Tarnowianin na US Open

Redakcja
Teraz przed nim kolejna wielka impreza - tenisowy turniej US Open w Nowym Jorku. Prawdziwego kibica, tarnowianina - Krzysztofa Jakubka spotykamy oczywiście na korcie, gdzie spędza kilka godzin tygodniowo. Gra dla własnej przyjemności.

Krzysztof Jakubek - kibic doskonały

 Oglądał największe turnieje tenisowe w Europie. Był w Londynie na Wimbledonie i w Paryżu na Roland Garros. Ma na swoim koncie kilkadziesiąt finałów mistrzostw świata na żużlu. Obserwuje zmagania najlepszych tenisistów i piłkarzy. Nie stroni od wyścigów koni. Oglądał również wyścigi... psów.
 - Za kilka dni dorzuci Pan do swojej kolekcji tenisowych Wielkich Szlemów, oczywiście jako kibic tzw. Trzecią Lewę...
 - 6 września lecę do Nowego Jorku. Będę oglądał gry półfinałowe i finałowe turnieju US Open. Wejściówki udało mi się dostać przez mojego brata, który mieszka w Kanadzie i miał możliwość ich rezerwacji. Wszystkie te pojedynki rozgrywane będą na największym korcie imienia Arthura Ashe’a.
 - Skąd pomysł aby jechać na US Open?
 - Po "zaliczeniu" dwukrotnie Wimbledonu oraz Roland Garros, postanowiłem wybrać się właśnie do USA. Po pomyślnym załatwieniu wszystkich formalności, przez Frankfurt polecę do Nowego Jorku. Myślałem też wcześniej aby lecieć do Melbourne, na Australian Open. Jednak szybciej udało mi się zorganizować wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Niemniej jednak wyprawa do Krainy Kangurów, również jest brana pod uwagę.
 - Wiem, że nie tylko tenis ma Pan w planie za oceanem...
 - Jeżeli przedłużę swój pobyt, to chciałbym zobaczyć walkę bokserską Gołota-Tyson. W grę wchodzi też turniej tenisowy pań w Madison Square Garden oraz rozgrywki NBA i NHL. Wszystko uzależnione jest od czasu oraz pieniędzy.
 - Skąd wzięła się Pana pasja do tenisa?
 - Odkąd pamiętam to interesowałem się sportem. A tenis zaczął mnie "wciągać" na początku lat 70. Oglądałem mecze i sukcesy Wojciecha Fibaka. Kupiłem sobie pierwszą rakietę produkcji ZSRR. Oczywiście była drewniana i przynajmniej
3 razy cięższa niż ta, którą mam obecnie. Kosztowała, jeżeli dobrze pamiętam, 200 złotych.
 - Twoje najważniejsze turnieje tenisowe?
 - Jak na razie to Wimbledon oraz Roland Garros. To wielkie imprezy, gdzie można zobaczyć samych najlepszych tenisistów. Ale także całą śmietankę towarzyską. Są więc starzy mistrzowie tenisa, gwiazdy muzyki rockowej. Są także przedstawiciele rodziny królewskiej. W Paryżu spotkałem znakomitego hokeistę rosyjskiego Siergieja Fiodorowa, grającego na co dzień w NHL. Przyjechał z Anną Kurnikową i udało mi się z nim porozmawiać tuż po zakończeniu ich wspólnego treningu. W ogóle spotyka się tam ludzi z całego świata, którzy przyjeżdżają spędzić na jednym lub drugim turnieju wakacje.
 - Nie jest łatwo dostać bilety na tego rodzaju imprezy...
 - Na Wimbledon "normalnie" bilety można kupić praktycznie tylko do pojedynków ćwierćfinałowych. Normalnie, to znaczy ustawiając się w kolejce o godz. 19 i stojąc do godziny 10.00 dnia następnego. Oczywiście odbywa się to według określonych zasad. Na specjalnie wyznaczonym chodniku, ogrodzonym barierkami ludzie rozkładają namioty i tak spędzają cała noc. Dla "kolejkowiczów" ustawione są toalety, punkty gastronomiczne, można nawet zamówić pizzę, która do kolejki zostanie przywieziona na motocyklu. Wszystkiego pilnuje "Policja Wimbledońska". Nikt się nie pcha, wszystko odbywa się w przyjaznej i kulturalnej atmosferze. Trudno sobie wyobrazić coś takiego u nas. Około godziny 7 rano, grupa "stewardów", czyli starszych panów w słomkowych kapeluszach budzi każdego osobiście, przypominając, jak wygląda plan kolejki na dzisiejszy poranek. Kiedy po śniadaniu kolejka jest już gotowa, "stewardzi" rozdają opaski na rękę. Kolor opaski oznacza, na który kort chcemy otrzymać bilety. Z taką opaską idzie się dopiero do kasy.
 - A jak to wygląda w Paryżu?
 - Jest to o wiele prostsze, bo biletów przed turniejem prawie w ogóle nie można dostać. Więc pozostają tylko zakupy u "koników"
 - Jakie są ceny biletów?
 - Nie są, niestety, niskie. Na pierwszy dzień na Wimbledon, kosztują około 150 złotych. Na każdy następny dzień są coraz droższe. Na Roland Garros, bilet u "konika" kosztuje grubo ponad 200 złotych.
 - Zostawmy tenis, bo nie tylko "biały sport" pozostaje w kręgu Pana zainteresowań. Wiem, że również inne dyscypliny są Pana pasją.
 - Tu na pierwszym miejscu muszę wymienić żużel oraz koszykówkę. Także piłkę nożną w dobrym wydaniu.
 - Jakimi zaliczonymi imprezami może się Pan pochwalić jeśli chodzi o "czarny sport"?
 - Mam na koncie kilkadziesiąt finałów rangi mistrzostw świata w całej Europie. Nie tylko na torze klasycznym, ale również na długim i na trawie.
 - Myślę, że te dwie ostatnie odmiany żużla są kibicom raczej obce...
 - Jeśli chodzi o wyścigi na trawie, to jest to dość widowiskowa impreza. Trawa dość szybko zostaje "wytarta" przez zawodników i potem jeździ się na "gołej" ziemi. Długość toru to jest 600-800 metrów. Startują tu zawodnicy mniej znani, ale emocji nie brakuje.
 Jeżeli chodzi o długi tor, to jestem fanem tej dyscypliny. Długość toru dochodzi do 1000 metrów. Zawodnicy osiągają na prostej prędkości do 150 km/h. Na zawody przychodzi nawet 30 tysięcy widzów. Kibice w Tarnowie na pewno doskonale pamiętają Simona Wigga, który ma na koncie aż pięć tytułów mistrza świata w tej dyscyplinie.
 - Wspomniał Pan o Wiggu. Nie tak dawno ze Szwecji nadeszła informacja, że ten sympatyczny Anglik jest bardzo poważnie chory. Jako jedyny Polak, uczestniczył Pan w pożegnalnym turnieju Simona.
 - To było w roku ubiegłym. Byłem w tym czasie w Wielkiej Brytanii. M.in. na meczu Anglia - Polska, na Wembley. Na drugi dzień w Oxford był właśnie pożegnalny turniej Simona. Znakomita obsada i atmosfera. Po turnieju ustawiła się na murawie, długa kolejka do Wigga. Byli zawodnicy, działacze i kibice. Przedstawiłem się Simonowi, był mile zaskoczony. Przekazałem mu życzenia od fanów z Tarnowa. Prosił, aby pozdrowić tarnowską publiczność.
 - Jeżdżąc i oglądając zawody w Europie, spotyka się Pan z różnymi torami. Na jakich najbardziej nietypowych Pan był?
 - W Belle Vue, Arena Essex czy Wolvarhampton, są to tory o długości 240-260 metrów, gdzie zawodnicy nie rozwijają praktycznie żadnej prędkości. Przez cały dystans jadą w odległości 5-6 metrów, do ostatnich metrów nie wiadomo, jaki będzie wynik. A więc jest zupełnie inaczej niż u nas, gdzie decyduje start, a potem pierwszy wiraż i koniec emocji. W znacznej części, te tory nie są symetryczne, co jeszcze bardziej dodaje "smaczku".
 - Są zawody, na których obowiązkowo musi Pan być?
 - Tak. Jest to Zlata Prilba w Pardubicach. Impreza rozgrywana jest przeważnie w październiku. Cały system zawodów jest chyba najlepszy jaki wymyślono. Żużlowcy rywalizują w grupach. Zaliczają się tylko najlepsze dwa wyścigi każdego zawodnika. Zawsze jest bardzo mocna obsada. Polakowi nie udało się jeszcze nigdy wygrać.
 - Najlepszy obiekt sportowy, na którym Pan był?
 - Old Trafford.
 - A nie Wembley?
 - Na pewno Wembley jest wspaniałym stadionem, ale Old Trafford robi imponujące wrażenie. Z zewnątrz jest to niepozorny budynek. Jednak, jak się wejdzie do środka to powala z nóg. Mieści się tam ponad 50 tysięcy widzów. Jak wiadomo, Wembley zostanie zburzone. Nowe Wembley, które zostanie wybudowane ma być podobno obiektem supernowoczesnym.
 - Proszę coś powiedzieć o zainteresowaniu futbolem.
 - Przede wszystkim interesuje mnie piłka nożna w dobrym wydaniu. A więc liga angielska, a także niemiecka. Do tego rozgrywki Ligi Mistrzów i Pucharu UEFA.
 - Sporo mówił Pan o wyścigach na żużlu. Nie wspominał Pan natomiast nic o wyścigach koni oraz psów.
 - Wyścigi koni widziałem m.in. podczas Wielkiej Pardubickiej. Znakomita impreza, perfekcyjnie przygotowana. Wielkie emocje.
 Co do wyścigów psów, to w Anglii, a konkretnie w Wolverhampton, oglądałem kilka imprez. Najpierw odbywa się prezentacja. Następnie psy są ustawiane w specjalnych blokach. Zwierzęta gonią sztucznego zająca, który jest umieszczony na bandzie okalającej tor. Widziałem taką gonitwę, kiedy na torze pojawił się prawdziwy zając i psy zaczęły biec w odwrotną stronę. W tej dyscyplinie chodzi przede wszystkim o pieniądze. Gonitwy są transmitowane na żywo, na całych Wyspach. Ludzie grają o spore pieniądze.
 - Jakie ma Pan plany po powrocie ze Stanów Zjednoczonych?
 - Cały czas marzę o wyjeździe na Australian Open. Miałbym już "zaliczone" cztery lewy Wielkiego Szlema. Wszystko oczywiście zależy od pieniędzy. Sam bilet na samolot jest bardzo drogi. W przyszłym roku jest okazja do odwiedzenia Cardiff, gdzie nasi piłkarze grać będą w eliminacjach do mistrzostw świata z Walią, oraz rozegrane zostanie żużlowe Grand Prix.

Rozmawiał: PAWEŁ PAWŁOWSKI

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie