Tadeusz Huk. Aktor, który nie sprawdza się jako celebryta

Tadeusz Huk. Aktor, który nie sprawdza się jako celebryta

Rozmawia Wacław Krupiński

Dziennik Polski 24

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Emeryt do wzięcia. Pożegnał się ze Starym Teatrem i szuka nowych wyzwań. Może zacznie coś tworzyć na poważnie? Fraszki albo wierszyki. Ma już cały stos
1/2
przejdź do galerii

Emeryt do wzięcia. Pożegnał się ze Starym Teatrem i szuka nowych wyzwań. Może zacznie coś tworzyć na poważnie? Fraszki albo wierszyki. Ma już cały stos zapisanych kartek, które do tej pory – jak mówi ­– POWSTAWAŁY „AD HUK”


©FOT. WOJCIECH MATUSIK

Po dyplomie Tadeusz Huk dostał angaż w Teatrze im. Słowackiego. Kiedy omawiał szczegóły z dyrektorem Dąbrowskim, usłyszał: – Rany boskie, to myśmy kota w worku kupili. Łysy amant!
– Jak się Panu odchodziło ze Starego Teatru na emeryturę?

– Przecież to normalne. Wiedziałem, że się zbliża. Pod koniec ubiegłego roku usiłowałem się dowiedzieć od dyrektora (od red. – Jan Klata), gdzie widzi mnie w teatrze. Po krótkiej rozmowie doszedłem do wniosku, że jestem niepotrzebny. Odszedłem. I może dobrze się złożyło, bo to już nie jest teatr dla mnie. Koledzy namawiali, żebym poczekał na jubileusz 45-lecia. Ale co mi z niego, skoro miałbym dyskomfort jako człowiek i jako artysta. Nie chciałem czekać na kolejny spektakl, z którego będę musiał z jakichś powodów rezygnować.

– Z jakich powodów wycofał się Pan z „Pocztu Królów Polskich”?

– Proszę, niech mnie pan nie namawia, bym marudził. W Starym Teatrze przez 44 lata zrezygnowałem z udziału w dwóch sztukach. Ta była druga.

– A pierwsza?

– Nie pamiętam, ale chodziło o zwolnienie do filmu.

– Nie zagrał Pan też w spektaklu „Nie-boska komedia”; ostatecznie odwołanym.

– W ten spektakl w ogóle nie wszedłem. Nie było mnie w teatrze parę tygodni. Wpisano mnie w obsadę, gdy ja już czekałem na dwa zabiegi chirurgiczne. Nikt się nie zainteresował, że mnie nie ma. Tylko koledzy dzwonili. Pytali, jak się czuję i opowiadali, jak przebiegają próby. Nie miałem żadnej wątpliwości, że w takim przedstawieniu bym nie wystąpił.

– Zazdroszczę Panu.

– Że jestem już na emeryturze?

– Nie. Posiadania przyjaciela od ponad 50 lat.

– Mówi pan o Leszku Piskorzu. To rzadkie, ale się zdarzyło. Nigdy się na nim nie zawiodłem. To Leszek sprawił, że poszedłem do szkoły teatralnej; zdawał po raz drugi i mnie namówił. Dostaliśmy się. Byliśmy w jednej grupie.

– Po dyplomie Leszek poszedł do „Starego”. Pan, mając dyplom z wyróżnieniem, do Teatru im. Słowackiego. Bolało?

– Nie. Za dyrekcji Bronisława Dąbrowskiego to był dobry teatr. Byłem już po rozmowach z ówczesnym dyrektorem „Starego” Zygmuntem Hübnerem, ale akurat przestał być dyrektorem i wtedy mój profesor, Jerzy Goliński, powiedział, że ma dla mnie parę propozycji. Tak poszedłem za nim do „Słowaka”. Dzięki temu zagrałem parę dużych ról w sztukach Słowackiego, Wyspiańskiego, Eliota, Czechowa. Po „Płatonowie” recenzentka porównała mnie w „Dialogu” z największymi aktorami radzieckimi.

– Po czterech sezonach znalazł się Pan w Starym.

– Z tego, co wiem, to Konrad Swinarski podsunął mnie dyrektorowi Gawlikowi. Niestety, przedwczesna śmierć reżysera sprawiła, że spotkaliśmy się raptem na paru próbach „Hamleta”. Nie byłem pupilkiem Gawlika; być może, angażując mnie, chciał zrobić na złość ówczesnemu dyrektorowi Jerzemu Krasow-skiemu? Bo przecież była rywalizacja między tymi teatrami.

To – tak jak w sporcie, podebrać zawodnika z Realu Madryt, by grał w Barcelonie... Ale też, muszę przyznać, dyrektor Gawlik był bardzo rzetelny w prowadzeniu teatru, w skupianiu wokół niego grona aktorów, jak i reżyserów: Jarocki, Swinarski, Wajda. To była awangarda, ale jakże artystycznie wartościowa. Niestosująca efektów dla efektów. Byle zszokować, byle sprowokować. I ta artystyczna jakość przekładała się na zespół.

Nawet jeśli nie wszyscy przepadali za sobą, to w pracy byli wobec siebie lojalni, robiąc, ile się da, by rezultat był jak najlepszy. Być w „Starym” to była nobilitacja. Wszystko oddawało się teatrowi, rezygnowało się z telewizji, filmu, byle grać. Wiem coś o tym. Teraz nie potrafię powiedzieć, czy bym się tak zachował.

– Przyjaciel pociągnął Pana do PWST, a ojciec, znany adwokat, widział w Panu swego sukcesora. Pan z kolei myślał o ASP, o architekturze.

– Nawet coś już tam zdałem, ale dopiero PWST naprawdę mnie usatysfakcjonowało. Gwarantowało artystowskie życie, z dala od szarych realiów PRL-u, a to było moim celem. Zawód prawniczy jawił się wówczas nieciekawie.

– Nigdy Pan nie żałował, że nie poszedł w ślady ojca?

– A wiadomo, czy miałbym do tego talent? Może stałbym się zamożnym człowiekiem, ale czy wczytując się w akta, nie mówiłbym sobie, szkoda, że to nie Szekspir, nie Molier...

– Jak się ma przyjaźń do wpisanej w ten zawód rywalizacji, do ambicji bycia lepszym? Często grał Pan z Leszkiem Piskorzem w tych samych spektaklach, jak „Z biegiem lat, z biegiem dni”, „Sen o Bezgrzesznej”, „Trans-Atlantyk”. Ostatnio w Teatrze STU w komedii „To tylko miłość” rywalizujecie nawet o tę samą kobietę...

– Kiedyś jakaś kobieta musiała wejść między nas. Mówiąc poważnie, dzięki temu, że się bardzo dobrze znamy, nigdy nie było między nami zgrzytów. Także zawodowych. Poza tym, mając inne emploi, nie wchodziliśmy sobie w drogę. Może to było najważniejsze?

– Bo Pan jest amant, jak żartujecie między sobą, a Leszek jest brzydki.

– No i ja kibicuję Cracovii, a Leszek – Wiśle. Nieraz sobie pokrzykujemy przy płocie, kto „Pany”... A serio – jesteśmy na tyle rozumnymi fanami, że trzymamy kciuki za wszystkie krakowskie drużyny.

– To Leszek Piskorz spowodował, że Pan – Gospodarz z „Wesela” Wajdy – teraz sam gospodarzy w Bronowicach, mieszkając na tyłach Tetmajerówki i Rydlówki.

– Leszek wyszukał miejsce, za co jesteśmy mu z żoną dozgonnie wdzięczni. Nasze domy sąsiadują przez płot. A my możemy się przy nim spotkać na kieliszek. Nie wiem, jak długo będzie trwało, ale są to najpiękniejsze lata „jesieni życia”.

– Podkreśla Pan, że ma duże poczucie humoru na swój temat. Prawda?

– Jeśli mam komuś dokuczyć, najpierw zaczynam od siebie. Żeby ten ktoś nie czuł się uprzywilejowany lub, nie daj Boże, wyróżniony.

– Poproszę o przykład.

– To już klasyka. Po dyplomie znalazłem się w gabinecie dyrektora Dąbrowskiego, by omówić warunki angażu, rozmawiamy, a on coraz bardziej przygląda się mojej głowie i woła do żony: „Rany boskie, Lidka, kota w worku kupiliśmy. Łysy amant”. Ale dzięki temu, że to zauważył, uniknąłem ról amantów, a miałem grać Wacława w Zemście. Ostatecznie zaangażował 40-latka Jula Jabczyńskiego. To było bardzo zabawne.

– Jaki łysy, wtedy raptem łysiejący.

– I jeszcze miałem czarne włosy. Jak grałem w spektaklu dyplomowym prof. Sonnenbrucha, musieli mi je posypywać mąką, co sprawiało, że mój bohater już po pierwszej scenie miał pełno łupieżu.

– Pozostańmy przy urodzie. Anna Dymna oceniła, że Pan to „wzorzec prawdziwego mężczyzny, którego kobiety szukają przez całe życie”.

– Ania zawsze była i jest bardzo miła dla mnie; nawet kiedyś zaproponowała mnie do roli w teatrze Bagatela w „Po latach o tej samej porze”. Ale sztuka zeszła z afisza, jak tylko zmienił się dyrektor. Hm, kobiety; wie pan, ile teraz mówi mi, jak to się we mnie kiedyś kochały? Na przykład, gdy grałem Janosika w śpiewogrze Brylla. Tylko że ja o tym nie wiedziałem! Po 40 latach mi to mówią... Teraz – jest już to nietaktem.

– Maria Malatyńska z czasów, gdy grał Pan w „Słowackim”, wspominała Pana zgrabne nogi, wyeksponowane w krótkiej, greckiej tunice.

– W „Achilleis” Wyspiańskiego.

–Widzę, że ta opinia utkwiła Panu w pamięci.

– To była jedyna tunika w moim życiu. Zapamiętane nogi, to już wielki sukces. Znaczy, że dobrze chodziłem po scenie. Bez obcasów.

– Który typ reżysera jest Panu bliższy – Andrzej Wajda zostawiający wolność aktorowi...
1 »

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo