Sukcesy Polaków nie wzięły się znikąd, ale kilka rzeczy trzeba zmienić

Rozmawiał Przemysław Franczak
Robert Korzeniowski w mijającym roku też odniósł sukces. Jako drugi Polak w historii – pierwsza była Irena Szewińska – został członkiem Galerii Sław IAAF FOT. BARTEK SYTA
Rozmowa z Robertem Korzeniowskim, czterokrotnym mistrzem olimpijskim i trzykrotnym mistrzem świata w chodzie sportowym, jednym z najwybitniejszych polskich sportowców w dziejach.

Za nami niezwykły, bardzo udany rok w polskim sporcie, ale przekornie zapytam: nie boi się Pan, że za dwanaście miesięcy znów będziemy narzekali, że jest kryzys?

Spokojnie. Z jednej strony nie powinniśmy popadać teraz w euforię, choć z sukcesów cieszyć się trzeba, ale z drugiej – na pewno nie zdarzy się tak, że z takich osiągnięć zejdziemy nagle do poziomu zero. Jest przecież duża szansa, że nasi piłkarze zakwalifikują się do Euro, że jakieś dobre miejsce zajmiemy w mistrzostwach świata w piłce ręcznej.

Do tego są mistrzostwa świata w lekkiej atletyce, jak przywieziemy z nich trzy-cztery medale to już będzie sukces. Przestrzegam przy okazji przed popadaniem w jakąś manię liczb, że skoro w 2014 zdobyliśmy iks medali, a w kolejnym zdobędziemy mniej, to od razu trzeba będzie ogłosić kryzys. Trzeba to jakoś relatywizować.

Za tym pytaniem kryła się wątpliwość: te sukcesy to suma szczęśliwych zbiegów okoliczności, owoc systemu, czy coś pomiędzy?

Sukces w sporcie nie jest przypadkowy, to nie jest ruletka. Może być oczywiście czasem wynikiem jakiegoś szczęśliwego splotu okoliczności, ale to też nie bierze się z niczego. Jeżeli ktoś uważał, że coś przypadkowego się wydarzyło się w 2014 roku w panczenach, to już teraz mamy dowód, że to przypadek nie był. U łyżwiarzy szybkich zaczął się niedawno nowy sezon i oni od razu zaczęli wygrywać.

Widać więc jak na dłoni, że te wyniki na igrzyskach nie wzięły się znikąd, a brak krytego toru to nie jest jakaś tragedia narodowa. Choć oczywiście lepiej by było, gdyby taki obiekt był. Widać w każdym razie, że zawodnicy są w stanie powtarzać sukcesy, a ich trenerzy znają się na swojej pracy. A kiedy słyszę o tym, że dzieci autokarami są zwożone na lodowiska, bo chcą jeździć na panczenach, no to tylko przyklasnąć. W takiej sytuacji można być spokojnym, że nawet gdy przytrafi się łyżwiarzom słabszy rok, to będzie potencjał, żeby budować coś dalej.

Wyjątkowy rok polskiego sportu zbiegł się z 25-leciem wolności. Można było lepiej wykorzystać te ćwierć wieku?

W polskim sporcie wydarzyło się przez ten czas bardzo, bardzo wiele, łącznie z tym, że
– jeśli dobrze liczę – mamy siedemnastego ministra sportu. Nasz sport przeszedł od fazy państwowo-wielkozakłado­wej, przez fazę dzikiego kapitalizmu i negacji tego, co było wcześniej, po jakiś bardziej dojrzały model rynkowo-społeczny, jaki mamy w tej chwili. Model trochę oparty o samorządy, trochę o państwo, trochę o sponsoring. Po drodze w ciągu tego ćwierćwiecza niestety zgubiliśmy jedną rzecz.

Jaką?

Kluby sportowe. Tego nam brakuje. Mocnych klubów, do których mogą być adresowane programy szkoleniowe i które są w stanie kompleksowo, wielopokoleniowo rozwijać dyscypliny sportowe. Żadna reprezentacja, żadne państwo za nas tego nie zrobi. A jeżeli teraz np. w Krakowie nie będzie klubów otwartych na wszystkich, od młodzieży po seniorów, a mam tu na myśli takich seniorów sześćdziesiąt plus, to bardzo ciężko będzie budować solidną bazę, która nie wystraszy się roku niepowodzeń w jakiejś dyscyplinie.

Bardzo będę trzymał się formuły takich otwartych klubów, bo to jest szansa na to, żeby w sposób tradycyjny trafiały do nich dzieci, osiągały tam jakieś wyniki, stawały się trenerami, instruktorami. A potem, już jako dorośli ludzie, będą mogli tam przychodzić, uprawiać sport lub coś społecznie dla tego klubu zrobić.

Kto powinien to rozwijać? Samorządy?

Wszystkiego na samorządy bym nie zrzucał. Sporą rolę mają tutaj do odegrania związki sportowe, które obecnie skupiły się w dużej mierze na zarządzaniu dotacjami ministerialnymi i wydają je na rzecz reprezentacji. Naturalnie nie wszystko da się zmierzyć jedną miarą, bo jestem na przykład spokojniejszy o rozwój siatkówki czy piłki nożnej, niż choćby lekkiej atletyki. Jednak takich klubów z szeroką podstawą szkolenia czy dobrze współpracujących ze związkami Szkół Mistrzostwa Sportowego jest niewiele.

Tak naprawdę jedyne, co nam zostało po sieci klubowej, to są przyzwoicie funkcjonujące Akademickie Związki Sportowe. Ludzie chętnie idą na studia, jest tam oddzielne finansowanie, specjalne programy. AZS-y stały się dziś tak pożądanymi klubami dla sportowców jak kiedyś kluby wojskowe czy milicyjne.

A nie jest tak, że miejsce takich klubów, o których Pan mówił, zajął w pewnym sensie sport amatorski, który bardzo się u nas rozwinął? Ludzie się organizują, zakładają mini-kluby, stowarzyszenia.

Bardzo sobie cenię energię amatorów, nie powinno się jej hamować, ale z tego typu stowarzyszeń jeszcze nigdzie na świecie nie powstał wyczynowy sport. Kwestia jest taka: czy w takim amatorskim klubiku są trenerzy, którzy mają odpowiednie przygotowanie, czy jest tam prowadzona edukacja na wielu poziomach, czy może jest to jedynie grono kolegów z podwórka, którzy się się spotykają i założyli sobie stowarzyszenie.

Nie mam nic przeciwko, to fajna forma aktywności i bardzo dobrze, że ludziom chce się coś robić razem. Ale równie dobrze można założyć stowarzyszenie ludzi grillujących, szydełkujących i tak dalej. Weźmy pod lupę lekką atletykę, jest teraz sporo biegaczy-amatorów. Pseudotrenerów, którzy tworzą pseudokluby jest cała masa. Działają na zasadzie: od pięciu lat biegam maratony, przeczytałem dwie książki, byłem – daj Boże - na jednym seminarium i teraz prowadzę klub.

Rozwój sportu masowego to jest jednak taka praca u podstaw, przez lata zaniedbywana.

W porządku, ale ja nie widziałem takiego domu, który by się składał tylko z fundamentów i dachu. Żeby coś z tej pracy u podstaw wyniknęło, potrzebne są ogniwa pośrednie. Sport młodzieżowy, selekcja, kadra. Z masowego biegania nie wezmą się dobrzy maratończycy. Oni muszą trafić do jakiegoś klubu, ośrodka, do dobrego trenera, muszą przejść selekcję na różnych płaszczyznach i dopiero wtedy taki talent ma szansę się rozwinąć.

Jak do tego doprowadzić?

Powinniśmy więcej wysiłku włożyć w to, żeby ludziom chciało się przychodzić do klubów – klubów w takiej otwartej formule – w których znajdzie się miejsce dla tych piętnastu-szesnastu zapaleńców, którzy teraz organizują się w jakieś stowarzyszenia. Niech nawet stworzą sobie sekcję i na pełnoprawnych zasadach korzystają z hali, stadionu, szatni. Niech poradzą się trenera od przygotowania ogólnego lub specjality od odnowy zamiast sięgać do doktora Googla.

To jest dobry trend, że ludzie chcą ćwiczyć, ale mam wrażenie, że roli klubów nic nie zastąpi. Piłka nożna, która jest dyscypliną najbardziej masową, zna obie formy: zawodową i amatorską. Są kluby z rozbudowaną strukturą, szkółkami, akademiami, liceami, a jednocześnie są podwórkowe zespoły szóstek. Jedno drugiemu nie przeszkadza, ale żeby marzyć o wielkim futbolu, trzeba z podwórka przenieść się do klubu. W drugą stronę to nie działa.

Wejdźmy teraz na dach tego domu bez ścian. Program „Klub Polska”, który wspiera najlepszych sportowców w przygotowaniach olimpijskich, spełnia swoje zadanie?

„Klub Polska” to był pomysł adekwatny do momentu, w którym był tworzony. Trzeba było policzyć aktywa i coś z nimi zrobić, skoro nie było za bardzo z czego czerpać. To nie są programy idealne, aczkolwiek paru sportowcom pozwoliły się przygotować i odnieść sukces. Niemniej są to formuły bardzo elitarne, a ogłaszane de facto na dwa lata przed igrzyskami nie pełnią roli kreatywnej dla danego sportu, tylko bardziej zachowawczą.

Dopiero teraz, gdy na związki sportowe narzucono pewne wymogi, jeśli chodzi o proporcje w finansowaniu seniorów i juniorów, pojawiła się większa zachęta, by te podstawy budować szerzej. Uważam jednak, że w optymalnym wydaniu program olimpijski powinien być programem ośmioletnim. W minimalnym – sześcioletnim, czyli musiałby zaczynać się na dwa lata przed igrzyskami, które poprzedzają igrzyska docelowe.
Brytyjczycy, którzy przygotowywali się do igrzysk w Londynie, mieli właśnie ośmioletnie programy. Oczywiście można by powiedzieć, że no tak, ale oni igrzyska mieli u siebie. Tyle tylko, że oni po Londynie w dalszym ciągu odnoszą sukcesy, ich system został zbudowany na bardzo solidnych fundamentach.

Nam w tej chwili brakuje takiego długofalowego spojrzenia?

Prawdę mówiąc, to programy pisane jeszcze na początku lat 90. ubiegłego wieku przez Stefana Paszczyka były bardziej rozbudowane. Dwuletnia perspektywa tej reprezentacyjnej ścieżki jest dla sportowca za krótka. Trzeba finansować nie tylko tych, którzy już są mistrzami, ale również tych, którzy do mistrzostwa dochodzą.

Żeby nam ci utalentowani ludzie nie gubili się gdzieś po drodze. Może wtedy przestaniemy się zastanawiać, jak to jest możliwe, że mieliśmy tylu utalentowanych juniorów, a teraz nie mamy niczego w seniorach. Czas wylęgania talentu olimpijskiego, takiego, który się potem konsumuje medalem, to jest między 8 a 13 lat.

Minister sportu Andrzej Biernat chwalił się niedawno, że wyniki w 2014 urodziły się dzięki miliardom złotych przeznaczanych na sport przez państwo. Sukces ma jednego ojca?

Trudno zaprzeczyć, że rola państwa jest tutaj istotna. Na wyczyn przeznacza się dużo pieniędzy, infrastruktura sportowa jest na o wiele wyższym poziomie niż dziesięć lat temu. Mamy więcej boisk piłkarskich, coraz więcej bieżni, hal, basenów. To ma znaczenie. Ale z drugiej strony mamy też zawodników, którzy nie boją się rywalizacji, mamy lepiej wyedukowanych trenerów, staliśmy się częścią szerszego rynku.

Młodzi sportowcy nie są zakompleksieni patrząc na swoich rówieśników z innych krajów, mają te same ciuchy, ten sam sprzęt, możliwości. Oni są tacy jak my. W tej sferze jest kolosalna zmiana i dla mnie największym sukcesem jest to, że nie boimy się już wygrywać. Gdy sobie przypomnę, jak gigantyczne kompleksy mieliśmy na początku mojej drogi sportowej, jeśli chodzi o takie rzeczy jak zabezpiecznie metodyczne czy medyczne... Dziś wszystko mamy w Polsce, a jak nie mamy, to możemy po to bez trudu sięgnąć za granicę.

Mówił Pan wcześniej o trzech okresach polskiego sportu, Pan przeszedł je wszystkie: ten w całości wspierany przez państwo, okres dzikiego kapitalizmu i ten współczesny.

Zgadza się. Nie wiem jednak, na ile by mi się to udało, gdybym – gdy ten dziki kapitalizm się pojawił – nie wyjechał z kraju i nie znalazł się we francuskim socjalizmie [śmiech]. Taka jest prawda. Ten ówczesny francuski kapitalizm tak trochę wyglądał, był o wiele mniej drapieżny od polskiego. Pamiętam też dobrze, że gdy w połowie lat 80. trafiłem do polskiego klubu, to było biednie, ale była tam jakaś ścieżka rozwoju zawodniczego i trenerskiego. Wiedziałem, gdzie mam się zapisać, gdzie pójść, szkoła była w synergii z klubem. Nauka, sport, studia.

Mam wrażenie, że te walory zostały zgubione w trakcie tej naszej rewolucji. Dzisiaj mając społeczeństwo bardziej zamożne, mając większy potencjał, można by jednak z pewnych sprawdzonych wzorców czerpać. Nawet jeśli wzdragamy się myśląc o naszych latach 70., czy 80., to zerknijmy na to, co dzieje się na zachód od Łaby. Nikt tam nie ma problemu ze sportem mundurowym, nikt nie ma problemu z klubami wspieranymi w szerokim zakresie przez samorządy. To wszystko tam zostało.

Może po prostu musieliśmy przejść okres kwarantanny?

Może, więc dzisiaj mamy bardzo dobry moment, żeby otrząsnąwszy się z prochu rewolucji, z energią i świadomością, że możemy wygrywać, zacząć budować ten polski sport bardziej pozytywistycznie. Cieszyć się, że mamy infrastrukturę, uczelnie, zdolną młodzież, mamy niezłe programy – jak „Mały mistrz” - skierowane do dzieci. I nauczyć się wszystko dobrze ze sobą łączyć oraz nie zachłystywać się tym, co jest.

Przed nami rok 2015, na który jego sportowy moment czeka Pan szczególnie?

Moja pierwsza miłość pozostaje niezmienna. Dla mnie najważniejszym momentem roku będą sierpniowe mistrzostwa świata w Pekinie w lekkiej atletyce. To będzie takie ustawienie zegarów na rok przed igrzyskami w Rio. Sukcesy? Spodziewam się. Czekam na kwalifikację piłkarzy do Euro, szlema Radwańskiej, zwłaszcza że teraz pracuje z Martiną Navratilovą. No i chciałbym, żeby Kamil Stoch mimo kontuzji wskoczył na podium mistrzostw świata.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie