reklama

Tak było...

RedakcjaZaktualizowano 
Obaj postanowili, że będą najzwyczajniejszymiksiężmi - żadnych doktoratów, żadnych prałackich, a tym bardziej biskupich infuł. Tylko służba Bogu i ludziom, skromny wikariat... - Mieczysław Maliński i Karol Wojtyła.

Andrzej Kozioł: Krakowianie

Andrzej Kozioł: Krakowianie

Obaj postanowili, że będą najzwyczajniejszymiksiężmi - żadnych doktoratów, żadnych prałackich, a tym bardziej biskupich infuł. Tylko służba Bogu i ludziom, skromny wikariat...

- Mieczysław Maliński i Karol Wojtyła.

   Był koniec lat pięćdziesiątych. Już - po stalinowskiej przerwie - i jeszcze - przed usunięciem do punktów katechetycznych - w szkołach wykładano religię, a przed Wielkanocą odbywały się rekolekcje. Rekolekcje - wielka rzecz! Dwa, może trzy dni wolne od szkolnej monotonii, od horroru klasówek, niewolnictwa porannego wstawania. Wybiegaliśmy z domu jak na skrzydłach - i nie zawsze dochodziliśmy do kościoła. Kusiło kino, kusiło (Niech Bóg nam wybaczy, a młodzież niech nie czyta!) owocowe wino - szczere paskudztwo, ale dające lekki szumik w głowie, pasujące na głupią dorosłość. Kiedyś Krzysiek - dzisiaj profesor UJ, który późno doszlusował do nas, starych uczniów "piątki", bo wcześniej mieszkał w Rabce - powiedział: - Panowie, idziemy do jezuitów, rekolekcje będzie prowadził ksiądz Maliński, świetny facet.
   Poszliśmy, żeby zobaczyć, żeby usłyszeć księdza z Rabki, który jest jednocześnie świetnym facetem i tego dnia nie mieliśmy już ochoty ani na owocowe wino, ani na coś, co z przesadą zwano "aperitifem", słodkie, musujące, niskoalkoholowe świństwo. Ksiądz Maliński rzeczywiście okazał się świetnym facetem. Nie przemawiał, ale mówił - po prostu mówił do nas, gówniarzy pełnych pychy i zarozumialstwa, gości, którzy jak dorośli pili wino i do ochrypnięcia, niczym prawdziwi intelektualiści, dyskutowali o Albercie Camus. Jego głos nie wspinał się bez sensu w górę, aby później - równie bezsensownie - opaść w dół. (Nawiasem mówiąc, tę kaznodziejską manierę, w protestanckim, amerykańskim wydaniu, wyśmiał Mark Twain w "Przygodach Hucka".) Mówił zwyczajnie, ale nie o zwyczajnych sprawach. Na przykład o seksie - rzeczowo, bez dydaktycznego smrodku grzechu, jakim zazwyczaj okadzali t e sprawy księża, bez frywolnego przymrużenia oka praktykowanego przez nauczycieli, bez nieporadnych uników typowych dla rodziców.
   Wyszliśmy oszołomieni z ceglanego kościoła przy ulicy Kopernika. Może nas ksiądz Maliński nie zbliżył wówczas do Boga, ale z pewnością nauczył kilku rzeczy - że zdarzają się rzeczowi, rozumni księża, którzy nas, smarkaczy, traktują jak istoty rozumne, że spokojnie i swobodnie można mówić o wszystkim.
   A później gruchnęła wieść, iż ksiądz Mieczysław jeździ na skuterze, i to nie na jakiejś wiatce lub osie, ale na prawdziwej włoskiej lambretcie, takiej jak w filmie! Mało tego, w Filharmonii, podczas Jam Session, siedzi w pierwszym rzędzie i kiedy jazz niczym wielka, porywista fala wylewa się na widownię - ksiądz przytupuje. Ktoś, jakiś szczęściarz niebywały, znalazł się na koncercie, więc wszyscy obskoczyli go z tym samym pytaniem:
   - Widziałeś Malińskiego?
   - Widziałem.
   - Przytupywał?
   - Przytupywał.
   Od tej chwili akcje księdza Malińskiego wzrosły jeszcze bardziej. Niestety, nie był naszym katechetą, ale powoli, przez lata, stawał się jedną z najpopularniejszych postaci Krakowa. Po mieście krążą legendy o jego krótkich kazaniach, niekiedy tak lakonicznych, że aż jednowyrazowych. Nadchodzi czas kazania, ludzie wygodnie moszczą się w kościelnych ławach, bo głowa jeszcze wytrzyma długie przemówienie, ale gorzej z pośladkami. Ksiądz milczy, milczy (milczenie przed każdym zdaniem, krótki namysł przed wypowiedzeniem każdej kwestii - to jego zwyczaj), wreszcie mówi: Chamiejemy. _Cisza, konsternacja, czekanie na dalszy ciąg, a dalszego ciągu nie ma. Po prostu skończyło się kazanie, każdy dostał zadanie domowe, powód do myślenia, może do oburzenia, może do nowego spojrzenia na siebie, na wszystko, co znane, powszednie, zaaprobowane.
   Weryfikuję swoje wspomnienia, opowieści sprzed lat. Ksiądz Mieczysław uśmiecha się: _Tak, wygłosiłem kiedyś takie kazanie, ale było też inne, bez słów. Po prostu milczałem. _Rzecz się działa w grudniową niedzielę 1981 roku, w niedzielę, która rozpoczęła stan wojenny. Milczenie było bardziej wymowne w czasie, gdy na ulice wyjechały czołgi, społeczeństwo zostało pozbawione wszelkich praw obywatelskich, a nadzieje zduszone...
   Zwyczaj lakonicznych kazań narodził się w Rabce. Może z bardzo zwyczajnego powodu - ksiądz Maliński odprawiał msze o szóstej rano. Zaspani ludzie spieszyli się do pracy i kilka pełnych treści zdań najlepiej trafiało do ich serc i umysłów.
   Rzeczywiście jeździł na skuterze, rzeczywiście przytupywał, a rekolekcje u jezuitów stały się zwrotnym punktem w jego życiu. Wrócił po nich z Rabki do Krakowa, miasta w rzeczywistości rodzinnego, bo wprawdzie urodził się w Brzostku, tuż za Pilznem, ale od pierwszego roku życia mieszkał tutaj, nieopodal Wawelu. Nie obyło się bez kłopotów, których księdzu Malińskiemu nigdy nie brakowało. Nas, uczniów, kazania oszołomiły, powaliły z nóg, nie spodobały się natomiast niektórym księżom. Do kurii nadeszła skarga na księdza z Rabki. Jednocześnie nasz katecheta, ksiądz Krzystyniak, albo powodowany podziwem dla pedagogicznych talentów swojego kolegi, albo przezornością, rozdał uczniom ankietę na temat rekolekcji. Wszyscy byli zachwyceni, ksiądz, który okazał się _świetnym facetem, _zebrał same pochwały. Ze skargą w jednej ręce, z plikiem ankiet w drugiej, rozmawiał z Malińskim Karol Wojtyła, wówczas biskup pomocniczy: _Co mam z tobą zrobić? Za to powinienem cię ukarać, za to nagrodzić...

   Wojtyła - ksiądz, biskup, kardynał, papież Jan Paweł II... Najserdeczniejszy przyjaciel Mieczysława Malińskiego z okupacyjnych czasów młodości. Przyjaźń wprawdzie trwa, ale już inna, i to nie dlatego, że dzielą ich wszystkie kilometry pomiędzy Krakowem a Rzymem, nie dlatego, że los, a dla wierzącego los zwie się Bogiem, jednego z nich uczynił głową Kościoła, drugiego rektorem skromnej krakowskiej świątyni. Po prostu młodzieńcza przyjaźń smakuje wyjątkowo, kto nie zdobędzie przyjaciela w młodości, nie zdobędzie go nigdy. Młodzieńcza przyjaźń pełna jest wspólnych planów, szumi, buzuje niezwykłymi pomysłami, które mają zmienić świat.
   Ksiądz Maliński doskonale - z datami, ze szczegółami - pamięta okupacyjne lata. Krakowskie Dębniki. Kościół św. Stanisława, poranne msze. Domowe śniadania - z boną, siostrami Tochą i Zochą. Rodzice nie żyli, matka zmarła, gdy miał dwa i pół roku, ojciec dwanaście lat później. Rodzinne przedsiębiorstwo autobusowe zniknęło, autobusy zarekwirowali Niemcy, ale rodzeństwo i bona dawali sobie radę - rodzina przed wojną należała do zamożnych.
   Doskonale pamięta Jana Tyranowskiego, człowieka, który zmienił jego życie. Był rok 1940 i przed dębnickim kościołem na Mieczysława Malińskiego czekał nieznajomy. Jasny blondyn, z prawie białymi brwiami, o wyglądzie wywołującym zdecydowanie teutońskie skojarzenia. Gestapowiec - pomyślał, a "gestapowiec" zagadnął go obcesowo: Zakładam żywy różaniec, chcę, żeby pan do niego należał.
   Jan Tyranowski mieszkał przy Różanej, w typowym mieszczańsko-krakowskim wnętrzu, nieco zagraconym. Skupiał wokół siebie młodych ludzi dla wspólnej modlitwy i budowania charakteru. _Kiedyś powiedział: Ma przyjść pewien młodzieniec. Malińskiemu nie podobało się to słowo. Pachniało literaturą i afektacją, nikt tak już nie mówił. Młodzieniec okazał się silnie zbudowanym blondynem o wysokim czole, z rzadką czupryną. _Pan Karol, który chce być aktorem, w zasadzie jest... - dokonał prezentacji Tyranowski, a przybysz przedstawił się: Wojtyła jestem. _To też nie podobało się Malińskiemu. Nikt nie chciał wówczas znać nazwisk, co najwyżej imiona, najlepiej jednak pseudonimy. W razie wpadki, nawet w przypadku tortur, unikało się wsypy.
   Karol chciał być aktorem, Mieczysław konstruktorem silników Diesla, skończył niemiecką szkołę, ale musiał dorobić polską, konspiracyjną maturę, uzupełnić historię, łacinę. Przyjaźń może zaczęła się właśnie od łaciny, z którą Maliński miał trochę kłopotów. _Mogę ci dawać lekcje
- powiedział Wojtyła.
   Nie mogli spotykać się w mieszkaniu Wojtyłów przy Tynieckiej 10, ojciec Karola chorował, lekcje odbywały się więc dwa razy w tygodniu u Malińskich, przy Madalińskiego 12. Siostry parzyły herbatę, dodawały do niej mleka, od czasu do czasu na stole pojawiała się jajecznica - z cebulką, na słoninie, prawdziwa uczta w biednych, okupacyjnych czasach.
   Ksiądz Mieczysław odtwarza nieomal dzień po dniu. Dzień, w którym Karol powiedział: Nie przyjdę na lekcję, tato mi umarł. Ojciec był dla Karola Wojtyły wszystkim - wielką miłością, całą rodziną. Dzień, w którym Wojtyła przeprowadził się na Felicjanek, do państwa Kydryńskich. Jego codzienne wędrówki z Solwayu aż na Rakowice - na grób ojca. Powrót do starego mieszkania, na Tyniecką. Spotkania na Zwierzynieckiej z Kotlarczykiem. Wędrówki wiślanym wałem, długie rozmowy. A kiedy z czasem Mieczysław Maliński dojrzał do decyzji o przywdzianiu sutanny, obaj postanowili, że będą najzwyczajniejszymi księżmi - żadnych doktoratów, żadnych prałackich, a tym bardziej biskupich infuł. Tylko służba Bogu i ludziom, skromny wikariat...
   Po kilku latach, już po wojnie, Karol Wojtyła wyjechał do Rzymu, na studia, które miały się skończyć doktoratem. Wyjechał z dnia na dzień, w najbardziej niespodziewany, także dla niego, sposób. Wyjazd zbiegł się z nadchodzącymi święceniami Mieczysława Malińskiego i Mieczysław Maliński nagle zdecydował, że nie będzie kapłanem, że nie przyjmie święceń, nie odprawi prymicyjnej mszy.
   Czy wyjazd Karola Wojtyły miał wpływ na nagłą decyzję jego przyjaciela? Ksiądz Maliński swoim zwyczajem długo milczy, a później odpowiada, że nie można tego wykluczyć. Karol Wojtyła zdradził księdza? - pytam już bez ogródek, a ksiądz Mieczysław - tym razem żywo, bez namysłu, odpowiada, że o zdradzie nie ma mowy. Ksiądz winien jest absolutne posłuszeństwo swemu biskupowi. A to właśnie krakowski biskup, Adam Sapieha, wysłał Karola Wojtyłę do Rzymu.
   Adam Sapieha - książę z urodzenia i z urzędu, nieformalny król okupowanej Polski - we wspomnieniach księdza Malińskiego zajmuje szczególne miejsce. Po ojcowsku opiekował się nimi, alumnami nielegalnego seminarium duchownego. Mieszkali w pałacu biskupów krakowskich, w sutannach, z fałszywymi kenkartami - trochę jakby po wojskowemu, trochę klasztornie. Nie wolno było im opuszczać budynku, na wszelkich wypadek, bo za wpadkę groził przynajmniej Auschwitz - i im, i biskupowi.
   18 stycznia zastał Mieczysława Malińskiego w biskupim pałacu. Jakiś zapomniany, osierocony niemiecki czołg szalał po ulicach Śródmieścia - wypalił z działka w tunel pałacowej bramy. Wreszcie przyszli Rosjanie, z sakramentalnym pytaniem: Giermancow niet? Ktoś nierozważny poczęstował ich winem. Przyszli wieczorem, już większą gromadą, węsząc zapasy szlachetnego alkoholu w pałacowych piwnicach, a kiedy zastali zamkniętą na głucho bramę - ostrzelali z pepesz zamek. Na szczęście potężne drzwi przytrzymywały żelazne sztaby. Zaczęło się oblężenie, ale napastnicy nie wiedzieli, że z pałacu można wyjść także inną bramą, na ulicę Wiślną. (Także później, w 1968 i 1970 roku, kiedy milicja blokowała prowadzące do Rynku ulice, przydawały się krakowskie, tajemne dla obcych przejścia - przez pasaż Bielaka, przez podwórko przy Stolarskiej, przez dziedzińczyk przy Brackiej.) Biskup Sapieha wysłał któregoś z księży na poszukiwania polskich żołnierzy. - Pogonili__sojuszników? - pytam, a ksiądz Maliński odpowiada: - Po przyjacielsku, ale skutecznie...
   Wkrótce pojawił się w pałacu sam marszałek Koniew - w długim do ziemi szynelu z czerwonymi wyłogami. Po nim marszałek Żymierski, który, w pełnej gali mundurowej, przyjechał na Franciszkańską wojskowym gazikiem. Jeszcze obowiązywał taki, przedwojenny, protokół, ale chyba nie bez znaczenia była pozycja krakowskiego metropolity, niekoronowanego władcy Polski. W czasie okupacji krakowianie z satysfakcją opowiadali sobie o wizycie, jaką biskupowi złożył gubernator Hans Frank. Na stole, na starej, wytwornej zastawie, pojawiło się wówczas to, co Polacy mogli kupić na kartki - gliniasty chleb i buraczana marmolada.
   Po wahaniach, po rozterkach, Mieczysław Maliński przyjął święcenia, został księdzem i objął swoją pierwszą placówkę - kaplicę zdrojową w Rabce. Duszpasterską służbę zaczął od ostatniego namaszczenia, udzielanego dwóm milicjantom postrzelonym przez ludzi "Ognia". Jeszcze długo, do drugiej połowy lat pięćdziesiątych, posterunki milicji przypominały warownie - okute blachą drzwi, w oknach metalowe siatki uniemożliwiające wrzucenie granatu.
   W Rabce, gdzie przebywał przez jedenaście lat, zaczęło się coś bardzo ważnego w życiu księdza Mieczysława Malińskiego - praca z młodzieżą. Poza katechizacją były to też wycieczki. Początkowo ks. Mieczysław towarzyszył grupie młodzieży prowadzonej przez innego księdza - Karola Wojtyłę z Krakowa. Wkrótce jednak doszedł do wniosku, że dwa grzyby w barszcz, dwóch duchownych na jednej wycieczce, to za dużo i od tego czasu sam prowadził w góry swoich podopiecznych. Z małego uzdrowiska ruszali na gorczańskie szlaki. Nie tylko chodzili po górach, wyjeżdżali także do Krakowa, na koncerty, do teatru. A kiedy w Warszawie rozpoczął się międzynarodowy festiwal młodzieży, wielka impreza, o której trąbiono w radiu i prasie, wśród egzotycznych gości z całego świata znaleźli się uczniowie księdza Malińskiego. Festiwal? - _dziwię się. - _Przecież to była sztandarowa impreza ówczesnego systemu. Wielkie propagandowe przedsięwzięcie. - Owszem - odpowiada ksiądz Maliński - ale przerosło organizatorów, wylało się poza przewidziane przez nich ramy.
   Myślę, że taka postawa - otwartość, chęć brania z rzeczywistości tego, co najlepsze, bez obrażania się na nią - jest charakterystyczna dla księdza Malińskiego. Nie przestraszył się świata, który nagle wtargnął do Warszawy, nie zagarnął pod swe skrzydła podopiecznych, niczym kwoka kurczęta, aby uchronić ich przed czymś, o czym czcigodne matrony szeptały z przejęciem, o rozpuście, jaka zapanowała w stolicy.
   O księżowskich wychowawczych sukcesach doskonale wiedzieli ci, którzy wiedzieć powinni, bo im za to płaciła Ludowa Polska - funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Mówili wprost: Niech pan ksiądz zaprzestanie pracy z młodzieżą. _Pan ksiądz nie zaprzestał, więc kiedy miał ruszyć za granicę, na zwieńczone doktoratem studia (A więc jednak doktorat, przed którym tak bronił się przed laty wraz Karolem Wojtyłą! Tym razem on musiał się podporządkować biskupiemu poleceniu, wydanemu przez przyjaciela.), dowiedział się, że nigdy, przenigdy, nie dostanie paszportu. Dostał dzięki Jerzemu Zawieyskiemu, pisarzowi, posłowi na Sejm i chyba jednemu z kilku wiceprzewodniczących Rady Państwa. PRL lubiła zachowywać pozory - resztki systemu wielopartyjnego, przedstawicieli dawnej PPS we władzach PZPR i członków niektórych organizacji katolickich na wysokich stanowiskach.
   Doktorat księdza Malińskiego to osobna sprawa. Było z nim sporo kłopotu, nie tylko z powodu paszportu, ale także zainteresowań doktoranta. Nie wszystkim przełożonym podobało się jego zainteresowanie Heideggerem, nie wszystkim podobało się, że chce robić doktorat u Karla Rahnera, zwolennika odnowy dogmatyki, filozofa, teologa, jezuity, reinterpretatora systemu św. Tomasza z Akwinu, podążającego heideggerowskimi ścieżkami. Krzywił się ten i ów z biskupów: _Egzystencjalizm? U nas obowiązuje tomizm!

   Jednak ksiądz Maliński ruszył w świat, do Włoch. Kiedy wyjeżdżał z Katowic, szare chmury sypały szarym deszczem, pod nogami mlaskało błoto. Na miejscu - nad głowami przejrzysty błękit, w który wbijały się ciemnozielone płomienie cyprysów. Mimo to pierwsze słowa Mieczysława Malińskiego na włoskiej ziemi brzmiały: Po cholerę ja tu przyjechałem!
   Zagraniczne wojaże trochę potrwały - Włochy, Niemcy, Collegio Polacco, dominikański uniwersytet Angelicum, praca doktorska, napisana po niemiecku, obroniona po łacinie i odrobinę - po włosku. Później powrót do Krakowa, do kościoła św. Anny przy ulicy o tej samej nazwie, gdzie był tak zwanym gościem, odmawiając grożącego mu w pewnym momencie proboszczowania. Wreszcie kościół przy klasztorze sióstr wizytek u zbiegu ulicy Krowoderskiej i placu Biskupiego.
   Wszystkie te lata wypełniała praca - duszpasterska i pisarska.
   - Ile książek ksiądz napisał? - pytam, a ksiądz Maliński odpowiada: - Sto, ale nie tylko książek, także książeczek, książeczuniek.
   Zebrała się tego spora biblioteczka: powieści, poważne rozprawy filozoficzne i teologiczne, książki popularno-filozoficzne i popularno-teologiczne, bajki dla dzieci. Do tego cotygodniowe felietony w "Dzienniku Polskim", także wydawane w formie książkowej przez Wydawnictwo Jagiellonia. Każdy, kto pisze, kto wydaje książki, może księdzu Malińskiemu zazdrościć popularności. Kiedy w hallu Pałacu Prasy przy Wielopolu, siedzibie redakcji "Dziennika Polskiego", podpisywał swoją ostatnią książkę, w wielkim pomieszczeniu wiła się długa kolejka chętnych na autografy. Piątkowy "Dziennik" bez felietonów księdza Mieczysława byłby trochę inny, z pewnością uboższy, a jego teksty - krótkie, mądre, napisane wyjątkowo prosto, ale trafiające w sedno, mają ogromną liczbę zwolenników.
   Kiedy rozmawia się z księdzem Mieczysławem Malińskim, co rusz wraca wielka postać, Karol Wojtyła, Jan Paweł II. Ich losy splotły się na długie lata, a kiedy przyjaciel księdza Mieczysława zasiadł na Piotrowej stolicy, wzajemne relacje nie ustały, zmniejszyła się tylko liczba kontaktów - niegdyś tak częstych. Ciągle jednak, gdy ksiądz Maliński przebywa w Rzymie, spotyka się z Ojcem Świętym. Przez godzinę, półtorej godziny rozmawiają w cztery oczy, tak jak dawniej, kiedy wędrowali wiślanym brzegiem, zatopieni w dyskusji. Zmienili się, ale zmieniło się wszystko - Polska, Europa, Kościół, cały świat. I może żałują dawnych czasów, w każdym razie ksiądz Maliński, kiedy już zjawi się papież (kiedyś nadchodził dziarsko kłapiąc pantoflami, dzisiaj poprzedza go mozolne szuranie podeszwami o podłogę), niezmiennie powiada: - Jak ty tutaj mieszkasz, Karol! Malutkie pokoiki, a w Krakowie miałeś prawdziwe pałacowe sale - ogromne, wysokie...
   O papieżu jego znajomi mówią w różnym tonie. Niekiedy nadmiernie poufałym, czasami przesadnie czołobitnym. Ksiądz Maliński mówi rzeczowo, za rzeczowością ukrywając jednak chyba ogromną miłość do przyjaciela z lat młodości. Wspomina sportowe wyczyny Karola Wojtyły. Kiedyś na watykańskiej plaży, kardynał z Krakowa wypłynął w morze (Karol pływał zawsze w charakterystyczny sposób, na boku), daleko, ginąc za linią horyzontu. Jeden z watykańskich dostojników wpadł w panikę: Niech ksiądz coś zrobi! Niech ksiądz popłynie za kardynałem! _Ksiądz Maliński zachował niewzruszony spokój. Po prostu wiedział, że nie podoła wysiłkowi, do jakiego był zdolny Karol Wojtyła, po drugie - doskonale wiedział, że jego przyjacielowi nic nie grozi.
   Podczas konklawe po śmierci Pawła VI, gdy panował niebywały upał, Karol Wojtyła potrafił wielokrotnie, wręcz w nieskończoność, pokonywać tam i z powrotem długość basenu.
- Ja nie miałem już sił, skakałem sobie po prostu do wody - wspomina ksiądz Maliński.
   Właśnie w trakcie tych opowieści ksiądz Mieczysław Maliński, poprzedzający każdą kwestię namysłem, rzeczowo opowiadający o papieżu, zdradza swoje uczucia. Zaczyna mu drgać głos - z żalu, że już nie jest tak jak dawniej, że on jest inny, papież inny. Ożywia się, kiedy pytam, czy Ojciec Święty, którego krótko widujemy na telewizyjnym ekranie, ciągle zachował niegdysiejszą zdolność do błyskawicznej, dowcipnej repliki, często nawet zaprawionej dobroduszną złośliwością.
- Ciągle jest tak samo - inteligentny, dowcipny, ironiczny - mówi ksiądz Maliński, więc pytam go o prawdziwość anegdoty, według której Ojciec Święty, który dostał na obiad rybę, na pytanie księdza Malińskiego, dlaczego na jego talerzu znajduje się kurczak, odpowiedział: "Bo kurczak jest tańszy". Prawda - odpowiada ksiądz Mieczysław Maliński. - Tak było... _
Zdjęcia: Anna Kaczmarz

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3