Sztuka z sakiewką

Redakcja
Dziś próżno szukać takich okazji, jakie zdarzały się jeszcze z końcem lat 80., kiedy dobry obraz uznanego malarza można było kupić za kilkaset dolarów

Jolanta Ciosek

Jolanta Ciosek

Dziś próżno szukać takich okazji, jakie zdarzały się jeszcze

z końcem lat 80., kiedy dobry obraz uznanego malarza można było kupić za kilkaset dolarów

   Czy w Polsce istnieje rynek dzieł sztuki współczesnej? A jeśli tak, to czy łatwo się nią handluje i kim najczęściej są klienci: kolekcjonerami, handlarzami czy drobnymi ciułaczami, którzy jedynie od czasu do czasu, dla przyjemności, mogą sobie pozwolić na zakup obrazu, rysunku lub grafiki?
   - Pytanie o rynek sztuki w Polsce zadaję__sobie, odkąd prowadzę galerię. I wciąż szukam na nie odpowiedzi - mówi Andrzej Starmach, znany krakowski marszand sprzedający prace autorów z "najwyższej półki". - W Polsce, wedle moich szacunków, istnieje kilka tysięcy punktów, gdzie można kupić lepszą lub gorszą sztukę, ponadto istnieje kilkadziesiąt tysięcy pokątnych handlarzy, a z każdej galerii utrzymuje się kilka osób. W sumie okazuje się, że z handlu sztuką żyje całkiem pokaźna grupa ludzi. Z drugiej zaś strony wszyscy galernicy wiedzą, jak ciężko sprzedać choćby jedną pracę. No więc jaka jest prawda?
   Do 1989 roku rynek dzieł sztuki istniał niemal wyłącznie w formie zmonopolizowanej: sprowadzony do państwowych salonów "Desy", a piętnaście lat na ukształtowanie się nowych reguł to niewiele. Poza tym, jak twierdzi Starmach, Polacy w ogóle nie pałają wielką miłością do sztuk plastycznych. - Można to zaobserwować na przestrzeni wieków. O ile nasi królowie sprowadzali do Polski przyzwoitych architektów - czego dowody obserwujemy od Krakowa po Warszawę, o tyle ze sprowadzaniem artystów malarzy było nie najlepiej, czego z kolei dowodem są mało oszałamiające zasoby krajowych muzeów. Tu nie da się wszystkiego wytłumaczyć potopem szwedzkim, wojną czy czasami komuny.
   Obecnie przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele. - Główna to brak edukacji plastycznej - mówi Janina Górka-Czarnecka, właścicielka galerii sztuki współczesnej "Artemis", oferującej różnorodne prace: od obrazów olejnych, poprzez akwarele, rzeźby po rysunki i grafiki. - Wśród młodych ludzi coraz rzadziej rozbudza się potrzebę obcowania z pięknym malarstwem czy grafiką. Nie czyni tego ani szkoła, ani rodzina. Odchodzi pokolenie, dla którego kontakt ze sztuką w domu poprzez rodzinne kolekcje był czymś oczywistym. Właścicielami tych mieszczańskich, krakowskich zasobów stają się ludzie coraz młodsi, często bez znajomości sztuki, a przede wszystkim bez tych zaszłości emocjonalnych związanych z eksponatami kupowanymi przez ich rodziców i dziadków.
   Mimo takiego stanu rzeczy ceny dzieł sztuki współczesnej wciąż rosną. Wartość pracy zależy przede wszystkim od nazwiska autora, formatu i techniki, w której została wykonana. Dziś jednak próżno szukać takich okazji, jakie zdarzały się jeszcze z końcem lat 80., kiedy dobry obraz uznanego malarza można było kupić za kilkaset dolarów. - Już wówczas mówiłem, że niedługo nadejdą czasy, w których dobry olej znanego artysty będzie w cenie dobrego samochodu - _twierdzi Andrzej Starmach. - Wszyscy się ze mnie wówczas śmiali. Te czasy nadeszły już parę lat temu, a obecnie wszystko zmierza w tym kierunku, że za taki obraz będzie można kupić mieszkanie lub dom. Ceny na najlepsze prace idą nieustannie w górę. Problem w tym, że najlepszych prac jest stosunkowo mało, ale też krąg odbiorców nimi zainteresowanych okazuje się niewielki. Poważnych kolekcjonerów, którzy mogą wydać na współczesną sztukę ponad milion złotych rocznie, jest zaledwie garstka. Są to raczej inwestorzy lokujący kapitał w dobre nazwiska, a nie miłośnicy dzieł. U nas średniozamożny zbieracz wydaje na kolekcjonerstwo około stu tysięcy złotych rocznie.
   Oprócz handlarzy i kolekcjonerów istnieje klientela z tzw. klasy średniej, wciąż niestabilnej, kupująca prace często jako element dekoracji swoich eleganckich domów. - _To ludzie,__którzy zaspokoili swoje podstawowe potrzeby, takie jak: mieszkanie, samochód, wykształcenie dzieci
- mówi Jan Fejkiel, właściciel galerii oferującej głównie grafiki i rysunki, w większości autorów krakowskich. - Przy zakupach najczęściej kierują się swoimi upodobaniami, gustem, potrzebą wystroju wnętrza. Jednak bez klientów zagranicznych ciężko byłoby utrzymać galerię. Oni nadal stanowią podstawę naszej egzystencji. Ceny grafik artystów wchodzących na rynek zaczynają się już od 200 zł. Z kolei w przedziale od 1000 do 2000 zł można kupić prace Anny Sobol-Wejman, Geta Stankiewicza, Janiny Kraupe. Za dzieło Jerzego Panka trzeba zapłacić od trzech tysięcy złotych w górę. Tutaj już nie ma tzw. okazji.
   Wszyscy moi rozmówcy są zgodni, że po gospodarczym boomie na początku lat 90., kiedy to ruch na rynku sztuki się ożywił, nadeszły czasy finansowej mizerii. - Ludzie biznesu, młodzi menedżerowie, będący naszą ówczesną klientelą, gdzieś zniknęli - mówi Janina Górka-Czarnecka. - Być może ich interesy podupadły, a może zaczęli lokować pieniądze gdzie indziej? Owszem, kupują, ale nie w takim stopniu, jak wówczas. - Nadal jednak stanowią naszą najpoważniejszą klientelę, obok lekarzy, adwokatów, ale też ludzi wolnych zawodów: kompozytorów, aktorów - dodaje Andrzej Starmach. - Politycy coraz rzadziej nabywają dzieła sztuki, przynajmniej osobiście. Odkąd prezydent RP ogłosił, że "nie należy bywać" - unikają aukcji i bali charytatywnych.
   Na prace najdroższe próżno szukać klientów w Krakowie. Przyjeżdżają zwykle z Warszawy, bo tam jest ulokowany kapitał. - Tam też szukamy klientów. Najwyższe ceny osiągają prace Nowosielskiego, Kantora, Brzozowskiego, Wróblewskiego. Dobrej pracy któregoś z tych autorów nie kupimy poniżej 100 tys. zł. Ale już serigrafię Nowosielskiego można mieć za 2 tys. zł. To prace z najwyższej półki, więc i ceny są niemałe - _komentuje Starmach
   
- Jednak pamiętajmy, że istnieje cała grupa młodych, zdolnych absolwentów krakowskiej ASP. Ich prace, nawet olejne, kupimy już za kilkaset złotych. To też jest swoista lokata kapitału, bo nigdy nie wiadomo, kto z nich stanie się uznanym artystą. Inwestycja pieniędzy w dzieła sztuki jest na pewno lepszym interesem niż np. w polisy. Jeśli ma się w tej branży rozeznanie lub zawierzy doradztwu galernika, to na pewno się nie straci - mówi__Janina Górka-Czarnecka z galerii "Artemis". - _Ponadto - _dodaje - coraz częściej zaglądają do mnie ludzie chcący kupić rysunek, obraz czy rzeźbę w prezencie. Jeśli kilka osób "zrzuca się" na rzeźbę Chromego, to koszty rozkładają się, a pamiątka np. dla szefa jest wyjątkowa. Zdarzają się też zakupy, czego wcześniej nie było, z okazji chrztu, komunii św. - wybrane prace stanowią piękną pamiątkę, która nie tylko cieszy oko, ale może być zabezpieczeniem na "czarną godzinę".
   Każdy początkujący marszand popełnia ten sam błąd: ocenia klienta po wyglądzie. - _Nie ma nic bardziej zwodniczego
- mówi Andrzej Starmach. - Regułą jest, że jeśli do galerii wchodzi elegancki pan w wieku średnim z elegancką panią poniżej wieku średniego, to zawsze rezerwują najdroższe prace, lecz nigdy ich nie wykupują. A często niepozorny pan z niepozorną panią dokonują zakupów, o które nigdy by się ich nie podejrzewało.
   - W handlu sztuką nie ma sztywnych reguł - twierdzi Jan Fejkiel. - Generalnie rzecz biorąc, prace figuratywne są łatwiejsze w odbiorze od abstrakcyjnych i cieszą się większym powodzeniem. Z kolei grafiki czarno-białe znajdują nieco mniej klientów niż kolorowe.
   Oprócz handlu galeryjnego istnieje też prywatny, czyli zakupy dokonywane bezpośrednio od artystów. - Ta metoda istnieje w Polsce od zawsze i dokąd ten stan rzeczy będzie obowiązywał, to o jakimkolwiek uregulowaniu rynku dzieł sztuki mowy być nie może - komentuje Andrzej Starmach. - Na zachodzie__cenionemu artyście nie przyjdzie do głowy, by handlować samemu. W sztuce, wbrew pozorom, obowiązują te same prawa, co w zwykłym handlu: producent nie zajmuje się dystrybucją swojego towaru. - W handlu jest coś przyziemnego, niemającego wiele wspólnego z duchowością, która jest nieodłączna aktowi twórczemu - dodaje Fejkiel. - Struktura prawidłowo funkcjonującego rynku sztuki to struktura galeryjna. Jeśli artystę promujemy, wystawiamy, co wiąże się z kosztami, to powinna obowiązywać lojalność.
   Trzecią możliwością nabywania dzieł sztuki są aukcje, będące często dobrą okazją do zakupów przez właścicieli mniej zasobnych portfeli. Na aukcjach właśnie, zarówno handlowych, jak i charytatywnych zdarzają się tzw. okazje, kiedy to można "upolować" dobrą pracę za stosunkowo niewielkie pieniądze, a czasem wręcz po cenie wywoławczej lub po jednokrotnym przebiciu. - Aukcje rządzą się swoimi prawami, bez względu na to, czy odbywają się w londyńskiej Sotheby's, gdzie ceny obrazów dochodzą do kilkunastu milionów dolarów, czy w Polsce, gdzie licytuje się prace od kilku do kilkuset tysięcy złotych - mówi Andrzej Starmach, znany również jako aukcjoner, pod młotkiem którego wylicytowano tysiące prac. - Na każdej aukcji, zarówno handlowej, jak i charytatywnej, jedne dzieła idą powyżej cen rynkowych, inne poniżej. Głównymi nabywcami są handlarze sztuką, co dowodzi, że można tam trafić na okazje. Ale też największą grupą dostarczającą prace na aukcje są także handlarze, co świadczy o tym, że można tam sprzedać za wyższą cenę niż w galeriach. Nie ma żadnych reguł, np. przez kilka edycji Aukcji Wielkiego Serca prace Erny Rosenstein osiągały dwukrotnie wyższe ceny niż rynkowe i nikt nie wiedział dlaczego.
   Wspaniałą tradycją Krakowa stały się aukcje charytatywne, które, zdaniem Andrzeja Starmacha, nigdzie nie wypadają tak dobrze jak pod Wawelem. Aukcyjne emocje są wielkie, nie zrozumie ich nikt, kto choć raz w takim wydarzeniu nie uczestniczył. Bywają sytuacje, w których kilku zawziętych klientów wpada w trans, nie zważając na cenę licytowanej pracy. - Bo na aukcjach nie ma przegranych - mówi Starmach. - Nawet jeśli przepłaci się za pracę, to i tak pozostanie się zwycięzcą, który pokonał wszystkich pozostałych licytujących. A człowiek to zwierzę, które lubi zwyciężać. Dowodem tego była przed laty licytacja obrazu Eugeniusza Zaka, który poszedł za niebotyczną wtedy kwotę 1 200 000 zł. Było to dla mnie wielkie zaskoczenie, bo obrazy tego malarza osiągały wówczas maksymalną cenę pół miliona zł.
   Podczas aukcji charytatywnych obowiązuje specyficzna strategia, której mistrzem jest Starmach. Nikt, tak jak on, nie potrafi rozbudzać emocji, uciekając się często do żartów i dowcipów. Gra, a to na ambicjach kupujących: "Pan prezydent da się pokonać?", czasami na walce płci: "Pani pozwoli przebić się panu?", a kiedy indziej, sprzedając olej przedstawiający kury, stosuje czysto handlowe chwyty: "Tyle drobiu za jedyne 200 zł - to niebywała okazja". Na ostatniej aukcji w Krzysztoforach sprzedał wszystkie prace, najdrożej niewielki obraz Nowosielskiego za 46 tys. zł. Rekordową liczbę dzieł wylicytował przed laty, podczas wyprzedaży z BWA - w ciągu 3 godzin sprzedał 315 prac. - Podczas aukcji liczy się tempo i szybkość decyzji podejmowanych przez klientów. W paryskim hotelu Druot, gdzie jest kilkanaście sal, w każdej po 200 osób, które biegają z jednej do drugiej, by upolować wypatrzoną pracę, tempo to podstawa. Nikt nie wyczekuje na kolejne stuknięcie młotkiem, bo nikt z poważnych biznesmenów nie może sobie pozwolić na stratę trzech godzin podczas licytacji stu prac. Bywałem też na aukcjach w rezydencji Barbary Piaseckiej-Johnson. Tam z kolei śmietanka towarzyska delektuje się całym anturażem wielkiego bankietu, do którego aukcja jest jedynie dodatkiem. Ale reguły gry wszędzie są podobne. Polskie aukcje różnią się od światowych jedynie ilością zer przy cenach za prace. No i tempem licytacji.
   Kraków, w którym wedle szacunków Andrzeja Starmacha istnieje kilkadziesiąt galerii, jest miejscem raczej do pozyskiwania dzieł niż do handlu. Mitem też są, jego zdaniem, stare krakowskie, mieszczańskie mieszkania wyposażone w wybitne dzieła sztuki. - One istnieją, ale wielkich dzieł w wielkich ilościach raczej tam nie znajdziemy. Te kolekcje są coraz bardziej rozproszone, wyprzedawane przez nowych właścicieli.
   Kiedy pytam moich rozmówców, czy z handlu sztuką można wyżyć, wszyscy zamyślają się, po czym stwierdzają: - Nie jest źle, ale też nie tak dobrze, by nie mogło być lepiej.

Wyższe mandaty od skarbówki z początkiem maja

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie