czas niezrozumiałe jest to, że był w Niemczech na posterunku policji, ale ze mną się nie spotkał. Po wielu latach mieliśmy w Krakowie powrót do miłości, bo szliśmy w jednym kierunku, żeby awansować z Wieczystą. Wiadomo jednak, jaka była końcówka: dzielenie drużyny na pół nie wpływa na nią dobrze.

Smuda jednak nie został odmalowany przez ciebie jednoznacznie negatywnie.

Nie jest opisany mega ostro, ale też nie jest jakimś moim ulubionym trenerem w tej książce.

Tak w ogóle, to dzwonią ludzie z pretensjami: „Peszkin, co żeś tam o mnie napisał”?

Jedna osoba się odezwała. Ale ja opisałem wszystko tak, jak czułem, nikogo nie skrzywdziłem, na nikogo nie nabluzgałem. Opisałem prawdziwe sytuacje. Mieliśmy 104 godziny nagrania, a Sebastian i tak wszystko sprawdzał – dzwonił do mnóstwa osób: z Płocka, z Jedlicza, moich przyjaciół, z którymi się wychowałem, do trenera Mariana Cygana z kadry makroregionu, jak to było na tym pierwszym obozie na początku, kiedy mnie chłopaki zaczepiali. Moje opowieści były weryfikowane.

Otwierasz się, mówiąc np. o swojej klaustrofobii.

Do windy nie wejdę, nie ma szans. Czasami w samolocie mam problem. W aucie, kiedy mam siedzieć z tyłu, a nie ma tylnych drzwi. Pojawia się ogromna panika. Komuś, kto sam tego nie czuje, trudno to wytłumaczyć.

Próbowałeś to przepracować z psychologiem?

Niejednokrotnie. Ale te momenty są dla mnie za ciężkie. Zaraz pojawia się w głowie myśl, że nie wydostanę się z tego miejsca, że nie dam rady. Czuję, że się duszę. Biała gorączka.

Dla mnie sporą ciekawostką jest informacja, że uprawiałeś biathlon.

Tak, trenowałem biathlon dość długo – trzy lata każdej zimy, od listopada do marca. Wtedy mieliśmy długie zimy w Jedliczu, a jest sporo górek, korzystaliśmy ze strzelnicy w Parku Miejskim. Mieliśmy trenera, który był wuefistą, ale takim bardzo zaangażowanym – Piotra Brila. Muszę mu książkę zawieźć, zresztą teraz fajnie wychowuje dzieci moich braci, do biathlonu ciśnie mojego chrześniaka. Mnie ten biathlon bardzo się później przydał, w kontekście budowania wytrzymałości, kondycji. Bo to jest bardzo ciężki sport, dużo cięższy od piłki nożnej.

Powiedziałeś ostatnio w wywiadzie dla „Piłki nożnej”, że w Nafcie Jedlicze – czyli swoim pierwszym klubie - chciałbyś zakończyć piłkarską karierę.

Karierę chciałbym zakończyć w Wieczystej. W Nafcie chciałbym zagrać mecz, może parę meczów. Po prostu chcę założyć koszulkę Nafty jako senior. To ma być epizod, gra wyłącznie dla przyjemności. Pewnie będę mieszkał w Krakowie i parę razy w sobotę pojadę na mecz Nafty, tak to sobie wyobrażam. Dla mnie zakończeniem kariery będzie koniec występów w Wieczystej. Zobaczymy, czy nastąpi to już za pół roku, bo ja będę jeszcze walczył, żeby przedłużyć karierę o rok. Jeśli tylko kolana mi wyzdrowieją, to fizycznie sobie poradzę.

No właśnie, jak tam kolano?

Jestem cztery tygodnie po zabiegu, kule już odrzuciłem. W tym roku nie wrócę jednak na boisko. Zimą jak najmniej chciałbym trenować i grać na boiskach sztucznych, więc może się zdarzyć, że w taki intensywny trening wejdę dopiero w lutym na zgrupowaniu. No bo w marcu trzeba będzie walczyć o skład.

Tak szczerze: po tym, jak zobaczyłeś w sobotę złamanie nogi Michała Maka, nie zacząłeś myśleć: a może by już nie kusić losu?

Nie, dla mnie piłka to jest przyjemność. Ja w tej chwili naprawdę nie wyobrażam sobie sytuacji, żebym miał nie przyjść do szatni, pożartować przed treningiem i wyjść na trening. Ale kontuzją Michała rzeczywiście byłem wstrząśnięty. Zaraz po zdarzeniu poszedłem do jego żony, poinformować ją, że to właśnie Michał – bo patrząc z odległości kilkudziesięciu metrów nie wiedziała, że to on leży na boisku. Od razu zasugerowałem jej, żeby dzwoniła po pomoc, po brata Michała – Mateusza, bo pierwsze momenty będą ciężkie. Michał jest już po operacji, udała się, ale przed nim długa droga. O ile ja się martwię, czy zdążę wrócić na marzec, to on pewnie zastanawia się, czy wróci na przyszły sezon.

A jak twoja droga trenerska? Kiedy kończy się kurs, w którym – razem z innymi poważnymi piłkarzami - starasz się o licencję UEFA A?

Jestem na finiszu. Podrukowane notatki z całego roku, 7-8 listopada mamy egzamin. Jeśli go zdam, będzie można zabrać się za pracę dyplomową, muszę też odbyć tygodniowy staż w jednym z klubów. Myślę o Wiśle, ewentualnie o Garbarni lub Hutniku. Pracę będę pisał o tym, jak trenerzy w ciągu mojej kariery wpłynęli na mój rozwój - czego mnie nie nauczono, a co sprawiło, że stałem się takim piłkarzem, jakim jestem. To taki temat, w którym nie da się przepisać kawałków internetu, tylko napisać od serca: co dany trener mi doradził, w czym pomógł, a w czym przeszkodził.

Zastanawiam się, czy kiedy Sebastian Staszewski podsyłał ci gotowe rozdziały książki, to czytałeś je tylko na zasadzie konieczności sprawdzenia faktów czy na nowo te historie przeżywałeś?

Był taki moment, że powiedziałem: „Seba, za dużo jest przekleństw. Już mnie to trochę irytuje”. Sebastian przekonywał mnie: „Czytałem biografie największych gwiazd, tak to jest. Przekleństwa budują emocje”. Ja na to: „Za dużo dzieci będzie to czytać. Musisz trochę powykreślać”. Seba: „Ale wiesz, że ty w życiu przeklinasz.”. No, pewnie, że wiem, jednak uznałem, że mniej więcej połowa przekleństw powinna z książki wylecieć. Z kolei po przeczytaniu rozdziału o Płocku, o Ojrzyńskim, o grupie Lambada, uznałem, że nie warto pisać o rzeczach za mocnych. Nic ważnego nie ukrywam, a nie chciałem, żeby ujawnienie jakiejś historii odbiło się na innych chłopakach.

Jak ukształtował cię jako człowieka wyjazd w młodym wieku z rodzinnego domu do Płocka? Poza tym, co oczywiste – czyli szkołą samodzielności.

Kiedy wyjeżdżałem, byłem przestraszony. Wyjeżdżałem z malutkiego miasta do dużego miasta, gdzie wszystko szybko się toczy. OK, była w Płocku moja rodzina, ale mieszkanie w internacie. Uratowały mnie umiejętności. To, że obroniłem się na boisku, dobrze grałem. Tu zdobyłem sympatię, tam zdobyłem sympatię, w szkole nie sprawiałem problemów, szybko się uczyłem.

Ale Płock momentami odmalowujesz jak San Andreas. Napisałeś, że biłeś się kilkanaście razy.

He, rwąca Wisła... Nie było łatwo, ale Płock to jest mój drugi dom. Jedna rodzina – teściowie, druga – państwo Machowscy, zawsze odwiedzam ich przed świętami. To coś fantastycznego.

Na swoje historie pewnie patrzysz już przez filtr ojca nastoletniej córki i ośmioletniego syna.

Wiem, że mój syn nie popełni wielu moich błędów. Nie będzie tak jak ja nieostrożnie wiązał się z menedżerami, nie powieli różnych moich głupot. OK, sytuację startową ma o wiele lepszą – jest w dużym mieście, w lepszym klubie, itd.

Ma nazwisko.

To akurat będzie też trochę ciążyć. A córka? Mówię jej: swoje życie przeżyjesz sama. Bo ja nie jestem zwolennikiem układania komuś życia, nakazów. Podchodzę do sprawy na zasadzie: ty podejmujesz decyzje, ale miej świadomość, że będziesz mierzyć się z ich konsekwencjami.

Jak książkę przyjęła żona?

Ania na początku to w ogóle była zła, że nie dałem jej do przeczytania przed publikacją. Tłumaczyłem, że było to niemożliwe, bo spieszyliśmy się przed mistrzostwami świata – był pisany rozdział, wysyłany i już nie można było zmieniać. Kiedy mieliśmy już książkę, Ania zamknęła się z nią na pół godziny, przeczytała rozdział o Lechii, o aferze taksówkowej i zakończenie. Przyszła i stwierdziła, że fajnie się czyta. Obawiała się, że będę z kimś strasznie jechał, a ona tego nie lubi.

Rodziny za dużo do książki nie wpakowałeś. Pewnie celowo.

Tak, celowo. Umówiłem się z Anią, że pokażę to, że była ze mną w każdym mieście, w którym grałem, że przeprowadzaliśmy się nawet z Niemiec do Anglii, potem z Anglii do Niemiec. Nie było naszym zamiarem, żeby Anię w książce wykrystalizować, bo ona sama nigdy tego nie szukała, nie wypowiadała się o mnie w telewizji. Nie wyobrażała sobie też sytuacji, że kiedy ja jadę podpisać kontrakt, to ona przy tym musi być.

Zdecydowaliście już, gdzie osiądziecie?

W Krakowie. Plany się zmieniały, bo kiedy byłem w Niemczech, to nastawialiśmy się na Poznań. Wyszło pięć lat w Gdańsku – piękne miasto, morze, no i byliśmy przekonani, że właśnie tam zostaniemy. Po pięcioletnim kontrakcie piłkarskim miałem przecież jeszcze zapewnione kolejne pięć lat w klubie. No, niestety, jeden człowiek tak mi zburzył relacje z prezesem, że stwierdziłem: jadę dalej w Polskę. No i jesteśmy w Krakowie. Tutaj jest to, co mi odpowiada. W Wieczystej, mimo że to niższe ligi, odzyskałem radość. Odczuwam sympatię lokalnej społeczności, która i tak mnie już polubiła ze względu na grę w Wiśle. Chcę zostać w Wieczystej. Na boisku - na pół, czy półtora roku, ale później być przy klubie jak najdłużej.

Na mistrzostwa świata się wybierasz?

Tak, lecę 19 listopada.

Jako kto?

Jako kibic i ambasador Superbetu.

Będziesz pojawiał się w mediach?

Może będę pisał analizy do portalu internetowego. Bardzo chcę być przy reprezentacji, mam w niej jeszcze wielu kolegów.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Z Gwiazdami - Marcin Możdżonek - zajawka

Materiał oryginalny: Sławomir Peszko: "Do windy nie wejdę, nie ma szans", czyli rozmowa nie tylko o "Peszkografii" - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie