Śmierć "konika" (cz. II)

Redakcja
Milicjant w mocno sfatygowanym mundurze zam-knął drzwi do pokoju przesłuchań. Zasalutował - Towarzyszu majorze, przyprowadziłem podejrzanego!

Potyczki z Temidą - powrót do starych spraw

   Major Robert T. spojrzał zza rozłożonych na biurku dokumentów - Zdejmijcie mu kajdanki - rozkazał. - A wy siadajcie…
   Zatrzymany dzień wcześniej, w mieszkaniu rodziców, Roman M. wyglądał zupełnie inaczej niż podczas ich pierwszego spotkania. Przetłuszczone włosy gładko przylegały do czaszki i w niczym nie przypominały już kunsztownej koafiury, godnej gwiazdy muzyki pop. Spod niebieskiego pulowera wyglądał kołnierzyk nieświeżej koszuli. - Opowiedzcie jeszcze raz wszystko od początku…
\\\
   Roman M. załamał się już podczas tego przesłuchania. Przyznał, że to on jest sprawcą zabójstwa. Z jego relacji wynikało, że tamtego dnia odwiedził ofiarę późnym popołudniem. Przyniósł wówczas zaproszenie na występ w Domu Kultury, w którym pracował. Rzeczywisty powód wizyty był jednak inny…
   Roman M. chciał bowiem prosić go o prolongatę spłaty pożyczki, jaką zaciągnął końcem roku, gdy razem z żoną wybierali się na organizowany corocznie przez "Orbis" wyjazd do Soczi. Ryszard W. nie chciał jednak o tym słyszeć. Zażądał natychmiastowego zwrotu pieniędzy, grożąc, że jeżeli ich nie otrzyma w ciągu najbliższych dni "narobi mu bigosu". Roman M. nie obawiał się jednak tego. Wiedział, że stary człowiek ma do niego słabość i w końcu puści w niepamięć te "kilkadziesiąt dolarów".
   Tego dnia Ryszard W. był jednak w wyjątkowo złym humorze. Nie tylko zażądał natychmiastowej spłaty długu, ale zaczął robić złośliwe uwagi na temat żony Romana M. o której, z niewiadomych powodów, miał jak najgorszą opinię. Zwykł się wyrażać: "ta mała latawica". Kiedy więc i tym razem zaczął czynić aluzje dotyczące jej rzekomo "niejasnej przeszłości" Roman M. nie ścierpiał tego dłużej i uderzył go pięścią w głowę…
   - Nie mogłem pozwolić, by tak o niej mówił - Roman M. patrzył na przesłuchującego go milicjanta jak gdyby szukając u niego pomocy. - Nie miał prawa tak o niej mówić... - spuścił oczy. - Siedziałem na krześle i starałem się to bagatelizować. Był jednak coraz bardziej pijany. Śmiał się. Mówił: taka sama k… jak jej matka. Wtedy go uderzyłem. Jeden raz… Przewrócił się, ściągając obrus ze stołu. Stałem tak nad nim nie wiedząc co robić. Wtedy się podniósł. Z czoła spływała mu krew. Upadając, zahaczył chyba o róg szafki, na której stał telewizor. Powiedział: No uderz. Uderz. Uderz...
   Wtedy coś się ze mną stało… Na stole leżał przecinak. Był owinięty w szmatę do czyszczenia ekranu. Wziąłem go do ręki. Widziałem, że się boi. Nie przestawał się jednak uśmiechać… Podszedłem do niego. Wtedy chyba zrozumiał, w jakim jestem stanie. Nie wierzył jednak jeszcze, że mogę go zabić. Zaczął krzyczeć. Wzywać pomocy. Przewróciłem go i zacząłem bić, gdzie popadnie …- Roman M. ukrył twarz w dłoniach - Myślałem, że nie żyje… - można było odnieść wrażenie, że słowa te sprawiły mu ulgę. Po chwili zebrał się w sobie. - Usiadłem przy stole. Wypiłem wódkę, którą mi wcześniej nalał…
   I wtedy podniósł się ponownie! Wyglądał jak upiór! Powtarzał: Dlaczego mnie zabijasz, dlaczego? Rzuciłem się na niego i zacząłem go dusić. Najpierw rękami, a gdy dalej krzyczał, wziąłem sweter, który wisiał na oparciu i włożyłem mu w usta. Patrzył na mnie. Boże, jak on patrzył…! Wtedy stanąłem mu nogą na gardle. Z całej siły... Po chwili przestał charczeć i znieruchomiał.
   - Co było dalej?
   - Umyłem ręce w umywalce. - Roman M. powiódł przytomnym już wzrokiem. - Wtedy zobaczyłem, że mam podrapaną szyję. Wróciłem do pokoju. Wziąłem kieliszek i chowałem do teczki. Wziąłem też przecinak. Gdy się nachylałem, z teczki wypadła mi książeczka do opłat za czynsz. Upadła na podłogę, prosto w kałużę krwi. Owinąłem ją w gazetę i też schowałem do teczki. Wtedy spostrzegłem, że z kieszeni jego spodni wystają pieniądze. Były zwinięte. Wziąłem je i chowałem do kurtki.
   - Dlaczego?
   - Pomyślałem, że w ten sposób odwrócę od siebie podejrzenia… Pootwierałem też szuflady i przewróciłem kilka przedmiotów, które stały w pobliżu. Chciałem, żeby wyglądało to tak, jakby ktoś czegoś szukał…
   - Co pan zrobił z przedmiotami, które pan zabrał z mieszkania denata?
   Roman M. zastanowił się chwilę - Chyba wyrzuciłem…
   - To nie pamięta pan?
   - Byłem w szoku… Biegłem w kierunku domu. Starałem się nie wzbudzać zainteresowania - Roman M. podrapał się w głowę - Tak… Wyrzuciłem je w okolicach budowy. Tej naprzeciwko plant.
   - Wszystkie razem?
   - Chyba tak?!
   - Jest pan tego pewien?
   - …?
\
\\
   Mimo usilnych poszukiwań, funkcjonariuszom milicji udało się znaleźć jedynie kieliszek, który z całą pewnością należał do denata. W jednym z koszy na śmieci znaleziono też niemal całkowicie zwęgloną książeczkę opłat za czynsz. Na podstawie zachowanych fragmentów kartek udało się stwierdzić, że należała ona do rodziców Romana M. Nigdzie nie znaleziono jednak przecinaka…
   - W dalszym ciągu pan utrzymuje, że był pan sam w mieszkaniu denata?
   Roman M. wyglądał jeszcze gorzej niż podczas pierwszego przesłuchania - Byłem sam - powiedział
   - To dlaczego…? - Roman M. spojrzał na oficera milicji. - Jeszcze raz powtarzam. Nikogo więcej nie było. I niech tak zostanie… - Robert T. zrozumiał, że niczego więcej się już nie dowie.
   Roman M. uznany został za winnego zabójstwa i skazany na karę dwunastu lat pozbawienia wolności. Sąd uznał bowiem, że in tempore criminis miał on znacznie ograniczoną zdolność do rozpoznania znaczenia swego czynu i kierowania postępowaniem ze względu na infantylizm psychiczny i dysforię gniewną, w rozumieniu art. 25 §2 obowiązującego wówczas Kodeksu Karnego. Wyrok ten utrzymany został w mocy przez Sąd Najwyższy.
\\\*
   Siedzący naprzeciwko Roberta T. współpracownik podrapał się za uchem końcówką długopisu. - Panie majorze - zagadnął. Czy pan to rozumie?
   Robert T. podniósł wzrok zza sterty dokumentów - Bo ja nie… Co prawda jestem w stanie pojąć, że ktoś zabrał przecinak. W końcu przydatna rzecz… Mogę nawet zrozumieć, że naszego gogusia nie interesowały pieniądze, bo - powiedzmy… Swoje już zabrał. Dlaczego jednak resztki spalonej książeczki były w koszu stojącym z innej strony niż ta, w którą biegł sprawca…, tego nie rozumiem!
   Robert T. uśmiechnął się tylko - Mało masz roboty!?
Andrzej Skowron

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie