Spokój odświętny

Redakcja
Udostępnij:
Spotykałem go w minionych 14 latach, od kiedy dostał nagrodę w czasie Przeglądu Piosenki Aktorskiej, wielokrotnie; gdy z nadzieją nagrywał swoją pierwszą płytę, która szybko zdobyła miano złotej, gdy był rozgoryczony po recitalu w trakcie wrocławskiego PPA, i entuzjazmującego się nagrywaną płytą, która miała przynieść mu uznanie na rynku amerykańskim. Rozmawiałem z Michałem Bajorem w chwilach jego zwątpienia i radości. Taki też radosny, choć nie wolny od lęków - bo i któż ich nie ma - pojawił się artysta ostatnio w Krakowie, dając dwukrotnie znakomity recital w Teatrze im. Słowackiego.

Zwierzeń Michała Bajora wysłuchał Wacław Krupiński

- Czym jest dla Ciebie szczęście, definiujesz je choćby na własny użytek czy traktujesz intuicyjnie?
- Prędzej to drugie, wykalkulować szczęścia się chyba nie da, mam jednak wrażenie, patrząc na swoje ostatnie 20 lat życia, że jestem człowiekiem szczęścia. Na czym to polega? Chyba na tym, że zawsze spadałem na przysłowiowe cztery łapy - mimo osób i sytuacji mi nieprzychylnych, mimo moich pomyłek czy to zawodowych, czy w życiu prywatnym, które wiodę wciąż solo.
- Czy to oznacza, że zawodowy sukces stawiasz wyżej od tzw. szczęścia osobistego?
- Odpowiem tak - sukces zawodowy pozwolił mi zapomnieć o tym, że mógłbym być nieszczęśliwy, gdybym go nie miał. Mógłbym bardzo siebie nie lubić za wybór, jakiego dokonałem, za to, że jestem sam. Na szczęście praca, zawirowanie wokół mojej osoby, ilość propozycji, koncerty, nagrania - wszystko to daje mi odskocznię. Myślę, że gdybym nie miał tego sukcesu, mógłbym się stoczyć; byłbym na przykład**alkoholikiem, a może tylko bym siedział gdzieś po kątach jako niespełniony aktor, rozgoryczony i nienawidzący wszystkich, którzy mieli to szczęście, że grając odnieśli sukces. Powiem więcej - jestem bardzo niespokojny o moją przyszłość, o której, od kiedy skończyłem 40 lat coraz poważniej myślę. Kiedy mam takie dwa, trzy dni, że siedzę w domu i nie mam nic do roboty, to przychodzą mi do głowy głupie myśli i nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić. To bardzo niebezpieczne.
-
Czyli spełnienie artystyczne wystarcza Ci, by powiedzieć - tak jestem szczęśliwy.
- Na pewno nie jestem nieszczęśliwy. Jestem człowiekiem spełnionym, dzięki poczuciu, że jestem potrzebny i niezależny. Czy to już szczęście?
- Trudno zostać artystą szczęśliwym?
- Wiesz, pewnie najfantastyczniej jest mieć siedmioro dzieci jak Mel Gibson, kilkaset milionów dolarów na koncie, i uwielbienie ludzi na całym świecie. Ale my żyjemy w innym kraju. Zresztą wszędzie każdy sobie wybiera podstawę do szczęścia; dla jednych będą to dzieci i wnuki, praca i stabilność, dla innych - tylko sukces zawodowy, są wszak i kobiety, które poświęcają się tak niesamowicie zawodowi, że zapominają o rodzeniu dzieci. Nie było mi trudno zostać artystą szczęśliwym; od 16 roku życia dawano mi możliwości odkrywania się, spełnienia, prezentowania tego, co potrafię w filmie, w teatrze, jako piosenkarz i jako śpiewający aktor.
Kiedyś w końcu będziesz sam
nieodwołalnie sam,
sam wobec paru pytań
znasz je dobrze,
równie dobrze, jak ja znam:
czy cię pokochał świat?
Czy ślad po tobie, ślad
zostanie? Czy zginie
- śpiewa Michał Bajor na ostatniej płycie słowami Wojciecha Młynarskiego w piosence "Artysty smutny walc".
- W życiu nie ma niczego gratis, sukces ma swoją cenę...
- To pewnie wyjdzie po latach. W momencie, gdy będę już starszy, spojrzę do tyłu, co po mnie zostało; okaże się, że płyty, tylko te płyty. Jak w piosence Młynarskiego, którą przywołałeś.
-
Ale sukces artysty okupiony jest i stresem, i zawiścią środowiska, i lękiem, i goryczą... Jak sobie z tym radzisz?**
- Tupię nogami, dzwonię do kilku znajomych, wywnętrzam się, że to straszne, co spotkało mnie czy kogoś innego, że to świństwo, ale potem nadchodzi kolejny dzień, recital, na sali - 500-700 osób, na końcu owacja na stojąco - i wszystko ucieka. I to jest ten swoisty narkotyk, który pozwala, mimo wszystko, iść do przodu. Dlatego boję się przerw, bo jeśli wówczas zdarzy się w życiu coś złego, to być może nie wrócę do równowagi. I tę równowagę daje mi praca. Mam to po ojcu, który - wiem to - w momencie, kiedy przestanie być aktywny, umrze. Jako aktor lalkowy po przejściu na emeryturę przez wiele lat prowadził zespoły dziecięce, żeby nie zwariować. Teraz ma 73 lata i nadal nie potrafi nie być aktywny. Tak na dobrą sprawę to mój dom postawiłem dla niego; w lecie zajmuje się ogrodem, w zimie przyjeżdża i pilnuje domu. I nawet, jak wraca do siebie do Opola, żyje tym domem, myśli o nim. Tacy jesteśmy. A mój brat, też aktor, już tego nie ma; on może usiąść, zrelaksować się. Moim nieszczęściem jest to, że ja nie umiem się zrelaksować, ja nawet nie umiem być na wakacjach. Dlatego wyjeżdżam na dwa i pół miesiąca do Ameryki i jestem w ośmiu stanach. Mówią mi, czyś ty zwariował, to męczące. A ja tylko tak mogę odpocząć. Muszę być w samolocie co tydzień, jechać do innego miasta, mimo że tam byłem już 15 razy, do kolejnych znajomych. Bo ani ja bym z tymi samymi ludźmi nie wytrzymał dłużej, ani oni ze mną. Mam tam tylu dobrych znajomych dlatego, gdyż oni wiedzą, że nie zwalę się im na głowę na dwa miesiące, by zatruwać im życie swoimi humorami starego kawalera.

\\\*

Prawdziwe narkotyki nigdy go nie pociągały, bodaj raz, jak był studentem, spróbował, w głowie mu się zakręciło, chorował, nigdy potem do nich nie wrócił. Z alkoholem też nie ma kłopotów, choć przyznaje, że był okres, kiedy mu się wydawało, że i po trzecim drinku nic się nie stanie, potem był czwarty... Aż ktoś mu zwrócił uwagę, że potem będzie i piąty... Kiedyś dużo palił, teraz podpala jedynie w czasie wakacji. Po czym wsiada do samolotu i zapomina o papierosach.
Ameryka. I on - jak wielu artystów - uległ jej magii. Pojechał tam z Teatrem Ateneum, potem już sam. Opowiadał o tej fascynacji w wywiadach, potem podjął próbę wejścia na tamten rynek z płytą. - Ameryka to kraj, który wciąż daje szanse, daje nadzieje - i to każdemu. W każdym wieku - słyszałem od niego pod koniec 1991 roku. - _Jest coś takiego w Stanach, że wszyscy mówią "na pewno", a nie "może", że każdy próbuje i jest przekonany, że właśnie jemu uda się na pewno. Mimo że większości się nie udało...". _Jemu również się nie udało. Dawał sobie dwa lata na zdobycie Ameryki. Wycofał się, ale fascynacja, mimo porażki, pozostała. Odwiedza ten kraj regularnie.

\\\*

- Tej płyty "Kings and Queens" byłeś współproducentem wykładając na nią wszystkie oszczędności i pokładając w niej wielkie nadzieje. Nie wyszło...
- A było bardzo blisko... Ta porażka długo we mnie tkwiła, bo ja wiem, że to naprawdę dobra płyta, zrobiona zawodowo, i drogo, jak na tamte czasy, ale byłem pierwszy, który się odważył nagrać płytę po angielsku. I to ja - "ten od poezji". Może gdyby to się stało dziś, nie byłoby w kraju takiej sensacji, takiej niezdrowej otoczki, a i chęci, by mi pokazać, że się za daleko posunąłem. W Ameryce płyta była pokazywana wielu producentom, ci mówili, że to bardzo piękny głos, bardzo interesujący facet, piękne piosenki, ale my mamy takich stu...
- Przecież wiedziałeś wcześniej, że tak jest...
- _Tak, ale i sądziłem, że zainteresuję tę inną nację kulturową sobą, moją wrażliwością, repertuarem. Nie ma co opowiadać, nie udało się, nie mogło się udać, tam wszak nawet Julio Iglesias musi śpiewać angielskie kawałki. Ani Brel, ani Aznavour nie zrobili tam kariery.
Niepowodzenie na rynku amerykańskim było faktycznie takim okresem mojego załamania się, tym bardziej że i w Polsce płyta wpadła w czarną dziurę. A ja wciąż wierzę, że ta płyta kiedyś wyskoczy - już nie w świecie, ale w kraju, mój producent, firma MTJ zamierza w przyszłym sezonie ją wznowić.
- A zarazem Ameryka - mimo porażki - ciągnie Cię nadal, bo wciąż kusi niespełnione?
- _Tak, bo ją pokochałem, również za to, że pokazała mi, kim jestem, gdzie są moje korzenie, gdzie jest moje miejsce jako artysty, gdzie mam prawdziwych odbiorców; żebym nie wiem, jak pięknie zaśpiewał po angielsku "Ogrzej mnie", oni nigdy tego nie odbiorą tak, jak Polacy. Mam szacunek za to, że mnie nie oszukała, mógłbym tam być pięć lat, śpiewać po klubikach...

\\\*

- Amerykanie, z ich indywidualizmem, ich niezależnością, są mi bardzo bliscy, oni żyją dniem dzisiejszym, jak ja - podkreśla Michał. - Nie patrzę wstecz, nie myślę o jutrze. Musiałbym myśleć o nim, gdyby wokół mnie była rodzina, ale żyjąc samotnie... Ale - dodaje po chwili jakby się tłumacząc - żyję bardzo godnie, nikomu nie robię krzywdy, jeżeli to sobie, za co będę spijał soki za ileś lat...
I tak powraca motyw samotności. Zatem rozmawiamy o samotności w wymiarze ekonomicznym (- To sobie zabezpieczam, by w momencie, gdy nadejdzie starość, było mnie stać na cichy, schludny dom, w Ameryce, a może w Polsce, może w Skolimowie, gdzie są moi profesorowie), jak i psychicznym. - By nie przeżyć rozczarowania, że było miło i bezpiecznie; i oto wszystko się skończyło i nie ma nikogo, kto by był obok. Mam paru chrześniaków, a i bliskich osób, które się będą starzały razem ze mną, myślę zatem, że będzie przyjemnie... Byle zdrowie dopisało.
Na szczęście niewiele jest czasu na nie najweselsze refleksje. 130 koncertów rocznie, trasa związana z promocją ostatniej płyty "Uczucia".
Równocześnie coraz częściej powtarza Michał ostatnio, że śpiewa do pięćdziesiątki i koniec. Czy wierzy, że zostanie wierny tej deklaracji? - Słyszałem ostatnio, że na nic ta wierność, bo i tak nie pozwoli mi na to moja publiczność - odpowiada przewrotnie.

\\\*

- Na konferencji prasowej mówiłeś, że nie chcesz etykietek "aktor śpiewający" czy "piosenkarz". Po prostu Michał Bajor - jak Ewa Demarczyk, Edyta Geppert, Marek Grechuta, Grzegorz Turnau. Nie boisz się, że po takim wyznaniu, ktoś powie megaloman?
- Ktoś, kto mnie nie lubi, może i powie, ale nie moja publiczność. Nie to nie megalomania, to świadomość tego, w którym jestem miejscu. Co miałbym powiedzieć, że jestem jednym z wokalistów pop? Mówiąc, że stoję obok Demarczyk i Geppert mówiłem o repertuarze i o niezależności, o tym, że istniejemy poza modą, że mamy stałą i wierną publiczność. I wbrew pozorom liczba ludzi wrażliwszych może nawet się zwiększa.
- Wykonujesz "Grande Valse Brillante" z repertuaru Ewy Demarczyk...
_- _Od młodości słuchałem jej piosenek, chodziłem na jej recitale marząc, by właśnie tę piosenkę zaśpiewać... Teraz w ukłonie dla Ewy Demarczyk ją nagrałem.

\\\*

Wie, że wykonuje zawód, o którym się mówi, plotkuje itp. - Wydaje mi się, że szacunek, który sobie zyskałem zawodowo i prywatnie, wynika z tego, że konsekwentnie nie kombinuję, nie prowokuję skandali. Ani nie ogłaszam swoich ślubów, ani swoich samotności. Opinię o sobie tworzę głównie na scenie.
Za to sam, w listach, pisanych niemal wyłącznie przez dziewczęta, poznaje najtajniejsze cudze sekrety; bo rzadko są to prośby o autograf, to listy o życiu tych dziewcząt, ich przeżyciach, o tym, jak piosenki pomogły coś zrozumieć albo ujrzeć świat lepszym. - Bardzo niezwykłe, aż krępujące czasami są te wyznania opisujące losy, nad którymi nie mogę się skupić, bo mam swój, który mnie gna i pcha do przodu...

\\\*

Nie ciągnie go już do kina, bo jego kino się skończyło. Nie kusi go teatr, bo jak wyznaje szczerze, już by się jego rygorom nie umiał poddać, scena wymaga zespołowego działania, a jego już "zdemoralizowała" estrada, będąc solistą buntuje się przeciw rozmaitym rygorom, jakie narzuca scena. Ale czasami jeszcze grywa. - Teatr dramatyczny już mnie tak nie elektryzuje, jak mój teatr piosenki. Natomiast żal mi, że nie ma filmów, w których mógłbym brać udział; te, które powstają, to nie są moje filmy. Teraz bierze się aktora, daje mu się pistolet do ręki, pisze się parę brzydkich słów i ten aktor gra w 12 filmach tę samą rolę. Choć to często są świetni aktorzy i mogliby grać co innego...
Pozostają zatem piosenki, najczęściej podsuwane przez kompozytorów. - Bardzo często tekst, który mi się podoba, kompozytorzy odrzucają, bo jest niemuzyczny, a bywa, że tekst mnie wydaje się taki sobie, a kompozytor dostrzega, że to będzie świetna piosenka. Tak było z "Nie chcę więcej" - Korcz przeczytał i powiedział "To się będzie świetnie śpiewało". Ja jestem intuicjonistą, nie rozbieram tekstu literacko, nie analizuję. Przygotowując piosenkę kieruję się intuicją, klimatem, emocjami. Interpretacja przychodzi dopiero w miarę kolejnych wykonań. Dlatego tak nie znoszę premier. I dlatego odrzuciłem już dwukrotnie propozycję prowadzenia zajęć w warszawskiej Akademii Teatralnej. Nie czuję się jeszcze na siłach, by przekazać swoją wiedzę młodszym. Jestem intuicjonistą na tyle nieświadomym, w jaki sposób uzyskuję efekty, że mógłbym jedynie swoje kopie stwarzać. A sztuką pedagoga jest pokazanie poprzez swój artyzm którędy dojść.
Michał Bajor, jak wielu artystów, stale porywa się na nowe plany. Nie udało się z amerykańską płytą, nie udało się z musicalową wersją "Hamleta", a marzyło mu się, by śpiewać w niej z... Lizą Minelli, z czego kiedyś na tych łamach się zwierzał. (A teraz dodaje, że może dobrze, że z tego "Hamleta" muzycznego nic nie wyszło. - Może to nie był dobry pomysł, może byłby skandal...?).
Obecnie ma nowy plan: widowisko poświęcone jednemu z wielkich artystów, który już odszedł. Chodzi od drzwi do drzwi, szuka pieniędzy, realizatorów. Ale rozmawiamy o tym jedynie prywatnie. - I Sprawa z "Hamletem", i płyta nauczyły mnie, że muszę być naprawdę pewien, że projekt wypali, by go chcieć wykonać, by o nim mówić. Bo inaczej będę się ośmieszał. Przed trzydziestką czy nawet po jej skończeniu mogłem pleść, o czym marzę; udało się - fantastycznie, nie - trudno. Ale teraz jestem już za dojrzały...
- Chcesz powiedzieć, że z wiekiem trzeba być bardziej...
- ... ostrożnym. Bo jest grupa ludzi, która czeka, by się pośmiać z niepowodzenia, choć naturalnie są i ci, którzy powiedzą - szkoda że się nie udało.

\\\*

Na szczęście po ostatnią płytę Michała sięgnęło 50 tysięcy osób, właśnie odebrał za nią Złotą Płytę, a ma zamiar walczyć o platynę, i tylko radość z tego zakłóca mu brak nominacji do Fryderyka. - To skandal. Cóż, jak mówi Krysia Sienkiewicz: "Nie jestem z tego bankietu". Płytę wydałem w małej, niezależnej wytwórni, która nie uczestniczy w rozmowach, w czasie których zapadają decyzje o tych nagrodach. Ale mam wytwórnię, gdzie nie jestem jednym z wielu i świetnie się w niej czuję.
- To czego zazdrościsz innym artystom?
- Nie nagród. Wydarzeń. Pracy. Widzę "Crazy for you" Józefowicza i myślę, cholera, że ja nie umiem stepować, to bym, jak Kordek, mógł wejść w zastępstwo...
- Rozmawiamy tydzień przed świętami, z czym Ci się kojarzą?
- Dwa razy w roku dochodzi do takiego spotkania konsolidującego ludzi, oczyszczającego. Myślę, że nawet w złych ludziach wyzwalają się wtedy nie znane im pokłady uczuć. W święta zawsze chcę być w kręgu rodziny, raz spędziłem je w Nowym Jorku - było okropnie. A zarazem to taki okres zawodowego wyluzowania się; można się położyć w piżamie, nic nie robić, oglądać filmy. Niby mógłbym to robić, gdy mam wolny dzień, ale nie potrafię. I tylko w święta jestem spokojny - mimo że nic się nie dzieje, że nie dzwoni telefon, nie przychodzą mi do głowy żadne głupie myśli.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie