Sportowcy w świątyni

Redakcja
Katarzyna Kobylarczyk: 120 lat krakowskiego "Sokoła"

Sportowcy w świątyni

Katarzyna Kobylarczyk: 120 lat krakowskiego "Sokoła"

Sportowcy

w świątyni

W 1910 r., podczas Zlotu Grunwaldzkiego, dziesięć tysięcy sokołów maszerowało ulicami Krakowa na Błonia. Wielu przekradło się tu z innych zaborów,

ryzykując więzienie i dotkliwe kary.

   Świątynia ma 120 lat i ściany z czerwonej cegły. Stoi przy ulicy Piłsudskiego. _- Ludzie uważają, że sport jest po to, żeby chłopcy się wyżyli, a dziewczynki nabrały figury. A to przecież nie wszystko - _tłumaczy prezes świątyni.
   Jest rok 1895, Kraków tkwi pod zaborem austriackim. Edward Kubalski to wątły i wykończony egzaminami student prawa. Za namową przyjaciół wstępuje do Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół", które od dziesięciu lat istnieje w Krakowie. "Kiedy wszedłem do gmachu i ujrzałem pięknie przez Tucha wymalowaną salę gimnastyczną ze szczytnymi hasłami ody Mickiewiczowskiej nad fryzem, uczułem się radośnie pośród tłumu gimnastyków, z których bił pęd młodości, energii i siły" - napisał w swoim pamiętniku.
   Jest rok 1946, skończyła się wojna. Ojciec mówi do Andrzeja Pawłowskiego: "Synu, musisz uprawiać sport". Andrzej idzie w ślady ojca i dziadka Jana, lwowskiego kupca i zapisuje się do "Sokoła". 31 lipca 1947 r. UB opieczętuje krakowską Sokolnię, rok później, bezprawną decyzją sądu związek przestanie istnieć.
   Jest rok 1982, trwa stan wojenny. Koledzy żartują z Konrada Firleja, studenta prawa: "Pewnie zakłada organizację podziemną, jakiegoś nowego Orła Białego". Odpowiada, że jakby już miał coś zakładać, to prędzej "Sokoła".
   Jest rok 2000. Sześcioletnia Zuzia lubi wspinać się po framugach drzwi i mama martwi się, żeby nie zrobiła sobie krzywdy.

Luty 1895:

piramida na Rysach

   Na sali wrze jak w ulu.
   Ktoś kręci "olbrzyma" na drążku, pod galerią siłacze dźwigają żelazne kule ciężarów, pięknymi skokami imponują Hoffman i Wojtyczko. W kącie na materacach miota się dwóch ludzi w zapasach francuskich, których mistrzem jest znany zapaśnik Pytlasiński. Sprowadzony z Wiednia policyjny trener uczy zasad jujitsu.
   Edward Kubalski jest zachwycony. "Cały zespół młodych, harmonijnie ukształtowanych gimnastyków wzbudził we mnie szczerą admirację, wydali mi się bowiem wszyscy podobni do helleńskich herosów" - pisze.
   Sam też ćwiczy intensywnie, wyładowuje młodzieńczą energię, rosną mu bicepsy i tricepsy. - Co za osioł wziął pana do rezerwy! - _denerwuje się austriacki oficer na komisji lekarsko-wojskowej.
   Kubalski ma talent do pióra. Układa pobudkę, która zaczyna się od słów: "Kto Sokołem wzlatał za młodu, kto miłością nie objął swej ziemi". Na zlocie w Suchej Beskidzkiej ktoś cytuje ją w trybuny: - _Jak powiada nieśmiertelny wieszcz…

   - Nie wiesz, kto to napisał? Czy Mickiewicz? - _szeptem pyta Kubalskiego sąsiad.
   
- Niestety, tylko twój sąsiad w szeregu z prawej strony - prostuje skromnie.
   W zwykły dzień pochłania go robota. Czasem, w ramach psiego figla, sokoły potrafią przeciągnąć pozostawiony wóz z meblami na inną ulicę… Z workiem na plecach, w stroju góralskim i ciupagą w ręce chodzą po Tatrach, a że młodzieńcza energia rozsadza ich mięśnie, na szczycie Rysów układają jeszcze z siebie gimnastyczną piramidę. W ramach "unaradawiania systemu wychowania fizycznego" naczelnik Szczęsny Ruciński układa ćwiczenia lancami, kilofami, ciupagami i kosami. "Od tego już tylko krok do późniejszego karabinu, bo przecież broń i wyzwolenie - to był właściwy cel naszych marzeń" - pisze Kubalski.
   W 1908 r. organizują się pierwsze drużyny polowe "Sokoła", które ćwiczą się we władaniu bronią, w musztrze, w manewrach.
   W 1910 r., podczas Zlotu Grunwaldzkiego, dziesięć tysięcy sokołów maszeruje ulicami Krakowa na Błonia, na wybudowany tam stadion. Wielu przekradło się tu z innych zaborów, ryzykując więzienie i dotkliwe kary. O zmierzchu na boisko wchodzą oddziały drużyn polowych. "Wtedy wszystkich nas wówczas jeszcze niewolnych przeszedł ten święty dreszcz, bo zdawało nam się jakby Nike z _Nocy Listopadowej
Wyspiańskiego wionęła koło nas ze swym nieśmiertelnym w Polsce hasłem: Do broni!".

Maj 2005:

rycerze są dla chłopców

   Na sali wrze jak w ulu.
   Zuzia, ta, która wspinała się po framugach, ma już 11 lat i od pięciu lat trenuje akrobatykę. Od roku jest w "Sokole", właśnie robi piramidę ze starszymi koleżankami: Pauliną i Karoliną. - Tu zaszłam dużo dalej, bo w poprzednim klubie pani sobie olewała - _chwali się. Wcześniej nie mogła zrobić skłonu. W Sokolni trenerka zaczęła ją naciągać i teraz Zuzia zrobi już nie tylko skłon, ale nawet szpagat.
   Młode akrobatki ćwiczą dziś na górnej sali: salta, przewroty… Mają od kilku do kilkunastu lat. Ania chce do czegoś w sporcie dojść, np. wystartować w mistrzostwach świata, Karolina wybiera się na AWF, Ula marzy o karierze gimnastyczki.
   Część złożyła ślubowanie. Zebrały się na dużej sali, ktoś czytał tekst sokolej przysięgi, a one powtarzały: "Ślubujemy!". - _Ale czytał bardzo cicho i nie pamiętam co - _mówi jedna
.
   W tekście ślubowania jest mowa o rycerskich zasadach, które trzeba wyznawać całym swoim życiem, o szacunku dla rodziców i solidnym wykonywaniu swoich obowiązków, o obronie słabszych, o dbaniu o piękno ziemi ojczystej, służbie Bogu i Ojczyźnie.
   - _Rodziców to tak. O piękno - tak sobie. Ojczyźnie - nie wiem - _odpowiada Monika. Owszem, pomaga słabszym: młodszym koleżankom pokazuje, jak prawidłowo wykonać układ gimnastyczny.
   Michalina Klasa, dziesięciolatka, nigdy nie wyrzuca papierków na chodnik, a słabszym ustępuje miejsca w autobusie.
   W szkole dwóch chłopaków biło młodszego: Martyna Sikora, dwunastolatka, podeszła, powiedziała, że to nie fair. Nie pomogło: powiedziała jeszcze raz. Potem poszła do pani. - _Trzeba być odważnym, a jak coś się zacznie - doprowadzić do końca. I szanować nasze godło, polski język. Czemu? No, bo tak! - _deklaruje.
   
- Najtrudniej powiedzieć, co to są te rycerskie zasady. Może, żeby jak trenerka mówi "Weź się za siebie", to jej posłuchać? - zastanawia się Ania Lisowska. - _Ale rycerze to chyba bardziej dla chłopców. Trzeba by ich spytać.

Maj 1989: z sufitu się leje

   Jest rok 1989. Gimnastyczka Stefania Solarz dołącza do grupy osób, które chcą reaktywować "Sokoła". To już trzecia, wreszcie udana próba odtworzenia zlikwidowanego towarzystwa. Poprzednie, z lat 1956-56 i 1981-83, nie powiodły się.
   Na zdewastowanej sali gimnastycznej, jeszcze nie posprzątanej po poprzednich użytkownikach Sokolni, zaczyna ćwiczyć sekcja gimnastyki artystycznej. Oni nie potrzebują żadnych przyrządów, wystarczy im wziąć do ręki piłeczkę, wstążkę, skakankę. Dwudziestoosobowy zarząd spotyka się, by ćwiczyć razem. - Z formą było różnie - wspomina Stefania Solarz. - Antoni Łopata, wyczynowy siatkarz, błyszczał; prezes nie był sportowcem, więc trzeba było zbijać mu brzuszek.
   Nowym prezesem "Sokoła" jest Konrad Firlej, ten, któremu koledzy wróżyli konspiracyjną karierę.
   - Budynek był w dramatycznym stanie - _mówi Andrzej Pawłowski, sokół w trzecim pokoleniu. Po rozwiązaniu towarzystwa w 1947 r. zaczął trenować w klubie "Korona". W 1951 r. zdobył tytuł mistrza polski w gimnastyce. Brał udział we wszystkich próbach reaktywacji "Sokoła". - _W sali gimnastycznej, tej, gdzie znajdował się fresk Tucha, z sufitu dosłownie się lało, w szatniach - brud jak w chlewie, na pierwszym piętrze - pomieszczenia zawalone workami ze zużytym obuwiem szermierczym.
   Andrzej Pawłowski przerywa opowieść i idzie zgasić światło w sąsiednim pomieszczeniu. Nie znosi marnotrawstwa.
   W grudniu 1990 r., za pierwsze zarobione pieniądze, "Sokół" remontuje dach. Z czasem na sali gimnastycznej pojawia się ogrzewanie podłogowe. Towarzystwo samo łoży na utrzymanie Sokolni. - _To dobrze, bo jak się coś dostaje za darmo, to się mniej szanuje - _uważa Andrzej Pawłowski.
   Prezes Konrad Firlej układa ślubowanie. Pisze w nim o przestrzeganiu zasad rycerskich.
   O rycerzy trzeba pytać chłopców.

Maj 2005:

patriota jedzie na Małysza

   Daniel, szesnastolatek, dużo gra w piłkę nożną i ma świetnie rozwinięte mięśnie nóg. Tata chce, żeby sylwetka chłopaka rozwijała się równomiernie.
   Michał, student I roku architektury, szuka dopełnienia dla wspinaczki i sztuk walki.
   Spotykają się w "Sokole", na gimnastyce u Andrzeja Pawłowskiego. Najbardziej zaskakuje ich, że 74-letni trener jest sprawniejszy od nich.
   - _Rycerskie zasady? Chodzi o godną postawę życiową, o patriotyzm i wierność tradycji - _zgadują.
   Daniel uważa, że o patriotyzmie łatwo powiedzieć banały: miłość ojczyzny, te sprawy. Ale co to naprawdę znaczy? Dawniej dzieci poszły bronić Lwowa i proszę, to był prawdziwy patriotyzm. Dziś jest dużo prościej, pojedziesz na Małysza do Austrii i już jesteś patriotą.
   Trener Pawłowski często przypomina chłopakom daty z historii Polski. Organizuje dla zawodników konkursy historyczne, pyta o Targowicę, zdradę jałtańską, o to, ile procent terytorium Rzeczpospolita straciła po wojnie i jaką szkołę kończył Kościuszko. Na amen wbił Danielowi do głowy datę bitwy pod Monte Cassino.
   - _Ja pochodzę ze Lwowa, mam 74 lata, świadomie przeżyłem dwie wojny i pamiętam wejście Sowietów. Dla mnie Polska to wartość najwyższa. A dla nich? Od 60 lat nie było wojny, młodzież nie musi się martwić o niepodległość, więc patriotyzm osłabł - _mówi trener. 15 sierpnia zapytał podopiecznych, co to za rocznica. Powiedzieli, że Dzień Górnika. - _Dlatego "Sokół" nie skupia się wyłącznie na wychowaniu fizycznym, ale i na patriotycznym - _podkreśla.
   - _Nam to nie przeszkadza. Miły dodatek - _mówią chłopcy.
   3 maja chodzą na Wawel. - _Raczej dla tradycji, bo bardzo interesujące to nie jest - _twierdzi Michał. - _I tylko do katedry, bo pochód to już jest rzecz polityczna i ja się nie chcę mieszać - _dodaje Daniel.

1913: żyjemy

w niesłychanych czasach

   Zbliża się pierwsza wojna światowa.
   Do szatni "Sokoła" wchodzi niepozorny straszy pan w cylindrze. To pułkownik Zieliński, który później, jako generał Wojska Polskiego, "powiedzie Legion sokoli jako Żelazną Brygadę w Karpaty i czuwać będzie nad nią jak ojciec i poprowadzi do zwycięskich ataków".
   Stałe drużyny sokole wchodzą w skład Legionów. Członkowie Oddziału Konnego Sokoła Krakowskiego biorą udział w zwycięskiej szarży na rosyjskie okopy pod Rokitną. Edward Kubalski pracuje w tym czasie jako kierownik Wydziału Wojskowego w magistracie prezydenta Lea. "Jak się bili, co robili - to już należy do dziejów tej wojny, do dziejów Polski" - napisze we wspomnieniach. "Po zawarciu pokoju zaludniły się znowu nasze sokolnie".
   W okresie międzywojennym do krakowskiego oddziału towarzystwa należy 7376 osób, 42 boiska, 13 strzelnic, 60 sztandarów, 1466 mundurów męskich i 427 żeńskich.
   W 1934 r. Kubalski ustępuje z funkcji prezesa krakowskiego "Sokoła"
   "1 września 1939 r., w piątek, pierwsze bombowce niemieckie zagrały nam swą piekielną muzykę" - notuje, kończąc swoją opowieść. Niemcy zajmują Kraków, usuwają znad bramy Sokolni pamiątkową tablicę, zeskrobują z fryzu hasła "Ody do Młodości".
   "Żyjemy w niesłychanych czasach" - pisze Kubalski. - "Wojna w niebywałej dotąd postaci objęła prawie cały świat (…). Mimo to wierzymy, że zło się przesili - a zwycięży, bo zwyciężyć musi - dobro. (…) Niewątpliwie po tej wielkiej topieli odrodzi się Europa. Ale któż przewidzi, jaką ona będzie? Jeśli - nie daj Boże - niemiecką, to czy angielską, czy może jeszcze bolszewicką?".

Maj 2005: WF w świątyni

   Na sali wrze jak w ulu.
   To ćwiczy "Zwarta Brać Sokola": panie po sześćdziesiątce opierają nogi na oparciu krzesła i robią skłony. Najstarsza ma dziewięćdziesiąt lat.
   Co miesiąc spotykają się na kawie, herbacie i ciasteczku z ciekawymi ludźmi. - Składamy się po trzy złote i z tego rządzimy - _zdradza Halina Brzezińska, "sokola mateczka", która opiekuje się "Bracią". W lecie pojadą na wczasy nad morzem, w zimie na kulig. Są na wszystkich sokolich pochodach, uroczystościach, zlotach.
   Do "Zwartej Braci" należy ponad 80 osób.
   W sąsiedniej sali Andrzej Pawłowski wyrabia w młodych chłopakach siłę, skoczność i gibkość. Żeby potrafili to, co powinien potrafić każdy: zrobić przewrót, stanąć na głowie, przeskoczyć skrzynię, w zwisie ugiąć ręce. Tępi wrzask, gadulstwo, obijactwo. Uczy, żeby przepuszczali dziewczynki w drzwiach i nie rzucali koszulek na podłogę.
   W "Sokole" ćwiczy ok. 600 osób. Uprawiają gimnastykę artystyczną i sportową, żeglują, jeżdżą na nartach.
   Konrad Firlej chce, żeby krakowska sokolnia nie była zwykłą salą gimnastyczną, tylko świątynią sportu.
- Bo ludzie uważają, że sport jest tylko po to, żeby chłopcy się wyżyli, a dziewczynki nabrały figury. A to nieprawda. Kultura fizyczna jest ważnym elementem harmonii duchowej człowieka - tłumaczy. - _Bycie sokołem oznacza większą odpowiedzialność przed sobą i przed ludźmi.
   Dlatego prezes Firlej zamówił dla "Sokoła" witraż. I dlatego zamierza odzyskać zniszczone freski Tucha.
\\\*
   Opowieść o Edwardzie Kubalskim zaczerpnęłam z jego pamiętników "Z przeżyć i wspomnień sokolich", wydanych w Krakowie w 1997 r.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie