Słuchanie

Redakcja
Tylko skurczybyki

Marginałki

Na początku, tuż po wojnie, w domu nie było nic, żadnego radioodbiornika. Podczas okupacji Niemcy bardzo starali się, aby nikt nie słuchał charakterystycznego "Bum, bum", po którym, po polsku, odzywał się Londyn. Wkrótce sytuacja jakby się powtórzyła; wprawdzie nie zabraniano słuchania radia, ale ciągle były rozgłośnie, których nie należało słuchać: "Wolna Europa", "Głos Ameryki". Młodzieżowi aktywiści, z wiaderkami pełnymi białej farby, z gardłami ściśniętymi czerwonymi krawatami, pisali na murach:
 Słuchają "Głosu Ameryki".
 Żeby obywatele nie stali się skurczybykami, wrogie rozgłośnie zagłuszano. Każde miasto miało urządzenia zwane "młynkami", które powodowały, że zamiast głosów spikerów i muzyki słyszało przeraźliwe wycia. W Krakowie młynki zajmowały cały dach budynki zwanego "Naftą", a położonego przy ulicy Lubicz. Zniknęły po październiku 1956 roku, w okresie odwilży na owe czasy niebywałej, skoro nagle w klubie MPiK (co to była za instytucja, wspaniała, zwłaszcza jak na owe czasy!) pojawiła się polska emigracyjna prasa.
 Jeszcze wtedy, tuż po wojnie, zwłaszcza po wsiach, można było znaleźć kryształkowe radia-zabytki. Po wysokim maszcie piął się drut anteny, w słuchawkach - tak, żeby coś usłyszeć, trzeba było założyć słuchawki! - coś popiskowało, coś szumiało, a poprzez szumy i piski dochodził cichutki, lilipuci głosik, cichutka lilipucia muzyka. Mimo wszystko kryształkowe radio budziło wyobraźnię, podniecało...
 Jednocześnie do mieszkań zaczęły wchodzić "kołchoźniki", głośniki radiowe, coś w rodzaju dzisiejszej telewizji kablowej, ale sprowadzonej do absolutnego minimum - z tylko jednym programem. "Kołchoźniki" od czasu do czasu milkły, aby po pełnej szumu chwili odezwać się: "Tu mówi radiowęzeł Kraków-Podgórze"... Jakim cudem w "kołchoźniku" na Zwierzyńcu odzywał się głos z Podgórza, tego sam diabeł nie wie. Jeszcze większą tajemnice stanowił spiker, a raczej jego głos, tak obrzydliwy, wręcz odrażający, że nawet nie zwracało się uwagi na wygłaszane bzdury. Głos był - jeżeli tak można powiedzieć - womitalny. Wydawało się, że facet za chwilę dostanie torsji, a wraz z nim słuchacze. Nazywaliśmy go "Rzygaczem"... A później przyszły zwyczajne, prawdziwe radia, których dźwięk towarzyszył nam od rana do wieczora. Rano oczywiście gimnastyka prowadzona przez magistra, później doktora, Hofmana. Upiorna sprawa - dziarski głos, bębnienie w fortepian i propozycja, aby maszerować wokół stołu. W południe Mariacki hejnał- niezmienny, trwały jaj góry. Wieczorkiem coś zakazanego albo "Przy sobocie, po robocie", albo "Podwieczorek przy mikrofonie", albo - ale to później - muzyka z "Radia Luxemburg". A jeszcze później przyszła telewizja

amk

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie