18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Tajemniczy Bruno Schulz

LIZ
19 listopada 1942 roku dwie kule w potylicę, wystrzelone z pistoletu Karla Guntera, przerwały życie Brunona Schulza, pisarza, którego twórcza spuścizna jest jedną z najbardziej jaskrawych kart literatury XX wieku.

Fot. Archiwum

OKSANA DUDAR

Tragedia miała miejsce w Drohobyczu, na skrzyżowaniu ulic Czackiego i Mickiewicza. W tym miejscu dziś ustawiono tablice pamiątkową. Brak jednak mogiły pisarza oraz żyjących świadków. Ostatnim z żyjących uczniów Schulza jest Alfred Schreyer.

Talent i skromność

Bruno Schulz urodził się w 1892 roku w Drohobyczu, w mieście, które w tym okresie stało się ośrodkiem splotu trzech kultur – polskiej, żydowskiej i ukraińskiej. Ojciec Jakub Schulz był właścicielem sklepu z tkaninami. „W domu rozmawiali po polsku, – wspomina Alfred Schreyer, – bo matka, Henrietta, nie znała jidysz, a ojciec był prostym człowiekiem”. Henrietta dobrze znała niemiecki i czytała synowi utwory Goethego w oryginale.


Bruno Schulz "Zaczarowane miasto"

Bruno był trzecim, najmłodszym, dzieckiem w rodzinie. Drohobyckie gimnazjum im. Franciszka Józefa Schulz zakończył ze szczególnymi osiągnięciami w rysunku i języku polskim. Otrzymał rekomendację na studia na uniwersytecie, jednak po namowie rodziców podjął studia na wydziale architektury Politechniki Lwowskiej. Po wybuchu I wojny światowej studia przerwał. Na jakiś czas rodzina przeniosła się do Wiednia, gdzie Bruno uczęszczał do Wiedeńskiej akademii sztuki. „Na przeszkodzie dalszych studiów stanął zły stan zdrowia rodziców, – kontynuuje Schreyer. – Bywał Schulz i w Paryżu. Ale gdzie by nie był zawsze wracał do Drohobycza. Cały jego świat – to Drohobycz i Truskawiec”. Z czasem malarstwo stało się jego głównym zajęciem: w 1924 roku zostaje nauczycielem rysunku w drohobyckim gimnazjum.

„Uczniem Schulza zostałem w 1934 roku, – ciągnie dalej Alfred Schreyer. – Uczył nas rysunku i robót ręcznych. Skąd Schulz znał się na stolarce, tego nikt nie wiedział. W tym czasie w gimnazjum były wszystkie narzędzia. Bardzo lubiliśmy Schulza za jego sprawiedliwość. Rozumiał, że nie każdy uczeń może malować, bo do tego potrzebny jest talent, dlatego najniższym stopniem było „dobrze”, a ogólnie stawiał „bardzo dobrze”. Co się stosuje zajęć z pracy, to tam był bardziej wymagający”. Później właśnie zawód stolarza i umiejętności przekazane przez Schulza uratuje życie Alfreda Schreyera w czasie okupacji niemieckiej.
Jednak najbardziej uczniowie gimnazjum lubili swego nauczyciela za jego opowiadania, które Bruno Schulz wymyślał na poczekaniu w czasie lekcji, aby uczniowie mogli wypocząć. „Panie profesorze, – prawie błagały dzieci, – proszę nam opowiedzieć jakąś bajkę”. „Na jakie licho wam te bajki? – pół żartem, pół serio mówił nauczyciel. – Macie prawie po czternaście lat!” Ale gimnazjaliści nie przestawali prosić. „No dobrze, – mówił Schulz. – Pozamiatajcie, złóżcie narzędzia, opowiem wam jakąś bajkę”.

„Siadał na pierwszym warsztacie, – wspomina Schreyer, – odwracał się bokiem do nas, spoglądał w ścianę i zaczynał opowieść. Zazwyczaj były to opowiadania o walce dobra ze złem, a czasem opowieści o czymś niezwykłym. Jestem przekonany, jeżeli by zebrać te opowieści w oddzielny tomik, była by to cudowna część literackiej działalności Schulza”.

Póki pan profesor opowiadał, w klasie panowała całkowita cisza. „Skąd Schulz mówił po polsku w tak niezwykły sposób, trudno powiedzieć – mówi jego były uczeń. – Wprawdzie słowa były literackie, ale nie znajdziecie ich u żadnego innego polskiego pisarza. W ogóle twórczość Schulza była trudna, przed wojną prawie nikt go nie czytał”.

Potężny talent i wewnętrzna wielkość łączyły się w nim z ogromną skromnością. Zawsze w szarym ubraniu z chusteczką w górnej kieszonce, szedł korytarzem przy ścianie, jakby obawiał się, że może komuś przeszkodzić, niby chował się przed cudzym wzrokiem. W czasie chodzenia, uginał kolana, aby wydawać się mniejszym. „Gdy Schulza odznaczono wysokim odznaczeniem polskiej akademii literatury, nikt prawie o tym nie wiedział, – mówi pan Schreyer. – Przed wojną był dla nas po prostu nauczycielem w gimnazjum. Byli nawet ludzie, którzy za jego plecami, kręcili palcem na czole”.

Od triumfu do depresji

W latach 20 Schulz pracował nad cyklem ilustracji do „Księgi bałwochwalstwa”, jego prace wystawiano na kilku ekspozycjach w Warszawie i Lwowie, później odbyła się jego osobista wystawa w Truskawcu.

Luźna korespondencja, w formie rozwiniętych fragmentów prozy, z młodymi pisarzami Władysławem Ryffem i Deborą Fogel, z czasem staną się podstawą pierwszej książki Bruno Schulza „Sklepy cynamonowe”.

„Schulz miał gotowy rękopis „Sklepów cynamonowych”, ale nie miał układów, aby go wydać, – kontynuuje opowieść pan Alfred. – Ale znał wpływowych polskich publicystów, których poprosił o pomoc. W Warszawie pokazali ten rękopis Zofii Nałkowskiej, ale i ona odmówiła, tłumacząc, że co dnia przynoszą jej rękopisy. Przyjaciele poradzili mu, aby sam pojechał do Warszawy i zaniósł rękopis osobiście. Czy Schulz przemówił do niej swoim niepowtarzalnym językiem polskim, czy jakieś inne argumenty przedstawił, ale zgodziła się przeczytać rękopis. Nałkowska była nim oczarowana”. W 1934 roku w wydawnictwie „Rój” wyszły „Sklepy cynamonowe”. Debiut Schulza stał się prawie sensacją literacką. Po wydaniu tej książki Schulz przeżywa swoje najbardziej płodne lata. W 1937 roku, znów dzięki Nałkowskiej, wydaje drukiem „Sanatorium pod klepsydrą”. Próby wydania „Sklepów cynamonowych” we Włoszech i Francji kończą się niepowodzeniem, tak samo, jak organizacja personalnej wystawy prac. Bruno Schulz wpada w trwałą i głęboką depresję. Na domiar wszystkiego wybucha wojna. Drohobycz, gdzie trzecią część stanowiła ludność żydowska, Niemcy zmieniają na getto. Kaleki, ludzie starsi, niedołężni są rozstrzeliwani, innych skierowują na roboty. Bruno Schulz dostaje skierowanie do Gestapo. Dobrze znał język niemiecki. Dostał pracę w synagodze, gdzie były zwożone rzeczy zagrabione.
Schulz je sortował i katalogował. Jego opiekunem został Feliks Landau. Landau doceniał  talent Schulza. Kazał mu wymalować pokój dziecięcy postaciami z niemieckich bajek. Schulz stworzył trzy kompozycje, na których przedstawił królową, klaunów i karetę z woźnicą. Miedzy innymi – woźnica – to autoportret samego Schulza. Na znak wdzięczności Landau zabezpieczył go glejtem – specjalną opaską, która chroniła go przed obławami i wywózką. O różnych akcjach karnych Landau uprzedzał Schulza, aby chronił się na ul. Samborskiej, gdzie Żydzi budowali dla Niemców szkołę jazdy konnej.

Oko za oko, śmierć za śmierć

„19 listopada rozpoczęła się tzn. „dzika akcja”, – opowiada Alfred Schreyer. – Dlaczego „dzika”? W tym dniu nie zabierano Żydów do więzienia, ale kogo spotkano na ulicy, rozstrzeliwano. W tym jednym dniu zginęło 365 Żydów. Była to prowokacja, niby jakiś żydowski aptekarz zranił Niemca w palec (w rzeczywistości, mowa była o aptekarzu Kurc-Rainesie, który zranił Niemca Hubnera). Zgubą Schulza była nie tylko „dzika akcja”, ale i osobista wrogość Karla Guntera do Feliksa Landau.

„Było to tak, – ciągnie pan Alfred. – Landau mieszkał na ulicy św. Jana, dziś Tarnawskiego, naprzeciw willi Żydzi budowali dla Niemców szklarnie. Trzy dziewczyny na rusztowaniach malowały ścianę. Skończyło im się wapno i czekały kiedy im doniosą nowe. Landau stał na swym balkonie i zobaczył, że dziewczyny nic nie robią. Wziął karabin i zastrzelił je wszystkie. Pracami kierował zastępca Landaua - Karl Gunter. Był szefem celi tortur. Zwierzę nie zrobi tego co robił on. Gdy Landau zastrzelił te dziewczyny, Gunter zaczął polować na Schulza, aby zemścić się na swym szefie. Okazja nadarzyła się 19 listopada. Zazwyczaj ktoś coś wiedział o akcjach planowanych przez Niemców, ale tym razem było inaczej. Gdy podszedł Gunter, dwoje rozmówców Schulza zaczęło uciekać, a Schulz nie ruszał się z miejsca. Nie wiedział, że polują właśnie na niego. Gdy Gunter podszedł, chwycił go za kołnierz, kazał mu się odwrócić i wystrzelił dwa razy w potylicę. Schulz upadł. Scenę tą obserwowano z budynku Rady Żydowskiej. Trupów nie można było ruszać. Dopiero następnego dnia z gestapo zadzwoniono do Judenratu, żeby uprzątnąć ulice, bo trupy śmierdzą. Później ludzie słyszeli, jak Gunter powiedział do Landaua: „Ty zabiłeś moich Żydów, a ja twego”. Następnego dnia Schulz miał opuścić Drohobycz i na aryjskich papierach wyjechać na zachód. Jakieś fatum doprowadziło do tragedii. Zofia Nałkowska, oczarowana talentem Schulza, zorganizowała akcję ratunkową. Przygotowano dokumenty, które przywiózł z Warszawy kurier – polski oficer w niemieckim mundurze, doskonale mówiący po niemiecku. Nie było sądzone – oficer spóźnił się”.

„Tak tragicznie urwało się życie Bruno Schulza, – gorzko zauważa Alfred Schreyer. – Miał 50. lat. Ile mógł jeszcze stworzyć, napisać. Jeden jego utwór zaginął – rękopis „Mesjasza”. Nagłaśnialiśmy tą sprawę, pisaliśmy do KGB, potem – do SBU. Jeden sympatyczny major nawet w tej sprawie jeździł do Kijowa. Szukał tam, ale niczego nie znaleziono. Jak by odnaleziono ten rękopis – była by to rewolucja we współczesnej literaturze”

Znikł nie tylko „Mesjasz”. W 2001 roku odnaleziono willę, gdzie mieszkał Landau i gdzie Bruno Schulz pokrył malowidłami ściany pokoju dziecięcego. Zanim postanowiono je odrestaurować, one znikły. Z czasem odnaleziono je w jerozolimskim instytucie Yad-Vashem. Wybuchł skandal. Sprawa zakończyła się ugodą. W 2009 roku Ukraina podpisała z Izraelem umowę o „tymczasowym przechowywaniu” fresków Schulza.

OKSANA DUDAR

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie