Sołtysi nad sołtysami

SUB
- Jesteśmy od wszystkiego, nawet od łopaty - mówi Bogusław Suwała z Mymonia. A Marian Harpula z Rogóżna dodaje: - Ludzie przychodzą do nas i z poważnymi sprawami, i z błahostkami.

Piotr Subik

Piotr Subik

- Jesteśmy od wszystkiego, nawet od łopaty - mówi Bogusław Suwała z Mymonia. A Marian Harpula z Rogóżna dodaje: - Ludzie przychodzą do nas i z poważnymi sprawami, i z błahostkami.

   Marian Harpula i Bogusław Suwała właściwie się nie znają. Spotkali się tylko raz, i to nie na rodzinnym Podkarpaciu, ale w Warszawie. Nie mają ze sobą wiele wspólnego, nawet ich wsie nie są podobne. Obu jednak coś łączy: znaleźli się w gronie dwunastu najlepszych sołtysów w kraju. - Wcale nie czuję się supersołtysem__i nie sądzę, żeby ktoś chciał mi z tego powodu postawić pomnik - śmieje się Harpula.
   Podobni są jeszcze w tym, że poświęcają wolny czas, by pracować na rzecz wiosek, mają po trzy córki (z tym, że Marian Harpula jeszcze dodatkowo syna) oraz obaj zasiadają w komisjach rewizyjnych macierzystych ochotniczych straży pożarnych.

Siódma kadencja

   W Rogóżnie (przeszło tysiąc stu mieszkańców) w okolicach Łańcuta, 67-letni dziś Marian Harpula był przybłędą: z sąsiedniej wioski, gdzie się urodził i wychował, przeniósł się na początku lat 60., gdy zmienił stan cywilny. Ani ojciec, ani dziadek, ani nikt z jego przodków nie był sołtysem, lecz ciągotki społecznikowskie, owszem, mieli. Chyba je odziedziczył, bo stoi na czele wsi już ćwierć wieku. Siódmą kadencję i nie wyklucza, że będą kolejne.
   Na początku większość drewnianych domów stała jeszcze pod strzechami, chodziło się po błotnistych ścieżkach, w nie najlepszej kondycji była główna droga przez miejscowość, usytuowana między ruchliwą szosą z Rzeszowa do Przemyśla i tak samo popularną linią kolejową - przedwojennym traktem żelaznym do Lwowa. Co rano stacyjka zapełniała się ludźmi: jechali zapchanymi pociągami do pracy do Rzeszowa.
   Przez te lata wszystko się zmieniło: pociągi jeżdżą puste, ludzie albo dotrwali do emerytury, albo stracili pracę, a krytego strzechą domu nie ma już żadnego, niewiele też zostało drewnianych.
   Przybył za to okazały kościół, dom strażaka, szkoła tysiąclatka, nie mówiąc już o: telefonach, gazie i kanalizacji.
   Sporo z tego to zasługa właśnie Harpuli, który jednak zastrzega się: - Gdyby nie zgodni ludzie, nic nie udałoby się zrobić.
   Zaczęło się od gazyfikacji wsi (był zastępcą przewodniczącego społecznego komitetu), utrudnianej na wszystkie sposoby przez partyjnych włodarzy za to, że odważono się stworzyć we wsi rzymskokatolicką kaplicę - w domu, w którym nikt nie chciał mieszkać, bo wcześniej zamordowano tam dwie osoby.
   - Wstrzymali budowę gazociągu. Jeździłem nawet do Komitetu Centralnego, miałem jechać do premiera Jaroszewicza, bo z pobliskiej wioski pochodził jego doradca, więc kontakt był, ale wpadłem na pomysł, żeby napisać list do Sejmu. I sprawa ruszyła. Potem udało się też załatwić reduktory, osobiście byłem po nie w fabryce w Tarnowskich Górach. Zakład gazowniczy dostawał wtedy dwadzieścia, a my pięćdziesiąt na jedną wieś - opowiada sołtys.
   Pierwszy raz gaz popłynął do gospodarstw w grudniu osiemdziesiątego pierwszego, sołtys pamięta dokładnie: dwunastego, w przeddzień wprowadzenia stanu wojennego...
   Przyszedł czas na kolejne inicjatywy. W centrum wsi wyrósł murowany kościół, a kaplicę o niechlubnej przeszłości rozebrano; wyasfaltowano drogę od toru do wiaduktu, przed którym, w ostatnich zabudowaniach, mieszka sołtys; rozbudowano szkołę oraz otwarto przedszkole.
   Na początku minionej dekady rozpoczęto starania o doprowadzenie telefonów, każdy z mieszkańców musiał ponieść koszt budowy pięciu słupów telefonicznych; telekomunikacja oddała to potem w impulsach. Wreszcie zadbano o wodociąg i kanalizację.
   Za wszystkim sołtys swoje wychodził, a najwięcej za zmianą, a właściwie za przywróceniem pierwotnej nazwy miejscowości, bo nie wiedzieć czemu w okresie PRL-u Rogóżno przechrzczono na Rogoźno. - Nie chcieliśmy, żeby nasza wieś nazywała się tak, jak piętnaście innych w Polsce. Rogóżno jest tylko jedno - podkreśla Marian Harpula.
   Wyszperał więc stare, osiemnastowieczne księgi parafialne, dokumenty gminy, której siedzibą przed wojną była wioska, wizerunki herbu, na którym widniały rogi, i zaczął starania. Chodził wszędzie: od samorządu po urzędy centralne, z ministerstwem włącznie; pisał pisma do Sejmu, Senatu, rzecznika praw obywatelskich, Rady Ministrów. Udało się.
   Nie trzeba było wymieniać tablic na początku i końcu wsi, bo zawsze była na nich właściwa nazwa. Tylko długo potem nie dało się kupić biletu na pociąg do Rogóżna, bo w kolejowych wykazach stacji wciąż widniała błędna.

Cztery lata

   Takich problemów nie miał, na szczęście, Bogusław Suwała, 43-letni sołtys Mymonia, także jedynej wsi o takiej nazwie, zamieszkiwanej przez blisko trzystu siedemdziesięciu ludzi.
   Latem Suwałę często można spotkać w barze, ale nie ze względu na słabość do alkoholu, lecz dlatego, że prowadzi go wraz z żoną, podobnie jak sklep w sąsiednim Besku, w połowie drogi między Krosnem a Sanokiem. Daleko mu do kolegi spod Łańcuta, bo ogłoszono go sołtysem zaledwie cztery lata temu, ale przez ten czas swoje zrobił.
   Miał skąd czerpać społecznikowskie wzorce, bo matka była sołtyską Mymonia w latach 80., przez dwie kadencje. Po raz pierwszy społecznie zaangażował się, jako murarz z zawodu, w budowę kościoła. W połowie poprzedniej kadencji samorządu wiejskiego wybrano go jako następcę sołtysa, którego wiek zmusił do rezygnacji.
   Już wcześniej czynił starania o przebudowę drogi powiatowej przez wieś, na której karkołomnie trzeba było omijać dziury. Ludziom się to spodobało i postawili na niego.
   - Zawsze byłem chętny do pracy. A czasy są takie, że trzeba samemu rzucić ziarenko, wtedy gmina dorzuci nam dwa następne i wszystko uda się zrobić - opowiada Bogusław Suwała. Wrócił właśnie z Austrii, gdzie od czasu do czasu dorabia na budowach. We wsi wówczas zastępuje go żona.
   Dzięki temu zamiłowaniu do pracy społecznej pracuje na równi ze wszystkimi.
   - Sołtys jest od wszystkiego, nawet od łopaty. Czasem trzeba wstać wpół do piątej, a do domu wrócić o zmroku. Poświęcając własny czas, a nawet rodzinę, bo sołtysem nie da się być tylko na papierze - podkreśla.
   Dlatego udało się wyremontować ową drogę, wynegocjować z mieszkańcami przebieg kanalizacji sanitarnej, zadbać o cmentarz parafialny, a także o stary, wojenny, gdzie w lesie spoczywa kilka tysięcy żołnierzy, podreperować trakty do pól, które są największą bolączką rolników, dokończyć budowę ładnego domu ludowego, która ciągnęła się latami, a przede wszystkim, z czego sołtys jest chyba najbardziej dumny, ocalić od rozbiórki stary i zamienić go na klub młodzieżowy. - Teraz przychodzą tu i mali, i duzi, chcący normalnie spędzić czas. Mamy komputery, Internet, telewizor, DVD - _szczyci się sołtys. - _A przy tym, najważniejsze, nie zniweczono dzieła naszych ojców.

Wykształcenie i doświadczenie

   Stanisław Lawera, wiceprezes Krajowego Stowarzyszenia Sołtysów i szef Stowarzyszenia Sołtysów Województwa Podkarpackiego, od 14 lat rządzący Tarnowcem koło Jasła, przyznaje, że bycie sołtysem to zaszczytna, ale wcale niełatwa funkcja.
   - Oczekiwania ludzi zwiększają się, podobnie jak mizeria finansowa samorządów - mówi.
   W całym kraju jest blisko czterdzieści tysięcy sołtysów, na Podkarpaciu - dwa tysiące, większość stowarzyszona. Są różni: najstarszy stażem w regionie sołtysuje już od czterdziestu lat, jeszcze innego wybrano ostatnio krótko po tym, jak wkroczył w dorosłość. Nie ma żadnej reguły: stary czy młody, z rodziny od wieków związanej z miejscowością czy napływowy. Byle była to osoba zaufania społecznego.
   - Pewne jest jedno: wśród sołtysów nie ma ludzi z łapanki. To osoby albo z wyższym wykształceniem, albo bez niego, ale za to z dużym doświadczeniem życiowym - twierdzi Stanisław Lawera.
   W środowisku wiejskim sołtys to przede wszystkim - obok radnego, ale nie wszystkie sołectwa mają swoich reprezentantów w samorządach gminnych - łącznik pomiędzy wójtem lub burmistrzem a mieszkańcami. Do tego wybierany w wyborach bezpośrednich, tak samo jak prezydent państwa. Bohater, ale i szaleniec: w dobrym tego słowa znaczeniu; zderzak w stosunkach między lokalną władzą a społeczeństwem. - Właśnie jemu przypisywane są wszystkie złe rzeczy, a dobre już nie bardzo - _mówi Lawera.
   Sołtysi mają przeróżne zadania, na przykład liczenie gniazd bocianich albo dachów krytych eternitem.
   Marian Harpula podkreśla, że każdy sołtys przede wszystkim powinien być człowiekiem, chociaż obecnie to nie jest łatwe. Musi też potrafić dogadać się z innymi. - _Bo ludzie przychodzą do nas i z poważnymi sprawami, i z błahostkami, nawet głupotami - _mówi.
   Musi żyć dobrze z ludźmi, dlatego czasem woli się wycofać z rozmowy, niż prowokować awanturę. Chociaż kilka lat temu został nawet pobity: w czasach, kiedy podczas żniw do kombajnu ustawiały się tłumy, usiłował na krewkim rolniku wymóc dyscyplinę w kolejce. Wtedy przez głowę przemknęła mu myśl, żeby dać sobie spokój z pracą na rzecz ogółu.
   - _To niezbyt popularna obecnie postawa
- przyznaje Bogusław Suwała. - Wielu ludzi mówi, że czasy czynów społecznych dawno się skończyły. Na szczęście, w mojej wsi jeszcze jest inaczej...
   Tak samo mówi Marian Harpula.

Społecznicy zmobilizowani

   Obaj supersołtysi głowią się na co dzień, jak sprawić, żeby drogi w ich miejscowościach - i te główne, i te mniej ważne - były w lepszym stanie.
   W Mymoniu trzeba wyasfaltować dojazdy do kościoła i domu ludowego, poprawić drogi polne, bo na niektórych nie radzą sobie nawet traktory.
   Sołtys Rogóżna myśli przede wszystkim o drodze przez wieś, nadmiernie dziurawej, i Świętym Jeziorze, na tak zwanym Zaolziu (ta niby-Olza to szosa do Rzeszowa). Na razie oczkiem wodnym opiekują się wędkarze, a mógłby tu powstać ośrodek rekreacyjny z prawdziwego zdarzenia. Przynajmniej tyle, bo budowa pola golfowego (była odpowiednia działka: mienie wiejskie, dwadzieścia trzy hektary pastwisk, o które dawniej wręcz się bito, potem stały odłogiem, a teraz dzierżawione są pod rzepak) nie wypaliła: nie znaleziono sponsora.
   Udało się za to stworzyć park wiejski, rosną w nim już lipy i tuje. - Może chociaż to pozostanie dla potomnych po sołtysie z Rogóżna - śmieje się Harpula.
   Chociaż ludzie nie myślą stawiać mu pomnika, pamiętać go będą dzięki kapliczce świętego Józefa, patrona parafii, zbudowanej w miejscu kaplicy za pieniądze, które zostały z kanalizacji, z datków mieszkańców, ale też z jego prywatnej kieszeni.
   W Mymoniu nie ma parku, ale wieś ma las. Mało się tam ostatnio dzieje, bo osiedlił się w nim orlik krzykliwy. Podobno jednak ostatnio zmienił miejsce gniazdowania i jest szansa, że las znów da pracę bezrobotnym - kobietom przy pielęgnacji, mężczyznom przy ścince.
   Dla Mariana Harpuli tytuł Sołtysa Roku to ogromny zaszczyt. Większy nawet niż spotkał go po czterdziestu latach pracy zawodowej, na niemal wszystkich stanowiskach - od montera, po samodzielnego konstruktora i kierownika filii w rzeszowskim WSK. - Dali mi wtedy zegarek, który się zaraz zepsuł, i pięćset złotych emerytury - mówi.
   Może teraz z dumą - choć człowiek to skromny - wsiąść na rower i rozwozić po wsi nakazy podatkowe.
   Podobnie dumny ma prawo być też sołtys Suwała, chociaż akurat zwykle nie porusza się na dwóch kółkach, tylko firmowym samochodem żony. Nagroda również zmobilizuje go do dalszej pracy.
   Nagrodzonego Harpulę pokazali w telewizji i gazetach, nagrywali dla radia, sołtys Suwała odbierał liczne telefony z gratulacjami od znajomych.
   Dzieciom, które zaprosiły go, by opowiedział o swej pracy, kupił trzy kilo cukierków. Aż nadto, bo w malutkiej szkole, od zerówki do trzeciej klasy, uczy się ich tylko siedemnaścioro.
   Obaj czują się docenieni za swoje zaangażowanie w życie wsi. Oczywiście, społeczne. Pracują przecież tylko dla takiej satysfakcji. - Krążą opowieści o horrendalnych zarobkach sołtysów, ale można je włożyć między bajki - podkreśla Stanisław Lawera.
   Jego zdaniem na sukces sołtysów złożyły się dwie rzeczy: ich praca oraz mądrość wójtów, bo nie wszyscy oni chcą wystawiać kandydatów w obawie o konkurencję do zasług.
   Z roku na rok coraz trudniej być sołtysem. Choćby dlatego, że na początku polskiej samorządności każde sołectwo samo dysponowało finansami, a teraz może na to pozwolić, ale nie musi, gmina.
   - Za komuny trzeba było wiele załatwiać, a teraz wszystko jest, prócz pieniędzy. Ale jeszcze nie było takiej rzeczy, której by mi się nie udało osiągnąć - mówi Marian Harpula.
   Pewnie dlatego mieszkańcy rodzinnych Nowosielec chcą, żeby tam wrócił i jeszcze dla nich coś zrobił.

Najlepsi na czele wsi

   Od trzech lat tytuł Sołtysa Roku przyznaje redakcja ogólnopolskiej "Gazety Sołeckiej" wraz z Krajowym Stowarzyszeniem Sołtysów. W tym roku do nagrody nominowano 380 osób. Tytuły Sołtysa Roku 2004 przyznano niedawno 12 z nich, prócz Mariana Harpuli i Bogusława Suwały, również przedstawicielom Małopolski: Dorocie Molendzie z Czapli Wielkich (gmina Gołcza) oraz Józefowi Tokarzowi z Zarzecza (gmina Łącko). Wśród 32 wyróżnionych sołtysów, jedenastu pochodzi z województwa podkarpackiego. Nagrody wręczono pod koniec kwietnia br. w siedzibie parlamentu w Warszawie.
(SUB)

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie