Straszenie dziennikarzy

Redakcja
Rozmowa z ANDRZEJEM MIELCARKIEM, redaktorem naczelnym "Dziennika Wschodniego"

- Dlaczego zdecydował się Pan nagrywać rozmowę z Grzegorzem Kurczukiem?

   - W przeddzień spotkania z panem Kurczukiem nasza dziennikarka po konferencji prasowej usłyszała od niego groźby: "Pani jest młoda, niech się pani zastanowi, co pani robi. Ja mogę tak panią załatwić, że pani nigdy tu w Lublinie pracy nie znajdzie". Powiedział też, że gazetę może załatwić w inny sposób; pozbawić jej reklam i czytelników, bo zakaże jej czytania ludziom z SLD, a tych ludzi są tysiące.
   Dziennikarka zrelacjonował mi rozmowę z panem Kurczukiem 1 września po południu. Nie ukrywam, byłem najeżony i kiedy następnego dnia usłyszałem od pana Kurczuka propozycję spotkania, to pomyślałem, że podczas tej rozmowy mogę usłyszeć powtórzenie gróźb. Warto mieć taką rozmowę nagraną, więc wziąłem z szuflady mój dyktafon i nagrałem.
   - Co Pana uderzyło podczas rozmowy?
   - Byłem zaintrygowany, jak bardzo emocjonalnie reagował pan Kurczuk. Moim zdaniem te dwie publikacje, do których się odnosił w trakcie naszego spotkania, nie uzasadniały takiego natężenia emocji. Po rozmowie z nim stwierdziłem, że musimy się tej sprawie przyjrzeć.
   - Dlaczego nie ujawnił Pan od razu zapisu rozmowy, która była przeprowadzona 2 września?
   - Próbowaliśmy dociec, co jest przyczyną zdenerwowania pana Kurczuka. Zaczęliśmy sprawdzać pewne informacje dotyczące działalności nie tylko pana Kurczuka, ale także ludzi z nim związanych. I okazało się, że jest to interesujący temat. Niektóre sygnały, które wówczas otrzymaliśmy, okazywały się próbą wpuszczenia nas w maliny. Zweryfikowanie każdej informacji wymaga jednak czasu. Jesteśmy małą redakcją, gdzie nie ma grupy superdziennikarzy śledczych. To się robi poza normalnymi obowiązkami.
   O upublicznieniu nagrania zdecydowałem dopiero wtedy, kiedy dowiedziałem się, że naszej dziennikarce Katarzynie Pasiecznej grożono telefonicznie. Trwało to jakiś czas, ale początkowo Katarzyna nie traktowała tego poważnie. Zmieniła zdanie, gdy zauważyła, że ktoś ją śledzi. Ta osoba lub osoby doskonale znały rozkład jej dnia, zainteresowania, przyzwyczajenia.
   - Ale najpierw odbył Pan jeszcze jedną rozmowę z Grzegorzem Kurczukiem?
   - Rozmawiałem z naszą prawniczką, a następnie z panem Kurczukiem. W tym momencie był to element prowokacji wobec niego. Powiedziałem o groźbach wobec dziennikarki; pan Kurczuk doradził mi, aby zgłosić się do prokuratury. Powiedział, że - i tu znów zamigotało mi czerwone światełko ostrzegawcze - najlepiej do prokuratury apelacyjnej, bo tam szefem jest Grzegorz Janicki, jego dobry znajomy czy przyjaciel. Nie pamiętam dokładnie, którego słowa użył. I przy mnie, nieproszony, a wówczas był przecież zwykłym posłem, a nie zwierzchnikiem pana Janickiego, zadzwonił do niego na komórkę. Ich rozmowę odebrałem, jako stanowczą prośbę zajęcia się sprawą. Pan Kurczuk oddał mi słuchawkę, abym umówił się z panem Janickim. Pomyślałem, że do pana Janickiego na pewno nie pójdę. Zwróciłem się o opinię do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Poszliśmy tam razem z Katarzyną Pasieczną. Oficer zrobił notatkę, a następnego dnia, czyli 15 października, szef przekazał sprawę do prokuratury okręgowej i wtedy nie miałem już czego zgłaszać. W miniony czwartek zostałem powiadomiony, że prokurator prosi mnie na przesłuchanie.
   - Czy śledztwo prowadzone przez Pana gazetę przyniosło już rezultaty?
   - Na tym etapie nie mogę jeszcze o tym mówić, ponieważ wiele informacji nie zostało przez nas zweryfikowanych, chociaż są one sensacyjne. Byłbym nieodpowiedzialny, gdybym o tym teraz mówił.
   - Ile razy spotkał się Pan wcześniej z Grzegorzem Kurczukiem?
   - Raz, przypadkowo. Byłem umówiony z jego kolegą, panem senatorem Pawełkiem, który ma biuro w tym samym budynku, co pan Kurczuk, i wtedy natknęliśmy się na siebie w korytarzyku tego biura.
   - Czy wizyta Grzegorza Kurczuka była pierwszym przypadkiem nacisku na Pana gazetę?
   - Tutaj w Lublinie spotkałem się po raz pierwszy z tak brutalnym postawieniem sprawy, chociaż dwa miesiące wcześniej miała miejsce próba zastraszenia innych dziennikarek. Były tak wystraszone, że nie zgodziły się na to, by złożyć doniesienie do prokuratury.
   - Czy w próbę zastraszenia dziennikarek zamieszani są także politycy?
   - Chodziło o tekst dotyczący przetargów na wyposażenie Urzędu Wojewódzkiego.
   - Czy skończyły się groźby wobec Katarzyny Pasiecznej?
   - Skończyły się po naszym pierwszym kontakcie z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Rozmawiał: MARIUSZ SUROSZ

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie