Szansa ołowianego gniota

Redakcja
Paweł Głowacki: Dostawka

   Tuż przed dniem 75. urodzin Sławomira Mrożka, tuż po lekturze trzeciego tomu Mrożkowych Variów "Jak zostałem recenzentem" (Noir sur Blanc, Warszawa 2005) - drugi raz w tym roku poczułem się tak, jakby mi ktoś monstrualnego, ołowianego gniota scjentyzmu na moment z mózgu zdjął łaskawie. Tak, bo drugi raz mam spokojną pewność, że między duchowymi atrakcjami epoki mało jest przyjemności kojących aż tak potężnie, jak chwilowe bycie wolnym od mozołu bliskiego obcowania z dziełem profesjonalnych recenzentów sztuk wszelkich. Ulga nie z tej ziemi. Lekkość nie do zapomnienia.
   Pierwszym, który mnie od ołowianego gniota scjentyzmu uwolnił, był Leszek Kołakowski. Cud, potężny cud normalności zdarzył się w poniedziałek, 9 maja. O poranku przeczytałem wtedy w "Wyborczej" "recenzję" Kołakowskiego z książki Zbigniewa Mentzla "Wszystkie języki świata". Już sam tytuł tej Kołakowskiego prozatorskiej drobiny, tego zapisanego kawalątka jego wolności, przynosił ulgę, obarczał lekkością nie do zapomnienia. Tytuł brzmiał: "Pochwała świetnej książki, której nie czytałem". Uśmiechnąłem się dziwnie.
   Dziwnie, z rzadką u mnie litością wybaczającą uśmiechnąłem się, bo, jakby rzekł poeta, uchem duszy usłyszałem bezradny zgrzyt ołowianych siekaczy. Bezradny, bo ukryty, a ukryty z konieczności, gdyż kogo jak kogo, ale Kołakowskiego nie opłaca się kąsać polemicznie. Usłyszałem więc... Nie można, tak, panie Kołakowski, nie można tak subiektywnie, czyli o sobie, bo trzeba obiektywnie, czyli nie o sobie, właśnie tak - rzetelnie, obiektywnie, analitycznie i w ogóle naukowo trzeba, bo wtedy jest się profesjonalistą, a pod słońcem nie ma nic słuszniejszego niż profesjonalizm!
   Cichy zgrzyt ołowiany niechybnie rozległ się już przy samym tytule, jakżeż zabawnie więc, wręcz frenetycznie zabawnie być musiało, gdy ołowiani doszli do tych oto fundamentalnych "recenzenckich" fraz Kołakowskiego "(...) uważam ten utwór za znakomity. Jak to udowodnić? Daję na to słowo honoru, oto mój dowód".
   Boże mój, czy śnię? Ołowiani, w białych fartuchach i gazowych maskach pilnie ryją w recenzenckich laboratoriach, pełnych wag aptekarskich, kątomierzy, cyrkli, papieru milimetrowego, probówek, mikroskopów, ekierek i całej reszty fachowego ustrojstwa krytycznego - a ten tu wybrał bycie na świeżym i otwartym powietrzu? Ołowiani, skryci za drzwiami z napisem: "Doc. dr hab. Stefan Recenzent - tu mnie nie ma, bo tu są tylko bezcielesne kryteria", pod egidą tablicy Mendelejewa argumentów naukowych pichcą swe wyłącznie obiektywne sądy o literaturze, muzyce, teatrze, filmie i plastyce - a Kołakowski, jako kryterium ostateczne, podaje swój honor, subiektywizm, wyłącznie - siebie samego, całego siebie samego?
   Nie inaczej! Po cóż bowiem robić z czytelnika osła i o książce Mentzla bredzić jak na sympozjum poświęconym mechanice silnika dwusuwowego, skoro książka Mentzla nie jest silnikiem dwusuwowym? To bez sensu! Dlatego wielkimi literami powtórzę nieobalalne kryterium Mistrza. DAJĘ NA TO SŁOWO HONORU, OTO MÓJ DOWÓD.
   Tu chodzi o gest naturalny, o przeniesienie punktu ciężkości swego krytycznego pisarstwa - z powszechnej i sztucznej recenzenckiej sztancy uniwersyteckiej na pojedyncze i naturalne ciało własne. Identyczny gest rządzi akapitami Mrożka. Można to przejście smakować w nowych Variach. Są tam "recenzje", co je 50 lat temu Mrożek dla "Echa Krakowa" popełnił. Jest garść teatralnych felietonów z tomu "Małe listy", ongiś drukowanych w "Dialogu". A wśród nich: drobiazg - cud, drobiazg "Szewc Dratewka". Cud normalności tych oto liter prostych. "Wszystko, co się mówi o teatrze, nie ma sensu, jeżeli ten, kto mówi, nie mówi także o sobie. Jeżeli nie bierzemy pod uwagę czegoś więcej niż sam tylko teatr".
   Żadne ze zdań III tomu Variów nie jest zdaniem magistersko przeźroczystym. Każde ma ciało, bo autor ma ciało. Pisząc o przedstawieniu - Mrożek gada o sobie. Co "recenzja" - to SŁOWO HONORU. I tamte przedstawienia krakowskie sprzed lat 50 właśnie dlatego wciąż są! Bo człowiek, co je widział, opisał kawałek siebie, a nie tylko wydukał obiektywny komunikat. Choćby ten, że szafa stała po lewej stronie sceny i w 17 minucie wylazła z niej zielona świnia.
   W swym pisaniu o sztuce - przejść ze stylistycznej sztuczności sztanc scjentycznych na nieprzewidywalność reakcji własnej skóry. Ilu piewców tej celnej marszruty mógłbym jeszcze wymienić? 200? 500?... Widzę, że czas kończyć. Trudno. Niechaj wystarczy, że zafiniszuję wspomnieniem o nieuchwytnym alchemiku pióra, od którego wieki temu zaczernionych stronic zaczęło się subiektywne pisanie o wszystkich - małych i wielkich - drobinach globu naszego.
   Nazywał się Montaigne. Stworzył trzy nieogarnione tomy. Nazwał je "Essais". Po naszemu - "Próby". W XVI wieku spróbował opisać świat cały. Ci, co mają ogrom śmiałości, powiadają, że mu się udało. Dlaczego? Bo miał lepsze, niż inni, ekierki, wagi i mikroskopy? Bo go w jego pisaniu krytycznym szczególnie fachowo nie było? Nie. Na marginesie "Prób" wyszeptał: "Jedynym tematem mojego pisania jestem ja sam". Dlatego opisał świat. W 75. urodziny Mrożka - powąchaj słowa Mrożka i Kołakowskiego. Dotknij Montaigne'a. To twoja szansa, ołowiany gniocie. Bądź dzielny! Czucie nie gubi.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie