Ta kobieta zasługuje na nadzieję. I pieniądze na remont...

Ta kobieta zasługuje na nadzieję. I pieniądze na remont mieszkania

Majka Lisińska-Kozioł

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Numer konta Dzieła Pomocy św. Ojca Pio: 74 1240 2294 1111 0010 1273 0039. Wpłaty z dopiskiem: Darowizna na remont mieszkania pani Beaty
1/2
przejdź do galerii

Numer konta Dzieła Pomocy św. Ojca Pio: 74 1240 2294 1111 0010 1273 0039. Wpłaty z dopiskiem: Darowizna na remont mieszkania pani Beaty ©Fot. Adam Wojnar

Reportaż. Rodzice upili ją w sylwestra, gdy miała zaledwie osiem lat. Dziś wiadomo, że właśnie wtedy zaczął się upadek Beaty. Kilkadziesiąt lat potem sięgnęła dna, ale się podźwignęła. Dziś walczy o córkę. I potrzebuje pomocy
Krakowski Kazimierz spowija mgła. Jest zimno, ale Beata gna przed siebie, że ledwie mogę nadążyć. Chce mi pokazać mieszkanie. A właściwie 32-metrowy lokal, który po remoncie może w mieszkanie się zmienić.

Najpierw trzeba wymienić okna, zburzyć ścianę, żeby wydzielić dwa pokoiki i doświetlić kuchnię. Podłogi praktycznie nie istnieją, ze ścian odpada tynk, nie ma ogrzewania ani nawet instalacji elektrycznej.
O wyposażeniu niezbędnym, żeby Beata mogła tu zamieszkać, nie wspomnę. - Wykonawca wycenił remont na 35 tysięcy złotych. Beata tych pieniędzy nie ma, dlatego trzeba jej pomóc. Bo na to zasługuje - mówi Małgorzata Czaja, pracownik socjalny Dzieła Pomocy św. Ojca Pio, które od kilku lat pomaga Beacie. Najpierw w wychodzeniu z alkoholizmu, teraz w wychodzeniu z bezdomności.

A życie jej nie rozpieszczało. W domu była przemoc i fizyczna, i psychiczna. Ojczym zdominował przybraną córkę i matkę dziewczynki. - Nie okazywali mi miłości ani zainteresowania. Ojczym pił, a ja nie rozumiałam, dlaczego matka go nie wyrzuci.

Ten pierwszy raz, kiedy Beata poczuła się w domu dobrze, zdarzył się w sylwestra. Wtedy rodzice dla zabawy upili swoją ośmioletnią córkę szampanem. - Mieli świetną zabawę - wspomina Beata. - Ja też, bo nareszcie zwracali na mnie uwagę, śmiali się i chwalili moje wygłupy. Zapamiętałam tamten dzień jako fajny i szczęśliwy. Potem przez lata z tym szczęściem kojarzył mi się alkohol.

Mijały lata. Znerwicowana Beata słabo radziła sobie w szkole. Zamiast dostać pomoc, wciąż słyszała, jakim jest głupolem i tumanem. Rodzice wyśmiewali się z niej, gdy chciała rysować, choć ma talent. Kpili, gdy zaczęła się uczyć angielskiego. Czuła się brzydka i głupia. Aż znów sięgnęła po alkohol. - Miałam piętnaście lat. Bałam się własnego cienia, ale po winie lub wódce zmieniałam się w towarzyską, wesołą dziewczynę. Miałam odwagę, by się odgryźć, gdy mi ktoś dokuczał.

Dlatego piła coraz częściej. Najpierw towarzysko, a potem po prostu po to, żeby sobie poprawić nastrój. I zyskać sympatię oraz akceptację środowiska.

***

Zanim się obejrzała picie stało się codziennością. Gdy alkoholowe odurzenie przestało wystarczać, by zapomnieć o rzeczywistości, zaczęła brać narkotyki. - Moje serce pękało z bólu. Cierpiałam z powodu odrzucenia i samotności. Heroina ten ból uśmierzała. Po odwyku zerwała z ćpaniem. I na krótki czas z piciem. - Ale zaraz do butelki wróciłam. Wmawiałam sobie, że skoro rzuciłam narkotyki, to picie odstawię, kiedy tylko zechcę. Nie miała wtedy świadomości, że jest w szponach nałogu, z których sama nie potrafi się wyrwać. Straciła pracę, mieszkanie. Trafiła wprost do meliny i została na dwa lata. - A tam się tylko piło. No to i ja piłam. Na umór. Nie interesowały mnie dzieci; nastoletni wtedy syn i trzyletnia córka Ania. Zostawiłam ich dla wódki.

Ania urodziła się, gdy Beata miała 40 lat. Jej tata interesował się dzieckiem krótko. Nawet przysyłał jakieś pieniądze. Potem tylko dzwonił. - Ale ja już nie trzeźwiałam. Syn skończył osiemnaście lat i zajął się sobą, Ania została umieszczona w Pogotowiu Opiekuńczym. Nie odbierałam telefonów od jej ojca, no to przestał dzwonić.

Podczas kolejnych libacji alkoholowych Beatę zaczęły dopadać boleści. Ból był nie do zniesienia i któryś z kompanów od kieliszka wezwał pogotowie.

Po dwóch tygodniach została wypisana ze szpitala. - Wyszłam na ulicę, rozejrzałam się wokoło i uświadomiłam sobie, że jestem sama jak palec.

Jeszcze dziś, gdy mówi o tamtej chwili w swoim życiu, łzy zaczynają błyszczeć w kącikach jej oczu, a potem cienką strużką płyną po policzkach. - Stałam i stałam przed szpitalem, aż dotarło do mnie, że nie mam dokąd pójść. Wróciłam na melinę.

Słabła. Nie miała pieniędzy na leki ani na jedzenie. Bała się sięgnąć po alkohol. Po tygodniu, gdy siły jeszcze bardziej ją opuściły, ktoś wspomniał o przytulisku dla kobiet w Krakowie. I dodał, że prowadzą je siostry al-bertynki.

Poczuła impuls; nie wymagają tam żadnych dokumentów, niczego nie chcą, ale otwierają drzwi i pozwalają żyć, jeśli w kimś tli się jeszcze marzenie o powrocie do życia. Tak jak w Beacie.

- Pamiętam, że gdy założyłam skarpety, musiałam odpoczywać pół godziny, zanim mogłam wsunąć stopy w buty. Nie wiem, jak dotarłam do przytuliska. Dziś myślę sobie, że Pan Jezus i aniołowie tachali mnie tam, bo wiedzieli, że to moja ostatnia szansa. Zapalenie krtani odebrało mi głos, więc gdy zadzwoniłam do bramy tylko stałam i milczałam. Otworzyła mi siostra staruszeczka. Ledwie, ledwie dała radę, żeby wciągnąć mnie po schodach na piętro. A ja poczułam, że jestem w domu. Nikt mnie nie oceniał. Nikt nie wyzywał. Otuliła mnie serdeczność i troska. I to był przełom w moim życiu. Ono po prostu skierowało się na inne tory.

***

W przytulisku Beata przez rok dochodziła do siebie. I wtedy właśnie rodzice przypomnieli sobie o niej i wystąpili o przymusowe leczenie z alkoholizmu. - To było śmieszne, ojciec alkoholik i mama współuzależniona, chcieli, żebym ja się leczyła.

W pierwszym ośrodku uznano, że Beata jest zbyt chora. Pół roku później trafiła do innego. - Już nie piłam, ale musiałam jeszcze wytrzeźwieć - opowiada. - To było najważniejsze. Po powrocie do przytuliska zdała sobie sprawę, że ten etap jej walki o życie dobiega końca. Że musi się o siebie zatroszczyć. - Widziałam kobiety, młode jeszcze, które latami wegetowały pod opieką sióstr albertynek. Jadły, spały, narzekały, a życie przeciekało im przez palce. Ja tak nie chciałam. Ale świat, który Beata oglądała na trzeźwo był dla niej obcy. Zrozumiała, że jej rozwój emocjonalny zatrzymał się wtedy, gdy miała 15 lat. Pragnęła ze wszystkich sił nadrobić stracony czas.

Małgorzata Czaja z Dzieła Pomocy św. Ojca Pio przyznaje, że tak walczącej o siebie kobiety jeszcze nie widziała. Bo Beata krok po kroku, konsekwentnie odbudowuje swoje życie. Nauczyła się uczciwie zarabiać, choć wydawało jej się, że ośmiu godzin w pracy nie przetrzyma. Dlatego najpierw włączono ją do projektu prowadzonego przez krakowski MOPS i wykonywała prace społeczno-użyteczne przez dziesięć godzin w tygodniu. Dziś Beata ma etat, wstaje o czwartej rano i daje radę. Codziennie jest bardziej świadoma tego, ile jeszcze przed nią.

***

Gdy po raz pierwszy zaproponowano jej prowadzone przez Dzieło Pomocy św. Ojca Pio mieszkanie wspierane odmówiła. Nie czuła się jeszcze gotowa, a nie chciała popełnić błędu. Rok później, w styczniu 2013 roku, zdecydowała się opuścić przytulisko. - W mieszkaniu wspieranym musiała nauczyć się samodzielności oraz odpowiedzialności za swoje decyzje. To wielkie wyzwanie dla kogoś dorosłego, kto od dziecka nie żył „normalnie” - mówi Małgorzata Czaja.

Beata nie znała cen produktów, nie potrafiła załatwiać spraw urzędowych. - Gdy piłam, pieniądze, które wpadły mi w ręce wydawałam od razu, bo liczyła się tylko ta chwila. Jutro czy pojutrze nie miały znaczenia, bo mój świat był pijany i nierzeczywisty. Tylko taki znałam - mówi Beata.

Dziś ma za sobą długą drogę do normalności; pięć lat abstynencji, leczenie interferonem, kilka razy otarła się o śmierć. - Ale najgorsze były wyrzuty sumienia i obezwładniające poczucie winy, że opuściłam dzieci - mówi. Kąciki jej oczu znowu zaczynają błyszczeć, a słona stróżka płynie po policzku, gdy wspomina słowa syna, który powiedział jej kiedyś, że nie ma do niej żalu. Docenia, że mama zawalczyła o siebie.

- Udaje się, bo zamieniłam słowa „nie dam rady” - na „dam radę”; słowa „nie ma takiej możliwości” - na „jest możliwe”. Dlatego Beata wierzy, że odzyska też Anię, dziewięcioletnią dziś córeczkę, która od sześciu lat przebywa w rodzinie zastępczej. - Nie straciłyśmy więzi, widujemy się, jest u mnie w co drugi weekend i we wtorki. Moja Ania jest mądrą dziewczynką i chcę, żeby była szczęśliwa. Jeśli wyszykuję mieszkanie, będzie nam łatwiej. Może nawet zamieszkamy razem na stałe? - marzy.

***

I żyje tak, żeby nie zmarnować nawet sekundy. Z rodzicami utrzymuje kontakty sporadyczne; nie chce znów uwikłać się w jakieś psychiczne uzależnienia. - Wciąż fascynuje mnie i zaskakuje odkrywanie w sobie wielkich pokładów macierzyństwa, które były we mnie, a o których przez wiele lat nie chciałam wiedzieć. Zdaję sobie sprawę, że odzyskanie córki nie uda się z dnia na dzień. Wiem, że to musi trwać. I, że nie mogę robić wszystkiego naraz. Ale wiem też, że dam radę, jeśli będę stawiać krok za krokiem. Nie za szybko i nie za wolno. Teraz mam na głowie mieszkanie. Ono jest najważniejsze. I rodzina. A potem może zrobię kolejny krok. Na przykład do własnej restauracji?

Dlaczego nie? Przecież Beata robi najlepsze na świecie pierogi, a gotowanie to jej pasja. Na ścianach tej restauracji wisiałyby obrazy jej autorstwa; zdolności plastyczne odkryła w sobie na nowo. - Narysowałam Ani kopię dzieła Stanisława Wyspiańskiego „Śpiący Staś”. W dwie godziny - pochwaliła się wczoraj.

Ale gdy spogląda wstecz, wyraźnie dziś widzi, że trzydzieści spośród jej pięćdziesięciu lat zasnuwają opary alkoholu. Kilka razy upadała, ale podnosiła się i szła dalej. Mnóstwo osób podawało jej rękę. Sama nie dałaby rady. Bez pomocy nie zdoła wyremontować też swoich 32 mkw. Czas ma do połowy stycznia. Jeśli nie zdąży, może stracić i dom, i szansę na życie na własny rachunek.

- A Beata zasługuje na pomoc - mówi Małgorzata Czaja.

majka.lisinska@dziennik.krakow.pl

Komentarze (2)

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Autor komentarza nie dodał zdjęcia
Cwaniara

DziadzioTomek (gość)

Zgłoś naruszenie treści / 2 / 8

Piszę po raz drugi po poprzednio CENZURA zatrzymała komentarz.

Jeżeli to co na zdjęciu jest jej mieszkaniem, to nie jest tragicznie. Z nam osoby co mieszkają w gorszych mieszkaniach. Zamiast...rozwiń całość

Piszę po raz drugi po poprzednio CENZURA zatrzymała komentarz.

Jeżeli to co na zdjęciu jest jej mieszkaniem, to nie jest tragicznie. Z nam osoby co mieszkają w gorszych mieszkaniach. Zamiast jęczeć i angażować znajomych dziennikarzy żeby wysmolili artykuł na całą stronę o niby tragicznym położeniu, Należy od nich pożyczyć 100,- z na klej i farbę. Zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Po prostym remoncie można mieszkać i zbierać pieniądze na remont marzeń. A ona idzie najprostszą drogą próbując wziąć ludzi na litość i bez żadnego wysiłku zrobić luksus w mieszkaniu. Ona wszystko przehulała, a są kobiety które cały czas ciężko pracują i mają gorsze warunki.zwiń

Autor komentarza nie dodał zdjęcia
Cwaniara

DziadzioTomek (gość)

Zgłoś naruszenie treści / 1 / 4

Jeżeli to co na zdjęciu jest jej mieszkaniem, to nie jest tragicznie. Z nam osoby co mieszkają w gorszych mieszkaniach. Zamiast jęczeć i angażować znajomych dziennikarzy żeby wysmolili artykuł na...rozwiń całość

Jeżeli to co na zdjęciu jest jej mieszkaniem, to nie jest tragicznie. Z nam osoby co mieszkają w gorszych mieszkaniach. Zamiast jęczeć i angażować znajomych dziennikarzy żeby wysmolili artykuł na całą stronę o niby tragicznym położeniu, Należy od nich pożyczyć 100,- z na klej i farbę. Zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Po tak prostym remoncie można mieszkać i zbierać pieniądze na remont marzeń. A ona idzie najprostszą drogą próbując wziąć ludzi na litość i bez żadnego wysiłku zrobić luksus w mieszkaniu.zwiń

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo