Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Tajemnice wszechświata

Redakcja
Zewsząd otaczają nas tajemnice, małe, duże i wielkie. Na pewno nieraz zastanawiamy się, jakby je rozwiązać, jak zajrzeć za ich kulisy, jak oznajmić, że już nie są sekretem, krzyknąć „Eureka!” („Znalazłem!”), tak, jak wielki grecki mędrzec i największy wynalazca starożytności Archimedes, który wybiegając z łaźni właśnie tym słowem obwieścił wszystkim, że wie, iż „ciało zanurzone w cieczy traci pozornie tyle na ciężarze, ile waży ciecz przez nie wyparta”.

Historia w znaczki wpisana

Wiele tajemnic uczeni już rozwikłali, wciąż słyszymy, że badaczom znowu udało się wytłumaczyć to, co dotąd było niewytłumaczalne. Niemniej wiele zagadek wciąż czeka na swych odkrywców, niektóre – od setek i tysięcy lat. Opiszmy tu niektóre z Tyc,h pozostających w sferze tajemniczości, przy czym wspomożemy się serią poczty Malediwów, państwa wyspiarskiego na Oceanie Indyjskim, które – co tu ukrywać – wydaje sporo znaczków tylko po to, by zasilić swą kasę. Pod lupę chcemy wziąć aż 16 bloków z 1992 r., z których każdy odnosi się do jednej z naprawdę wielkich tajemnic Wszechświata. A zatem ruszamy w drogę, trop w trop za tym, co dotąd opatrzone jest pieczęcią tajemnicy.

Nazca

Peru to południowoamerykański górzysty kraj z licznymi wysokimi szczytami, a także położonymi na znacznych wysokościach płaskowyżami. Cztery z nich zyskały światową sławę, gdyż są pokryte liniami, tworzącymi ogromne wizerunki zwierząt i roślin, a także figury geometryczne. Stworzyli je Indianie z plemienia Nazca, w latach 300 przed naszą erą, do 900 naszej ery. Sposób wykonania tych geoglifów, jak zwą je naukowcy, był prosty, polegał na usunięciu z powierzchni czerwonego żwiru, co odsłaniało jaśniejsze, żółtobiałe podłoże. Ogrom wielu figur można w całości ogarnąć tylko z lotu ptaka, przelatując nad płaskowyżami balonem lub samolotem. Na przykład, widoczny na znaczku pająk ma odnóża o długości 40 metrów, a rozłożone skrzydła ptaka aż 120 metrów! Jak twórcy tych geoglifów (a są ich na płaskowyżach setki), którzy przecież nie mogli kontrolować przebiegu swej pracy z wysoka, potrafili przeprowadzić linie z taką dokładnością? Najważniejsze jednak: jakie intencje im przyświecały, co zamierzali osiągnąć, tworząc owe figury. Może przypodobać się bogom? Może ta plątanina linii, tworząca tyle rozmaitych obrazów ma jakiż związek z obserwacjami astronomicznymi? Pytań jest wiele, liczni uczeni wysuwają swoje koncepcje, omówienie wszystkich to materiał na grubą książkę (jest ich wiele, zachęcam Was do sięgnięcia po nie). Dodam tylko, że popularny szwajcarski pisarz Erich von Däniken utrzymuje (czyni to nie tylko w odniesieniu do rysunków z Nazca), że Ziemię w czasach przedhistorycznych często odwiedzali kosmici i to oni wykonali m.in. te geoglify na peruwiańskich płaskowyżach, a były one dla nich punktami orientacyjnymi przy lądowaniu ich kosmicznych pojazdów.

Stonehenge

To słynna budowla w Anglii, którą tworzą ustawione na obwodnicy kręgów wielkie megality, czyli nieobrobione potężne kamienie. Największe ważą 25 ton, można sobie wyobrazić, że ich ustawienie na sztorc nie było około 3000 lat przed naszą erą łatwym zadaniem, podobnie jak ich sprowadzenie na plac budowy – część z nich transportowano z kamieniołomów nawet 250 kilometrów! Co nakłoniło budowniczych Stonehenge do podjęcia takiego tytanicznego zadania? Prawdopodobnie chodziło im o stworzenie sanktuarium, w którym mogli oddawać się kultowi Słońca i Księżyca. Ale głoszone są także inne poglądy, na przykład, że było to obserwatorium astronomiczne, pozwalające zaznaczać ważne wydarzenia w prehistorycznym kalendarzu, a także, iż kamienie otaczały cmentarz, na którym grzebano plemiennych dostojników. Żadna z tych teorii nie jest powszechnie akceptowana, ale wciąż pojawiają się nowe, również odrzucane. Najważniejsza ikona Wielkiej Brytanii, niezrównane dzieło dawnej sztuki inżynierskiej, wciąż jest otoczona nimbem tajemnicy.

Yeti

Tajemnicza istota, żyjąca w najwyżej położonych partiach Himalajów zaprząta głowy wielu dociekliwych ludzi już od niemal dwustu lat. Po raz pierwszy bowiem informacje o niej pojawiły się w 1832 r., kiedy tragarze, towarzyszący pewnemu Anglikowi w wyprawie wysokogórskiej, w popłochu go opuścili twierdząc, że wystraszyła ich jakaś wielka postać, przypominająca małpę. Im więcej przybywało w te rejony himalaistów, tym więcej dowiadywali się od miejscowej ludności o owej istocie, którą określali mianem yeti i tym więcej płynęło w świat informacji o niej, budząc coraz większe zainteresowanie. Prawda to li, że faktycznie w Himalajach żyje jakieś nieznane zoologom zwierzę, które być może jest człowiekiem? Niektóre wieści o spotkaniach z nim brzmią wręcz fantastycznie, jak ta, pewnego podróżnika, którego dotknęła podczas samotnej ekskursji ślepota śnieżna, i byłby niechybnie zginął, gdyby nie uratowała go niemal trzymetrowa dwunożna istota, opiekująca się nim, aż wyzdrowiał. W niektórych klasztorach przechowywane są znalezione przez mnichów fragmenty sierści, jakoby należące do yeti, naukowcy ustalili jednakże, że są to części futer niedźwiedzi lub małp, niemniej ekspertyzy nie zawsze jednoznacznie to określiły. Najbardziej wymowne są ślady w śniegu napotykane przez himalaistów, odciśnięte w nim z pewnością bardzo dużymi stopami. O yeti napisano już wiele książek, niektóre wypełniają bajdy. Zatem wciąż czekamy, aż ktoś kompetentny stanie oko w oko z tą istotą, zrobi jej zdjęcia, sfilmuje ją i w ten sposób ostatecznie wypełni tę lukę w naszej wiedzy o świecie.

Piramidy

„Żołnierze, pamiętajcie, że ze szczytów tych piramid czterdzieści wieków patrzy na was” – napisał cesarz Francuzów Napoleon Bonaparte w rozkazie dziennym do swych wojaków, gdy podbijając Egipt w 1798 r., kierował ich do kolejnej bitwy. Od tego czasu minęły dwa dalsze stulecia z okładem, a piramidy wciąż stoją i codziennie podziwiają ich ogrom tysiące turystów. Ale wokół nich kręcą się także od dziesiątków lat rzesze naukowców, próbujących rozgryźć ich tajemnice: jak te grobowce faraonów budowano, jakie kryją ciągi korytarzy i sal, dokąd prowadzą nieeksplorowane dotąd chodniki itd. W naszych już czasach używa się do badań nowoczesnych technologii, ale ostatniego słowa nie powiedział jeszcze żaden naukowiec. Na bloku przedstawiono trzy największe i najbardziej znane piramidy w Gizie, leżącej opodal stolicy Egiptu, Kairu: Cheopsa, Chefrena i Mykerynosa, wzniesione w latach 2575-2465 przed naszą erą. Największa z nich, Cheopsa, powstawała zgodnie z zapisem greckiego historyka Herodota ponad 20 lat, a przy jej budowie pracowało nawet 100.000 rzemieślników i chłopów. Musieli się mocno napocić, bo na budowlę, mającą blisko 150 metrów, złożyły się 23 miliony bloków kamiennych, z których większość ważyła 2,5 tony, ale niektóre aż 15 ton!

Mary Celeste

Po morzach i oceanach pływa tysiące statków, corocznie wiele z nich tonie, czasem udaje się uratować rozbitków, nieraz jednak giną wszyscy, i nie ma wówczas żadnych świadków, którzy mogliby  wyjaśnić przyczynę katastrofy. Podobnie rzecz się ma, gdy odnajduje się statki, błądzące po morskiej toni bez załóg! Zapoczątkowała taki ciąg niezwykłych wydarzeń brygantyna „Mary Celeste”, która wypłynąwszy w listopadzie 1872 r. z Nowego Jorku z ładunkiem spiritusu, miała w grudniu dotrzeć do Genui we Włoszech. Nigdy tam się nie pojawiła, ale statek wcale nie zaginął, przypadkowo natknął się nań na Atlantyku inny, kilkaset mil od Gibraltaru, bez żywej duszy na pokładzie. Po przyholowaniu „Mary Celeste” do Gibraltaru, usiłowano wykryć przyczynę porzucenia brygantyny przez załogę, ale trudno byłoby powiedzieć, że zrobiła to z powodu nieco potarganych żagli. Niemniej nie było na niej szalupy ratunkowej, więc należało przyjąć, że marynarze wsiedli do niej i odpłynęli. Ale dlaczego? Gdy później sprawdzono ładunek, okazało się, że dziewięć beczek ze spirytusem było pustych! Może więc spili się i wyruszyli w nieznane? Pojawiło się mnóstwo hipotez, w tym również taka, że kucharz struł swoich kumpli, potem wyrzucił ich zwłoki za burtę, po czym wziął szalupę i odpłynął w siną dal, ale gdzieś go morze wciągnęło w toń. Historia „Mary Celeste” otworzyła wcale długą listę podobnych wydarzeń, wciąż do końca nie wyjaśnionych. Poszukajcie książek je opisujących.

 Trójkąt bermudzki

Spójrzmy na mapę: teatr niezwykłych wydarzeń to akwen w zachodniej części Atlantyku, ujęty w trójkąt, którego wierzchołki „dotykają” na północy Bermudy, na zachodzie – Florydę (dokładniej miasto Miami na tym półwyspie), a na południu miasto San Juan, na wyspie Puerto Rico. I właśnie na tym obszarze dzieją się od laty rzeczy, których nikt dotąd nie zdołał wytłumaczyć. Mianowicie, jest to część Atlantyku, w której giną statki i samoloty, i to tak, że śladu po nich nie ma. Z kronik wynika, że po raz pierwszy zanotowano zniknięcie przemierzającego ją statku w 1854 r. W sumie zaś do naszych czasów poszło tu na dno ponad 30 statków i jachtów! Ale co tam pojazdy morskie: giną w tym trójkącie, zwanym także diabelskim, także samoloty. I to nie sterowane przez amatorów, lecz pilotów wojskowych. Serię takich wydarzeń otworzył spektakularny los pięciu amerykańskich samolotów torpedowo-bombowych „Grunman”, które wyleciały na lot ćwiczebny w grudniu 1945 r. z bazy na Florydzie, ale już do niej nie powróciły. Podobny los spotkał później jeszcze kilkanaście samolotów. Tajemnicze te wydarzenia stały się kanwą wielu książek, reportaży, filmów. Próbuje się wykryć ich przyczynę, ale wszystkie takie próby są tylko hipotezami. Jedna z ostatnich, szczególnie lansowana, mówi o wydobywającym się z dna morza metanie, który płynąc ku powierzchni morza, tworzy olbrzymie bąble, a już ją osiągnąwszy sprawiają, że woda ma znacznie mniejszą gęstość, to zaś skutkuje tym, iż statki tracą zdolność unoszenia się w niej i znikają pod jej lustrem. To samo mogłoby dotyczyć samolotów, metan może bowiem unieść się do wysokości, na której przelatują, tam utworzyć w połączeniu z powietrzem mieszankę ze stężeniem, powodującym awarię silników. Na pewno zechcecie wiedzieć więcej, więc sięgnijcie po książki Charlesa Berlitza „Niewyjaśnione zaginięcia” i „Bez śladu”.

Sterowiec „Hindenburg”

Ważnym etapem na drodze człowieka do opanowania przestworzy było skonstruowanie sterowców, czyli wydłużonych w kształcie balonów, napędzanych silnikami. Wpierw były one – w małym jednak zakresie – użytkowane podczas pierwszej wojny światowej, potem przyszła era posługiwania się nimi w komunikacji pasażerskiej. Tu przodującą rolę odegrały Niemcy, a pionierem w tej dziedzinie był Ferdynand von Zeppelin (1838-1917). Pierwszy skonstruowany przezeń sterowiec wzniósł się w powietrze w 1900 r., ale takie, które zdawały egzamin na dłuższych trasach pojawiły się dopiero w latach dwudziestych XX wieku. W 1929 r. jeden z nich odbył nawet lot dokoła świata, a w 1936 r. sterowiec „Hindenburg” odbył aż 17 lotów przez Atlantyk, przewożąc 2.800 pasażerów i 160 ton poczty. 6 maja 1937 r. „Hindenburg” ponownie – był to jego 37. rejs do Nowego Świata – poleciał do USA, ale przy cumowaniu na lotnisku w Lakehurst spłonął. Zginęło 40 pasażerów i członków załogi. Co było przyczyną katastrofy? Istnieją różne wersje, mówi się także, iż był to rezultat sabotażu. W każdym razie dotąd nikt okoliczności katastrofy przekonująco nie wyjaśnił. Jej skutkiem był także koniec kariery sterowców, jako środków komunikacji pasażerskiej. Ale nadal buduje się tego rodzaju statki powietrzne, przeważnie służące do celów reklamowych. Nie wyklucza się ich renesansu jako sterowców pasażerskich.

Potwór z Loch Ness

Udajemy się**do Szkocji, do tamtejszego jeziora Loch Ness, słynącego od stuleci z tego, że mieszka w nim jakiś potwór, raz po raz dający o sobie znać, wynurzając z jego głębin głowę i część tułowia. Już św. Adamnan opisał go w 700 r. w żywocie św. Kolumbana, utrzymując, że tenże wyrwał jakiegoś wieśniaka z pazurów (?) gada. Potem co pewien czas pojawiały się nowe relacje o dostrzeżeniu go, przybyło ich jednak najwięcej w ubiegłym wieku. Sensacją było pierwsze zdjęcie owej diabelskiej istoty, odtąd najczęściej reprodukowane we wszelkich publikacjach (a jest ich mnóstwo). Co to może być za zwierz, który zadomowił się w jeziorze, dość dużego, bo jego powierzchnia zajmuje aż ponad 56 km kwadratowych (jest przy tym głębokie, aż do ponad 220 metrów). Rozwiązaniem zagadki zajmują się nieustannie nie tylko amatorzy, lecz także naukowcy. I wciąż nic z tego nie wynika, poza tym, że fama o istnieniu potwora nie zanika (podtrzymują ją miejscowi hotelarze i restauratorzy, przyciąga im ona bowiem klientów). Mówi się, że jest to być może jakiś gad z rzędu już wymarłych, który tu, w szkockiej krainie jakimś cudem przetrwał. Są osoby przysięgające, że widziały go wychodzącego na ląd. Ach, długo by pisać. Być może, iż Nessie – jak pieszczotliwie nazywa się gada – wygląda tak jak na bloku, być może trochę inaczej, albo w ogóle  nijak nie wygląda, bo jest li tylko wytworem fantazji...

Duchy i zjawy

Pojawiają się zwłaszcza w starych zamkach, czasem w ich ruinach. Najwięcej – w Wielkiej Brytanii, bo tam zachowało się najwięcej starych arystokratycznych siedzib. Biura turystyczne urządzają nawet wycieczki do takich miejsc. Jednym z najbardziej znanych duchów „made in England” jest ten urodziwej Anny Boleyn (1505 lub 1507-1536), drugiej żony króla Henryka VIII, który niezadowolony, że nie dała mu męskiego potomka, postanowił sfabrykować dowody, pozwalające mu usunąć ją ze swego życia. Oskarżono ją o zdradzanie męża, o posługiwanie się czarami, pozwalającymi jej go sobie podporządkowywać, o to, że pragnęła go uśmiercić. Ale to on to osiągnął: w maju 1536 r. ją aresztowano, osadzono w londyńskiej twierdzy (w jej granicach mieści się także zamek) Tower, potem wytoczono jej proces i skazano na śmierć przez ścięcie. Król nie miał zaufania do zręczności w tym dziele katów angielskich, więc kazał sprowadzić specjalistę z Francji. Wyrok wykonano 19 maja. Zwłoki poćwiartowano i pochowano w znajdującej się na terenie Tower kaplicy. Duch Anny Boleyn pojawia się zawsze w rocznicę śmierci. Występuje wówczas w królewskich szatach i dostojnie kroczy po zamkowych korytarzach. Ci, którzy ją widzieli (ponoć są tacy), byli najbardziej przerażeni tym, że zjawa chodziła bez głowy, niemniej miała ją przy sobie, niosła ją pod pachą! Monarchini lubi ponoć także odwiedzać swoje rodzinne strony – rezydencję Blickling Hall w wiosce Blickling (hrabstwo Norfolk), w której ponoć przyszła na świat (jeśli urodziła się w 1505 r., jeśli później, to miejscem jej urodzin był zamek Hever w hrabstwie Kent).

Kryształowa czaszka

Jednym z dziesiątków tysięcy eksponatów, którymi chlubi się londyńskie Muzeum Brytyjskie, jest kryształowa czaszka, zakupiona w 1898 r. od jej znalazcy w Meksyku. Podobne ma jeszcze kilka innych placówek muzealnych, poniektóre trafiły do rąk kolekcjonerów. Utrzymuje się, że są one dziełem ludów zamieszkujących Środkową i Południową Amerykę, Inków, Majów i Azteków i powstały przed około tysiącem lat. Ale także, iż to fałszerstwa wytworzone przez współczesnych zdolnych rzemieślników. Kto ma rację? Sęk w tym, że dzisiejsze metody datowania nie mają zastosowania przy kryształach. Z kolei fachowcy twierdzą, że gdyby jakiś Indianin chciał obrobić bryłę kryształu tak, by nabrała ona kształt czaszki, zajęłoby mu to setki lat! W Europie natomiast technika szlifowania kryształów górskich jest znana od stuleci, czego dowodem są choćby wspaniałe puchary z okresu baroku (XVI-XVIII wiek) przechowywane m.in. w kolekcji Zielonego Sklepienia w Dreźnie. Wątpliwości rodzi także fakt, że żadna z czaszek nie została odkryta podczas prac archeologicznych. Zwolennicy wiedzy tajemnej twierdzą, że czaszki mają paranormalne właściwości, m.in. komunikują się ze sobą i przekonują (istnieje stowarzyszenie to głoszące – Crystall Skull Society), że jeśli do 21 grudnia 2012 r. nie zgromadzi się w jednym miejscu 13 znanych kryształowych czaszek, nastąpi koniec świata. Ale pewien interesujący się czaszkami Amerykanin wyliczył, że jest ich już ponad 50!

Czarne Dziury

Jak tu opisać w skrócie te obiekty astronomiczne, skoro chcąc należycie wyjaśnić o co chodzi, należałoby zrobić długi i najeżony fachowymi określeniami wykład. Napiszmy więc krótko, że są one obecnie szczególnym polem zainteresowań astronomów. Ich masa może wielokrotnie przewyższać masę Słońca, a przy tym charakteryzuje je silne pole grawitacyjne, to zaś oznacza, że mogą przyciągać inne obiekty, gwiazdy czy nawet całe galaktyki, po prostu je pochłaniać. Może kiedyś, po upływie któregoś kolejnego miliarda lat, któraś z nich wciągnie w swe wnętrze także naszą planetę? Czarne Dziury to z pewnością jedna z największych teraz zagadek Wszechświata.

Latające spodki

W czerwcu 1947 r. amerykański pilot Kenneth Arnold, lecąc nad stanem Waszyngton zobaczył w niewielkiej odległości dziewięć dziwnych obiektów, które pojawiły się jak błyskawice i po chwili już ich nie było. Arnold ocenił, że leciały z prędkością znacznie przewyższającą 2.000 kilometrów na godzinę. Składając potem dowództwu relację z tego spotkania, nakreślił także szkic ich wyglądu, powiedział, że tajemnicze pojazdy miały kształt spodka. I tak przyjęło się określenie „latające spodki” dla wszelkich dziwnych ciał, pojawiających się w przestrzeni powietrznej. Nie da się zliczyć ludzi, którzy zaklinają się na wszystkie świętości, że widzieli takie właśnie UFO (to skrót od angielskiego określenia Unidentified Flying Object, czyli niezidentyfikowany obiekt latający – NOL), niektórzy prezentują nawet ich zdjęcia. Działają stowarzyszenia, usiłujące za wszelką cenę przekonać świat, że „zielone ludziki” składają nam wizyty, a ich środkami komunikacji są właśnie owe UFO. Kto chce, niech wierzy, kto ma wątpliwości, niechaj przy nich pozostanie.

Atlantyda

Czy kapłan egipski ją widział, był na tej tajemniczej wyspie ze wspaniałą cywilizacją? Nie wiemy, ale przekazał wieść o jej istnieniu greckiemu filozofowi Solonowi (635-560 przed naszą erą), od niego zaś przejął tę informację grecki filozof Platon (427-347) i w szczegółach opisał ją w dwóch ze swych 35 dialogów, w Timajosie i Kritiaszu. Nie szczędził w nich szczegółów, tak jakby to, co przekazuje sam widział. Przede wszystkim podał, gdzie mniej więcej owa wielka wyspa się znajduje – na Morzu Zachodnim, za Słupami Heraklesa, czyli za Cieśniną Gibraltarską, gdzieś na Atlantyku. Według niego, było to mocarstwowe państwo, którego obywatele kochali się w luksusowym życiu. To w końcu wyczerpało cierpliwość bogów, którzy uznali, że miarka się przebrała i za karę w ciągu niewielu godzin posłali całą wyspę na dno morza. Może to tylko legenda, a może nie? Po Platonie wielu uczonych i pisarzy ją podtrzymywało, sporządzano nawet mapy podające, gdzie znajdowała się Atlantyda. Nawet w naszych czasach nie zrezygnowano z poszukiwań śladów po niej. Z tym, że w ostatnich latach przeniosły się one na Morze Śródziemne, a zatem na akwen, leżący na wschód od Słupów Heraklesa. Pojawiła się hipoteza, że Atlantydą była tu grecka wyspa, zwąca się obecnie Santoryn, której znaczna część hen przed naszą erą na skutek trzęsienia ziemi i wybuchu wulkanu znikła pod wodą. Może kiedyś uda się potwierdzić, że tak istotnie było...

Jeszcze raz UFO

Z licznych relacji o spotkaniach z UFO szczególną wartość dokumentalną ma opowieść czterech amerykańskich pilotów, którzy lecąc 18 października 1973 r. nad stanem Ohio, dostrzegli dziwny pojazd wykonujący w powietrzu manewry, jakich żaden samolot nie byłby w stanie przeprowadzić. Dokładnie potem opisali to spotkanie, a na podstawie ich raportu i szkiców powstał obraz owego „przybysza nie wiadomo skąd”, i właśnie on figuruje na zamieszczonym obok bloku.

Kręgi w zbożu

Pierwsze odkryto w Wielkiej Brytanii, w 1978 r. i odtąd informacje o nowych, także z innych krajów, są coraz częstsze, chętnie przez media podchwytywane. Bo to przecież zagadkowa sprawa, że ni stąd, ni zowąd pojawiają się w łanach zboża nie tylko kręgi, ale także inne figury. Niektórzy uważają, że fabrykują je dowcipnisie, bawiący się tym, że udaje im się wyprowadzić w pole naiwnych ludzi, ale doświadczenia wykazały, iż nie sposób byłoby w ciągu jednej nocy wykonać tak wielkie nieraz figury, jakie o świcie tu i ówdzie się prezentują, w całości nieraz do ogarnięcia okiem tylko z lotu ptaka. A zatem – kto stoi za tymi zjawiskami? Niektórzy wskazują na wojsko, inni – że to przybysze z Kosmosu w ten sposób dokumentują, iż znowu odwiedzili Ziemię. Dobrze, że tylko takie ślady pozostawiają...

Czarnobyl

To miasto na Ukrainie, niemające jednak mieszkańców, wszystkich bowiem – około 15.000 – z niego wysiedlono, a przyczyną tego była katastrofa w pobliskiej elektrowni atomowej (26 kwietnia 1986 r.), największa w historii. Dalsze przebywanie ludzi w tej strefie było groźne dla ich życia, podobnie zresztą, jak i dla tych w najbliższej okolicy, tak, że przymusowa ewakuacja objęła aż ponad 300.000 osób. Dziś cały ten obszar – około 5.000 km 2 – wzięła we władanie przyroda. Pojawiły się nawet zwierzęta dawniej tu nie spotykane. Ludzie także, choć przebywają w tym miejscu nielegalnie. A w ogóle – twierdzą naukowcy – skutki awarii wcale nie były tak wielkie, jak głoszono. Niemniej przyczyna eksplozji nie wydaje się do końca wyjaśniona. W Czarnobylu przyjmowani są już turyści chętni obejrzenia na własne oczy miejsca katastrofy, będą mogli jednak poruszać się tylko wyznaczonymi szlakami. Czy nic im nie zagrozi? Nic – polscy radiolodzy przeprowadzili tam pomiary, które wykazały, że promieniowanie jest tam równe temu, jakie jest mierzone w… Warszawie.

Tadeusz Kurlus

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski