Szczęśliwy mariaż górala z Pienin

Redakcja
Państwo Adamczykowie mówią o sobie żartem, że są najbardziej wykształconymi kioskarzami w Krościenku nad Dunajcem i okolicy. Skończyli filologię klasyczną na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim; studia, które do łatwych nie należą. Pani Elżbieta pochodzi z Krasnego Stawu na Lubelszczyźnie, pan Marian z Krościenka.

Wędrówki niecodzienne

Na ich roku studiowało aż dziesięciu studentów, wcześniej zdarzały się roczniki zaledwie z dwoma słuchaczami. Dla pana Mariana historia starożytna i łacina była nie tylko przyjemnością, wręcz prawdziwą pasją. Pani Elżbieta zanim rozpoczęła studia uczyła się dodatkowo przez cztery lata ła ciny. - Język łaciński nie jest powszechnie używany, jest językiem martwym, na studiach trzeba było się rzeczywiście przyłożyć. Nauka polegała głównie na tłumaczeniu tekstów dawnych - wspomina pani Elżbieta i mówi jak to jej przyszły mąż potrafił całymi godzinami tłumaczyć teksty, nawet poezję.

Treścią jego pracy magisterskiej było przetłumaczenie Bellum Alexandrinum - "Wojny aleksandryjskiej". Tłumaczenia polskiego dotąd nie było, wcześniej przełożone zostało m. in. na angielski, rosyjski, czeski i dwa francuskie. - Opracowanie przypisywane jest Gajuszowi Juliuszowi Cezarowi, ale to jest pseudo cezariańskie dzie ło, które po raz pierwszy przetłumaczyłem na język polski, opatrzyłem wstępem, indeksem i komentarzem. Niestety praca nie została wydana drukiem, znajduje się w Zakładzie Filologii Klasycznej - mówi pan Marian. - Szkoda, bo dopiero dziesięć lat po mojej pracy ukazało się tłumaczenie dokonane przez Wandę Nowosielską-Konikową.

Panu Marianowi zaproponowano otwarcie przewodu doktorskiego, co w tamtych czasach powszechnym nie było. Nie skorzystał, powrócił z żoną do rodzinnego Krościenka, gdzie nastąpiło zderzenie z rzeczywistością. - Chcieliśmy uczyć w szkole. W tamtych czasach nie stawia liśmy sobie większych celów, chcieliśmy w miarę godziwie żyć, przyzwoicie wychować dzieci - mówi pani Elżbieta. - Kilka razy chodziłem do tutejszego liceum, chciałem uczyć łaciny, ale grzecznie mi odmawiano, dostałem za to pracę w szkole podstawowej - dodał pan Marian.

Najpierw prowadzili pizzerię, po paru latach mały sklepik o zmieniającym się asortymencie, w zależności od potrzeb, zaczynali od sportowego, dziś z prasą i drobiazgami papierniczymi. Nie żałują. Pani Elżbieta podkreśla, że mogła poświęcić się wychowaniu córek, to bardzo zaprocentowało, mówi z dumą: - Praca na miejscu, córki blisko nas, dzięki temu osiągnęły to co zamierzały. Starsza Karolina skończyła studia ekonomiczne, pracuje w poważnej grupie finansowej banku holenderskiego, młodsza Magdalena robi doktorat w Cardiff w Walii. Opuszczając dom mówiły po włosku, niemiecku i angielsku, później doszedł niderlandzki. Zaliczyły stypendia zagraniczne. Jedyną "porażką", o której Adamczykowie mówią z żalem to, że nie zaszczepili córkom miłości do łaciny, nie chciały się uczyć i nie znają jej, teraz jak mówi pani Elżbieta "okrutnie" żałują, szczególnie młodszej przydałaby się na studiach biologicznych, a obecnie w pracy naukowej.

Pani Elżbieta zupełnie przez przypadek zaczęła malować w technice suchych pasteli. Wszystko dzięki Zbigniewowi Kotowskiemu, artyście, z pracowni prof. Jerzego Nowosielskiego, który znany jest głównie z portretowania koni, właśnie w technice pasteli. Podarował pani Elżbiecie kredki, specjalny papier i zachęcił do rysowania. Tak ujawnił się talent. Dzięki Annie Malinowskiej z Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych i państwu Tyburom ze Stowarzyszenia Artystów Pienińskich zaistniała na wystawach w Szczawnicy, Krościenku, Łopusznej, Liptovskim Hradku na Słowacji, ostatnio w Galerii Audialnia w Krakowie, a dzięki Ewie Jaworowskiej-Mazur dyrektorce zespołu muzealnego zamku "Dunajec" w Niedzicy, w galerii zamkowej z bardzo udaną i prestiżową wystawą.
Pan Marian poświęcił się kolarstwu szosowemu. Z dumą pokazuje stroje jednej z najlepszej na świecie profesjonalnej grupy holenderskiej Rabobank, prezentuje dyplom za udział w rajdzie dookoła Tatr, gdzie w ciągu ośmiu godzin z kolegami po konał trasę 210 km okrążając Tatry. - Marzymy z mężem, aby przejechać cały Tour de France camperem, jechać za zawodnikami i przeżywać z nimi wyścig, tak jak robi to wielu miłośników kolarstwa z całej Europy - dopowiada pani Elżbieta.

Kontakt z ludźmi w sklepiku inspiruje panią Elżbietę do malowania. - Fantastyczne są te spotkania, czasami cały dzień na nich upływa. Bardzo dobrze się czuję w tych stronach, wyczuwam płynącą sympatię i wsparcie, nie spodziewałam się tego. Jak dowiedzieli się, że maluję, inspirują mnie, czekają na nowe obrazy, wzbogacają mnie, a ja uwrażliwiam ich na sztukę - sentymentalnie brzmi w jej głosie. Pan Marian dodaje, że mając około hektara ziemi wokół starego domu, bawią się ogrodnictwem, koszą trawę. Mają na działce wiewiórki, kuny, nietoperze, jelonki i salamandry plamiste.

Łacina, greka dalej sprawia im przyjemność, pan Marian z pamięci recytuje "Odyseję", a pani Elżbieta pamięta, jak to w trudnych czasach w szpitalu po urodze niu pierwszej córki, dostała od męża wzruszający list pisany po łacinie, dziękujący za urodzenie córki, nieocenzurowany, bo cenzor nic nie zrozumiał.

Plany na ten rok? Chcą odwiedzić córkę w Cardiff, a pan Marian wybiera się w oko lice Sławatycz nad Bugiem z zamiarem przejechania w dwa dni trasy 524 km.

Ryszard M. Remiszewski

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie