Swoje wiem

Redakcja
Sytuacja nie jest łatwa, choć nie beznadziejna. Złowrogo zaczyna brzmieć może nie tyle słowo "referendum", ile "frekwencja". Jak nie pójdziemy gromadnie do urn za tych kilka tygodni, to będzie wstyd, bo oznaczać to będzie ni mniej, ni więcej, że mamy wszystko w nosie. A wydaje się, że, niestety, mamy, tylko po co oznajmiać to całej Europie, jeżeli nie światu.

   Kłopot polega na tym, że zbrakło autorytetów. Nie ma nikogo takiego, kto mógłby narodowi powiedzieć, co ma robić w tej trudnej sytuacji. Bo trudna jest. Argumenty zwolenników Unii brzmią rozsądnie dopóty, dopóki nie odezwą się przeciwnicy. I odwrotnie. Można przytakiwać przeciwnikom integracji do czasu, gdy odezwą się zwolennicy. I co tu się dziwić, że naród głupieje.
   Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przy niedoborze autorytetów do głosu dochodzą przede wszystkim politycy. A co Polak sądzi o politykach, wiadomo. I lepiej chyba nie mówić tego na głos, bo gazeta to nie miejsce, gdzie można używać brzydkich słów, w dodatku w znacznym ich nagromadzeniu. Politycy stoją po prostu dokładnie po drugiej stronie autorytetów. Za każdym razem, gdy słyszę polityka nawołującego do pójścia na referendum, słyszę gdzieś daleko brzdęk jak z jednorękiego bandyty. Tylko że bandyta przyjmuje monety i zaspokaja niskie, hazardowe żądze, a głos polityków zniechęca i doprowadza do tego, że dzwoniąco maleje liczba chętnych do wzięcia na siebie odpowiedzialności. Bo, powiedzmy sobie szczerze, czy głos premiera, który ma szansę być pierwszym premierem na świecie, który ma minusowe poparcie społeczne, może kogokolwiek do czegokolwiek zachęcić? Moim zdaniem - nie. I premier, jeżeli chciałby zwiększać frekwencję, powinien dziś do referendum zniechęcać. Ludzie na złość premierowi może by poszli głosować.
   Wydaje się, że swoje dołożyła tu afera Rywina. Patrząc na dochodzenie, ludzie myślą tak - oni, czyli politycy, sobie gdzieś tam, na salonach, wszystko ustawili. Mówią jednym językiem. "Adamie to, Adamie tamto. Ależ Lwie, kto Cię przysyła..." itd. Teraz, gdy polityk namawia do urny, to znaczy, że gra w nową nieczystą grę. On potrzebuje głosów narodu, by za 2, za 5 lat, jeżeli coś pójdzie nie tak, jak miało pójść, pokazać na naród paluchem i powiedzieć, tak chcieliście, to wasz - narodzie - wybór. A naród woli odwrotnie, woli pokazać na polityków i im wytykać błędy.
   Powiem szczerze. Chciałbym, by moi rodacy wzięli udział w referendum. Od 1989 r. nie opuściłem żadnego głosowania, a wcześniej nie głosowałem nigdy, więc wiem, co mówię. I nie agituję. Nie namawiam ani do tak, ani do nie. Uważam jedynie, że nie warto koncentrować się na politykach. Oni przychodzą i odchodzą.
   W takim momencie warto spojrzeć w oczy własnym dzieciom. Jak na razie Polacy nie zrezygnowali z dbania o ich przyszłość. W ich oczach będzie odpowiedź na pytanie - Pójść, czy nie pójść? Bezdzietni mogą spojrzeć w oczy dowolnego dziecka.
GRZEGORZ MIECUGOW

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie