Stolica sprintu

Redakcja
Kraków wystawia na igrzyska pół olimpijskiej sztafety, ale to tylko część prawdy o kondycji "królowej sportu" pod Wawelem Kraków - miastem najszybszych ludzi w Polsce. Przyczynili się do tego dwaj biegacze z krakowskiego AZS AWF. Na mistrzostwach Polski, rozegranych w tym miesiącu, Marcin Nowak wygrał bieg na 100 metrów, a Marcin Urbaś - na 200 metrów, w dodatku tuż przed Nowakiem. I to oni przenieśli stolicę polskiego sprintu do Krakowa. W ubiegłym roku 100 metrów wygrywał jeszcze warszawianin.

JAN OTAŁĘGA

JAN OTAŁĘGA

Kraków wystawia na igrzyska pół olimpijskiej sztafety, ale to tylko część prawdy o kondycji "królowej sportu" pod Wawelem

Kraków - miastem najszybszych ludzi w Polsce. Przyczynili się do tego dwaj biegacze z krakowskiego AZS AWF. Na mistrzostwach Polski, rozegranych w tym miesiącu, Marcin Nowak wygrał bieg na 100 metrów, a Marcin Urbaś - na 200 metrów, w dodatku tuż przed Nowakiem. I to oni przenieśli stolicę polskiego sprintu do Krakowa. W ubiegłym roku 100 metrów wygrywał jeszcze warszawianin.

Latem na tartanie, zimą na korytarzu

 Podobno w Krakowie czas płynie najwolniej, ale tak nie jest na stadionie Akademii Wychowania Fizycznego w Czyżynach. Biegacze mają tam do dyspozycji najszybszą bieżnię w Polsce. Tartanowy stadion przeszedł ponad rok temu gruntowny remont. Stary tartan wymieniono na nową odmianę, tzw. mondo. Tylko trzy obiekty w kraju mogą się nim chlubić, niemniej chór biegaczy z różnych klubów, który już dwukrotnie na mistrzostwach Polski przetestował krakowski obiekt, zgodnie twierdzi, iż Kraków ma bieżnię najszybszą.
 Taki tartan to cenna pomoc, ale nie tylko on kształtuje formę biegaczy. Także ich talent, wielka praca, bo poza stadionem AWF krakowscy sprinterzy cieplarnianych warunków treningowych nie mają. Najgorzej jest zimą, Kraków nie posiada hali o tartanowym podłożu. Nowak i Urbaś ćwiczą wtedy w zwykłym, szkolnym korytarzu. Szkoła nosi wprawdzie dumne miano sportowej, ale biegać można tam tylko od ściany do ściany, odczekawszy najpierw, by uczniowie poszli do domu. I tak w pędzie trzeba uważać... na sprzątaczki. W takich niezwykłych warunkach rozwijał się przez lata talent Urbasia, ucznia i lekkoatlety szkoły nr 91.

Ponad pół wieku temu

 Podwójny triumf krakowskiego sprintu podczas mistrzostw Polski to wydarzenie nie notowane w mieście od 55 lat. Trzeba więc przewertować sporo roczników gazet, by doszukać się podobnego zdarzenia.
 W 1945 r. odbywały się pierwsze po wojnie lekkoatletyczne mistrzostwa kraju. I to wtedy Kraków święcił sukcesy w sprincie. Do 1939 r. nikt z krakowian nie wpisał się na listę zwycięzców krótkich biegów, a tuż po zakończeniu działań wojennych 100 metrów wygrał Jan Makowski z AZS, 200 metrów - Włodzimierz Puzio z Cracovii. Ponadto Aniela Mitan z Legii Kraków wywalczyła złoto na 200 metrów. (Klub Legia został pod koniec lat 40. zlikwidowany).
 Makowski i Puzio byli prekursorami czasów Nowaka i Urbasia. Z tych pierwszych zwycięzców większą karierę zrobił Puzio. Wygrywał jeszcze kilkakrotnie mistrzostwa kraju, choć nie w sprintach, tylko w biegu przez płotki. Potem został cenionym trenerem. Przeniósł się do Warszawy, wychowywał następców, pracował też w Meksyku. Jego wychowanka, meksykańska sprinterka Enriquetta Bassilia, dostąpiła niezwykłego zaszczytu, jako pierwsza kobieta w historii igrzysk zapaliła na stadionie znicz olimpijski. Była to inauguracja igrzysk w Meksyku w 1968 r. Puzio znany też był jako ceniony artysta malarz.

Szybkie krakowianki

 Długo po parze Makowski - Puzio musiał czekać Kraków na godnych następców. Wcześniej stał się ważnym ośrodkiem kobiecego sprintu w Polsce (czym nawiązał do sukcesów lat przedwojennych). Tenże ośrodek koncentrował się wokół ówczesnej Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego przy ul. Śniadeckich. W 1955 r. studentka WSWF, pochodząca z Tarnowa, Maria Kusion została mistrzynią Polski w sprincie. Na tych samych zawodach dosięgła jeszcze złota w skoku w dal i pięcioboju, Kusionówna była wszechstronnie utalentowana.
 Za rok sprinterki z AZS Kraków wygrały w kraju sztafetę i odtąd zaczęła się w polskim sprincie era Barbary Janiszewskiej-Sobottowej. Wygrywała 100 i 200 m od 1957 r. po 1963 r., w sumie wywalczyła 11 mistrzowskich tytułów. Jeśli czasem przegrała, to tylko z drugą krakowianką, wspomnianą Marią Kusion-Bibro. Przełom lat 50. i 60. to panowanie w kraju krakowskich sprinterek. Sobottowa wywalczyła ponadto złoty i brązowy medal na 200 m podczas ME w 1958 i 62 r. oraz złoto w sztafecie. Startowała na igrzyskach, z Rzymu przywiozła brąz w sztafecie. Nie była rodowitą krakowianką, pochodzi z Poznania. Jednak szkoleniowcy z PZLA namówili ją na początku kariery, by przeniosła się pod Wawel, bo tu znajdzie najlepsze warunki do uprawiania sportu. Mieli rację.

Twórca potęgi

 Kusion-Bibro i Janiszewska-Sobotta były najwybitniejszymi przedstawicielkami "krakowskiej szkoły biegania", którą z kolei wiązano z osobą trenera Emila Dudzińskiego. Uprawiał on lekkoatletykę jeszcze przed wojną, a następnie trenował młodych. Pracował w Cracovii i w AZS. Pod jego okiem rozwinęły się talenty krakowskich sprinterek, jak i wielu szkoleniowców, uczących się od mistrza.
 Zasługi Dudzińskiego doceniono w PZLA, został trenerem kadry, doprowadzając ją do czasów Ireny Szewińskiej i Ewy Kłobukowskiej. Opublikował wiele prac z metodyki w biegach krótkich. Wychowanki trenera Dudzińskiego spotykają się po latach na specjalnych zjazdach i zawsze wdzięczne wspominają swego nauczyciela. Na nowym stadionie AWF odsłonięto tablicę pamięci wybitnego trenera.

Zawzięty uczeń

 Nic nie trwa wiecznie, z czasem krakowskie sprinty słabły i długo nie wychowano talentów na miarę Sobottowej czy Puzia. W 1990 r. krakowski AZS AWF wygrał sztafetę mężczyzn na mistrzostwach kraju, ale to jeszcze nie była prawdziwa eksplozja, także w sztafecie sprinterek akademiczek, zwyciężczyń mistrzostw 1996 r., dotąd nie błysnął wielki talent (nadzieje pokłada się nadal w Magdalenie Haszczyc).
 I może Kraków nie odzyskałby - po 55 latach - miana stolicy polskiego sprintu, gdyby nie ambicja pewnego ucznia. Nazywał się Marcin Urbaś i bardzo cierpiał, że w szkolnych wyścigach przegrywa ze swoim kolegą. Zawziął się, zaczął systematycznie trenować. Kolega pozostał w tyle, a Urbasiowi z każdym rokiem było mało. Wywalczył akademickie mistrzostwo kraju, a w 1998 r. po raz pierwszy - na bieżni we Wrocławiu - został mistrzem Polski seniorów na 200 metrów.
 Ten sukces jeszcze nie odbił się szerszym echem, tylko uważni kibice zapamiętali ambitnego sprintera, który charakteryzował się długą kitą związanych z tyłu głowy włosów. W tymże roku zakwalifikował się do mistrzostw Europy w Budapeszcie. To miał być pierwszy wielki krok na międzynarodowej drodze. Zawiodły jednak mięśnie. Kontuzjowany Urbaś z trybun obserwował, jak jego koledzy w sztafecie zdobywają w biegu 4x100 m brązowy medal.

Dołączył partner

 W tym kwartecie był drugi, ale "świeżo upieczony" krakowianin - Marcin Nowak. Podczas gdy Urbaś od urodzenia żyje pod bokiem Wawelu i Nowej Huty, to Nowak pochodzi ze Stalowej Woli. Miał biegającą mamę, pani Grażyna Tychota była wicemistrzynią Polski w sprinterskiej sztafecie. Syn okazał się równie szybki, choć na początku próbował różnych konkurencji. Grał w piłkę, jednak gdy ustawiono go na bramce, obruszył się, bo chciał biegać i strzelać. Szukał dalej, aż trafił do lekkoatletyki, do trenera Kazimierza Luchowskiego i miejscowej Sparty. Awansował do czołówki krajowej.
 Kiedy zdał maturę, rozpoczął studia na krakowskiej AWF. Trafił do uczelni i klubu, w których był Urbaś. Ostatnio, formalnie pozostając studentami, obaj sprinterzy wzięli urlop sportowy, by należycie przygotować się - najpierw do Sewilli, teraz do Sydney.

Sydney wzywa

 Jeszcze kilka lat temu, choćby po igrzyskach w Atlancie, w trakcie lekkoatletycznej posuchy w sprinterskie talenty pod Wawelem, nikomu się nie marzyło, iż Kraków wyśle na kolejne igrzyska aż dwóch sprinterów. W dodatku nie mających odgrywać roli statystów. Nowak z powodzeniem może biegać w olimpijskim półfinale na 100 m, a Urbaś, piąty człowiek z Sewilli, na 200 m też pokaże lwi pazur, reszta zależy tylko od zdrowia, którego temu zawodnikowi w tym sezonie trochę brakuje.
 Obaj stanowią podporę polskiej sztafety z nadzieją na olimpijski finał. Nowak ma biec na pierwszej zmianie, Urbaś na drugiej, czyli od krakowskiego początku zależeć bedzie wiele. Nowak ma opanowaną technikę biegania na wirażu, dlatego zaczyna sztafetę, drugi odcinek z kolei jest najdłuższy, stąd miejsce to zarezerwowano dla 200-metrowca Urbasia.
 Nowak uprawia sport od 9 lat, Urbaś aż od 15 i nie czuje znużenia. Obaj twierdzą, że ich najgłębszym marzeniem jest rekord świata i medal olimpijski. Będzie to trudne, ale tylko ambitne cele stymulują rozwój. Chcą biegać długo, Urbaś dodaje, o ile to będzie ciągle na przyzwoitym poziomie. Obaj ze sportu już się utrzymują. Jeszcze dwa lata temu było biednie, macierzyste kluby z dużym wysiłkiem wykładały stypendium, pomagał prywatny sponsor. Awans do kadry olimpijskiej odmienił sytuację. W dodatku 2 lata temu grupa polskich sprinterów otoczona została opieką menedżerską, a dzięki postawie na MŚ w bieganiu Urbaś zarabia jeszcze na międzynarodowych mityngach.

Leniwi czy pracowici?

 Na pytanie, co robiłby, gdyby nie był lekkoatletą, Nowak odpowiedział, iż... nie wie, bo tego sobie nie wyobraża. Urbaś ma sprecyzowaną odpowiedź, która nie dziwi, jeśli zna się jego zainteresowania. Zajmowałby się muzyką. Jest to jego druga pasja obok biegania. Mówi, iż gdyby miał być na bezludnej wyspie, zabrałby tam mocny odbiornik radiowy i mnóstwo kaset. Przez kilka lat Marcin Urbaś należał do grupy deathmetalowej Sceptic, był jej solistą. Lubi komponować, pisze teksty piosenek, tylko w języku angielskim. Grupa zimą wydała swą pierwszą kasetę "Ślepa egzystencja".
 Ponieważ nazwisko Urbasia po MŚ w Sewilli stało się głośne, koncerty Scepticu cieszyły się szczególnym zainteresowaniem. W lutym jednak doszło do rozstania. Partnerzy muzyczni, zniecierpliwieni, że ich solista co chwilę wyjeżdża na długie zgrupowania, podziękowali ma za współpracę. Urbaś mocno to przeżył, a przykre chwile spotęgowała kontuzja w trakcie halowych mistrzostw Europy. Był w Gandawie faworytem do medalu, ale nie wystartował.
 Obaj sprinterzy twierdzą, że udany rozwój kariery najbardziej zawdzięczają trenerom, Nowak dodaje jeszcze - rodzinie, a Urbaś - dorzuca słowo: sobie. Z własnych zalet wymieniają tylko ambicję. Ale też niespodziewanie za największą swą wadę uważają... lenistwo.
 Tu zaprzecza ich trener klubowy Lech Salamonowicz. Tak chętnych do treningu chłopaków trudno znaleźć. Nowak ma życiową zasadę: Jeśli się chce, to wszystko można osiągnąć. Urbaś: Nie poddawać się i walczyć do końca. Trzymając się tych haseł, istotnie mogli przełamać wiele barier.

Nieco prywatności

 Na pytanie, jaki kontynent chcieliby zwiedzić, żaden nie wymieniał Australii. Może, by nie zapeszać, bo pech, kontuzje w każdej chwili mogły ich wyłączyć z ekipy. Nowak więc pojechałby do Afryki, a Urbaś do Ameryki Północnej. Do tej pory Nowakowi najbardziej podobały się Wyspy Kanaryjskie, a Urbasiowi - Paryż. Wielki sentyment ma też do Sewilli, wiadomo dlaczego. Z wybitnych osób, z którymi chcieliby się spotkać, na pierwszym miejscu u obydwu jest polski papież.
 Wzorem sportowca dla Nowaka jest amerykański mistrz świata na 100 m Maurice Greene, a dla jego kolegi - Fred Fredericks z Namibii, który może nie odnosi teraz oszałamiających sukcesów, ale dysponuje wspaniałą techniką biegu i jest sportowcem bez oznak gwiazdorstwa.
 Nowak nie ma ulubionego filmu, natomiast Urbaś najwyżej ceni "Gwiezdne wojny" oraz aktorów Anthony’ego Hopkinsa, Robina Williamsa czy Julie Roberts. Mistrz Polski na 100 metrów lubi czytać horrory, zwycięzca 200 metrów - wraca chętnie do "Mistrza i Małgorzaty".
 Polityka nie jest obcą dziedziną dla sportowców. Biorą udział w wyborach, mają konkretne poglądy, nie znoszą skrajności. Gdyby przeprowadzano referendum, czy Polska ma wejść do Unii Europejskiej, obydwaj podkreśliliby odpowiedź: tak. Urbaś dodałby wykrzyknik!
 Zapytany, co uczyniliby, gdyby nagle zostali prezydentem miasta, Nowak zauważył ogólnie, że zmian byłoby wiele. Jego kolega zaś skonkretyzował, iż dokończyłby obwodnicę, zamknąłby wszystkich przemysłowych trucicieli, więcej pieniędzy przeznaczyłby na ratowanie zabytków i zbudowałby wielki stadion sportowy z przeznaczeniem dla różnych dyscyplin sportowych.

"Królowa" z brakami

 Tu Urbaś dotknął istoty problemu. Kraków wystawia na igrzyska pół olimpijskiej sztafety, posiada doskonałą bieżnię, ponadto jeszcze jeden tartan, ale to tylko część całej prawdy o kondycji "królowej sportu" w tym mieście.
 Ostatnio Wawel znów spadł z I ligi, osamotniając w niej AZS AWF. W klubach brakuje pieniędzy na szkolenie, dla trenerów. Tylko staraniem garstki szkoleniowców i działaczy niektóre sekcje jeszcze egzystują. Zlikwidowały lekkoatletykę u siebie tak silne niegdyś sekcje Wisły, Hutnika, Cracovii...
 Brakuje mniejszych obiektów do szkolenia młodzieży. Wiele dzielnic miasta nie posiada ani jednej, choćby zwykłej bieżni. Nie każdy uczeń może przybyć z drugiego krańca miasta na trening, bo rodzice nie mają na codzienne dojazdy, a trasa np. z Bieżanowa na stadion Wawelu dla nastolatka to wielka wyprawa. Wspomniany zimowy trening obu mistrzów na szkolnym korytarzu dopełnia stwierdzenia, że stolica polskiego sprintu ma jeszcze wiele do wykonania, by tę stołeczność utwierdzić.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie