Teczki pana Zygmunta

Redakcja
Donosy na Zygmunta K. pisało około trzydziestu osób, siedem, może osiem z nich zidentyfikował bez trudu…

Andrzej Kozioł

Andrzej Kozioł

Donosy na Zygmunta K. pisało około trzydziestu osób,

siedem, może osiem z nich zidentyfikował bez trudu…

   Pan Zygmunt - broda, okulary, laseczka, siwizna. Artysta malarz, który książki i gazety czyta z zegarmistrzowską lupą wciśniętą w oczodół, bo wzrok, niegdyś orli, sokoli, już szwankuje. Na szczęście wzrok, a nie umysł, bo pan Zygmunt zachował świetną pamięć i coś ważniejszego od pamięci - esprit, inteligencję, wrażliwość, ciekawość świata. I jeszcze coś nieuchwytnego, ale ogromnie ważnego - dystans do siebie samego, do najważniejszych spraw w życiu, nawet do lat spędzonych w krakowskim areszcie na Monte, w obozie w Jaworznie, w tarnowskim więzieniu. Nie ma nic z histerycznego kombatanctwa niektórych, o wiele młodszych od niego przeciwników ustroju, który odszedł w niesławie. Chociaż komunizm - i to w najgorszym, stalinowskim wydaniu - zabrał mu najlepsze lata życia, wczesną młodość, pan Zygmunt nie zapiekł się w antylewicowości. Może dlatego, że w rodzinnej tradycji osobliwe, naczelne miejsce zajmował Piłsudski, młody Piłsudski, towarzysz Ziuk...
   Z panem Zygmuntem spotykamy się od czasu do czasu, zazwyczaj przypadkiem, w małej kawiarni, gdzie stoliki obsiadają stali bywalcy. Poznaliśmy się przed laty, w mieszkaniu Marka, naszego wspólnego znajomego, Zygmuntowego przyjaciela i towarzysza z jednej celi. Do wspaniałej kolacji, do pełnych kieliszków - bo Marek, potomek polskich Ormian, przepada za wydawaniem prawdziwie kaukaskich uczt - zasiadło kilku starszych panów. Rozmawialiśmy bardzo długo. Z tych rozmów powstał cykl reportaży o Jaworznie - obozie niegdyś niemieckim, hitlerowskim, później polskim, stalinowskim, w którym zamknięto takich jak oni, młodych konspiratorów, zauroczonych legendą starszych braci z AK, zamknięto synów bogatych chłopów, przez propagandę na sowiecki sposób nazywanych już kułakami.
   Znajomość, serdeczna, podsycana kawiarnianymi rozmowami, trwała latami, aż pewnego dnia usłyszałem od pana Zygmunta: - Poprosiłem IPN o swoją teczkę.
   Odradzałem mu wtedy - z całych sił i z całego serca, a po trosze może ze zwyczajnego tchórzostwa, bo ja bałbym się szarawych kserokopii starych dokumentów. Bałbym się, że mój świat runie w gruzy. Wielu kolegów, rówieśników pana Zygmunta na dźwięk słowa "teczki", wyciągało ręce w geście gwałtownego protestu. Jeden z nich powiedział: - Co będzie, jeżeli dowiem się, że informatorką UB była moja żona? Przeżyliśmy razem kilkadziesiąt lat, mamy dzieci, wnuki...
   Pan Zygmunt zdecydował się. Po długich wahaniach, po namowie pracownika IPN, który powiedział: - Pozna pan ludzi...
   Młyńskie kamienie IPN-owskiej sprawiedliwości obracają się powoli. Żeby otrzymać teczkę z dokumentami, należy uzyskać status pokrzywdzonego. Nie wszyscy mogą na niego liczyć, nawet jeżeli rzeczywiście działali w nielegalnych organizacjach, nawet jeżeli siedzieli. Jak mówi pan Zygmunt, niektórzy koledzy nie występują z wnioskiem, ponieważ wiedzą, że nie otrzymają akt - to ci, którzy w pewnym monecie załamali się, poszli na współpracę.
   Pan Zygmunt czekał przez rok. Po roku otrzymał pismo z Instytutu Pamięci Narodowej, Oddziałowego Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów w Krakowie. Pismo składa się głównie z wyliczanki artykułów oraz paragrafów, ale jego konkluzja jest prosta, jednozdaniowa: zaświadcza się, że na podstawie posiadanych i dostępnych dokumentów zgromadzonych w zasobie archiwalnym Instytutu Pamięci Narodowej - Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, że pan Zygmunt K. jest pokrzywdzonym...
   Zaświadczeniu towarzyszyło osiem tekturowych teczek - niektóre pękate, pełne dokumentów, w sumie kilka kilogramów papieru, kilkadziesiąt lat życia Zygmunta K. Kilkadziesiąt, ponieważ odpowiednie służby nie przestały się nim interesować nawet wiele lat po październiku 1956 roku, kiedy zelżało, i to mocno, a im, dawnym więźniom politycznym, pozwolono wrócić do normalnego życia - mogli studiować, pracować, chociaż nie wszędzie i nie na każdym stanowisku. Jeszcze w połowie lat sześćdziesiątych tajni współpracownicy pisali skrupulatne, pełne detali donosy. Jeden z nich, t.w ps. "Marek" pozostający na kontakcie of. oper. St. Morawskiego, sporządził sprawozdanie z wizyty - pozornie zwyczajnej, bagatelnej, towarzyskiej - u państwa K.: Byłem u Zb K. Mieszkanie zmienione podczas choroby Bożeny K., Zygmunt zrobił półki i stelaże. Dom wygląda całkiem inaczej, nie można w żaden sposób na siłę sprowokować jakiejś rozmowy, to, co ich interesuje, to sztuka, znaczki, książki, film, telewizja, wokół tych zagadnień obracają się ich rozmowy i dyskusje. Na sprowokowanie rozmowy na tematy polityczne trzeba czekać specjalnej okazji. Harcerstwem Z. K. nie interesuje się zupełnie. Ciekawy fakt... (tutaj maszynopis nieczytelny) o K. powiedział mi (tym razem brakuje nazwiska - nie zawinił ani maszynopis, nie zawiodła kserokopiarka, IPN usuwa nazwiska tajnych współpracowników oraz ich informatorów) wiesz Zygmunty całkiem zrobili się drobnomieszczanami, całkiem skapcanieli albo w domu siedzą, albo idą razem do kina, albo na telewizję do matki Bożeny. (Znów usunięte nazwisko) powiedziała, że najlepiej określił ich (następna biała plama) całkiem skapcanieli i tylko p... w stołki, strasznie się K. zmienili. Przywiązują się często do nieistotnych szczegółów bycia, zrobili się wytworni, na przykład posiłki są u nich ceremonią rodzinną. To nie ci sami, którzy mieszkali na Zalewskiego.
   Raport został sporządzony w jednym egzemplarzu, a pod maszynopisem ktoś, zapewne oficer operacyjny Morawski, dopisał ręcznie: W związku z brakiem podstaw do interesowania się K. sprawę proponuję zaniechać. Jak widać, "drobnomieszczański" styl życia i celebrowanie rodzinnych posiłków, choć samo w sobie nie było może zgodne z duchem epoki, w połowie lat sześćdziesiątych nie stanowiło już okoliczności obciążających...
   Brak nazwisk, starannie usuniętych przez pracowników IPN, nie przeszkadza w identyfikacji tajnych współpracowników, przynajmniej tych, którzy pochodzili z najbliższych, koleżeńskich kręgów. Donosy na pana Zygmunta pisało około trzydziestu osób, siedem, może osiem z nich zidentyfikował bez trudu. Niekiedy ustalenie personaliów donosicieli było dziecinnie proste - jeżeli w trójkę wieziono ich z Jaworzna do tarnowskiego więzienia i jeżeli jeden z więźniów napisał odpowiedni raport, a nie był nim ani pan Zygmunt, ani jego najserdeczniejszy przyjaciel - musiał to być ten trzeci.
   Donosicielstwo kwitło też w obozie. Przed kilku laty "Dziennik Polski" usiłował znaleźć skrytkę, w której młodzi więźniowie ukryli dokumenty, coś w rodzaju politycznego creda i spis swych nazwisk. Nawet w obozie zawiązali tajną organizację, która - właśnie wskutek wszechobecności konfidentów - została odkryta. Tłumaczyli się wtedy, że grupa, owszem, istniała, ale nie spiskowała przeciwko państwu, nie chciała obalić ustroju, lecz szykowała ucieczkę. Dzisiaj, po przeczytaniu dokumentów, pan Zygmunt nie ma wątpliwości, dlaczego nie znaleźliśmy skrytki. Kilkadziesiąt lat wcześniej jej zawartość - wskutek donosów, oczywiście - prawdopodobnie trafiła w nieodpowiednie ręce.
   Właściwie nie powinienem rozmawiać z panem Zygmuntem, bo nie on jest zagadką, znam jego powojenne losy, przeczytałem kilkaset stron IPN-owskich dokumentów na jego temat. Pan Zygmunt - to oczywistość, a oczywistości nigdy nie są interesujące. Uczciwość i prawość wydają się naturalne, nie trzeba dociekać ich przyczyn, natomiast ich przeciwieństwa budzą zainteresowanie. Prowokują ciekawość. Powinienem rozmawiać nie z panem Zygmuntem, ale z tymi, którzy pisali na niego donosy...

Jednego z nich znam. Jeszcze kilka lat temu razem zasiadaliśmy za stołem, razem piliśmy wódkę. Wydawał się najbardziej kombatancki ze wszystkich uczestników spotkania. Miał powody do znienawidzenia nowego ustroju, jego ojca zamordowano na Rakowieckiej.

   Zastanawiamy się z panem Zygmuntem nad psychologią donosiciela - naiwnie, po amatorsku. Rządził nimi strach? Paraliżujący strach przed więzieniem, przed torturami? Strach tłumaczy wiele, nie rozgrzesza, ale pozwala zrozumieć.
   A może było inaczej? Ten najbardziej kombatancki z kombatantów od zawsze, od młodości pragnął być kimś ważnym, kochał wydawać rozkazy, rozkoszował się swą hierarchiczną przewagą. Z tego powodu poróżnili się z panem Zygmuntem w latach sześćdziesiątych. Obaj działali w harcerstwie, ale arcykombatantowi chodził o jedno - o wydawanie rozkazów, o karanie podwładnych, o władzę. Może, kiedy pisał donosy, odczuwał dreszcz podniecenia - oto decydował o ludzkich losach, jeżeli nie stawał się Nemezis, to przynajmniej spływała nań cząstka boskości.
   A może chodziło o coś jeszcze innego - o pieniądze. Arcykombatant nie działał z pobudek ideologicznych, był jednym z najlepiej opłacanych krakowskich donosicieli.
   Amatorskie psychologizowanie - to kawiarniane zajęcie. A poza przytulną kawiarnią trwa życie, w którym ciągle koegzystują pokrzywdzeni i ci, którzy krzywdzili. Niektórzy z krzywdzicieli dożywają swych dni w chwale, odchodzą przy dźwiękach wojskowych werbli.
   Na przykład T., wojskowy sędzia, jeszcze w latach osiemdziesiątych postać znana w Krakowie z działalności antyalkoholowej... Razem odbieraliśmy jakąś nagrodę - ja za książkę o alkoholizmie, on za całokształt. Nawet starliśmy się, bo pan były sędzia znał jedną receptę na zahamowanie pijaństwa - kolosalną podwyżkę cen alkoholu. Z uporem fanatyka powtarzał w kółko, że pół litra na Zachodzie kosztuje kilka dolarów, u nas kilkadziesiąt centów. Nie docierało do niego,**że tak naprawdę pijemy tańszą wódkę, ponieważ zarabiamy dwadzieścia, trzydzieści dolarów miesięcznie. W dziwacznych butach, z pałającym wzrokiem, pełen przekonania, pełen żaru - przypominał nawiedzonego kaznodzieję, sekciarza, człowieka owładniętego czymś, co psychiatrzy nazywają ideą nadwartościową.
   Kilkadziesiąt lat wcześniej sędzia T. posłał pana Zygmunta do więzienia. Podczas rozprawy spieszył się, i to bardzo, tak bardzo, że zadając oskarżonemu pytania, nie czekał na jego odpowiedzi, sam je dyktował protokolantowi. Pośpiech był poniekąd usprawiedliwiony, rozprawa odbywała się 24 grudnia, w Wigilię.
   Wyrok zapadł późno, o piątej po południu. Miasto opustoszało, w domach płonęły na choinkach świeczki. Może sędzia T. myślał już o barszczu, o karpiu, o trzasku łamanego opłatka. Może pospiesznie wrócił do domu, umył ręce i zasiadł do świątecznego stołu, już nie pamiętając o tym, że posłał do więzienia kolejnego młodego człowieka, który nie tyle konspirował, co bawił się w konspirację...
   Sędzia T. umarł niedawno. Żegnało go dwóch księży, wojskowy kapelan i ksiądz parafialny, żegnała kompania honorowa i pan Zygmunt, który po pogrzebie podszedł do oficera dowodzącego ceremonią. - Kogo chowaliście? - zapytał. - Wojskowego sędziego - odpowiedział oficer.
   Co z nimi zrobić? Jak się wobec nich zachować? Niekiedy sami usuwają się w cień. Jeden z donosicieli jeszcze niedawno często telefonował do pana Zygmunta. Rozmawiali długo i o wszystkim, o wspólnych znajomych, których ubywa, o polityce, o życiu. Kiedy w środowisku rozeszła się wiadomość, że pan Zygmunt dostał od IPN-u teczki, telefoniczne rozmowy skończyły się jak nożem uciął.
   Co z nimi zrobić? Jak się zachować? Może łatwiej powiedzieć, czego zrobić nie można.
   - Poszedłby pan z nimi na wódkę? - pytam.
   - Nie! - natychmiast odpowiada pan Zygmunt.
   - Podałby pan rękę?
   Odpowiedź nie przychodzi natychmiast. Po chwili, po namyśle, słyszę:
   - Nie.
   Jednak i to, cofnięcie ręki przed wyciągniętą dłonią donosiciela, nie jest łatwe. Jeden z nich wychował wspaniałą córkę - mądrą, szlachetną, krytycznie nastawioną do rzeczywistości, której donosami służył ojciec. Czy powinna dowiedzieć się, że jej dziecinna sukienka, że gumowa piłka, pluszowy niedźwiadek zostały kupione za judaszowe pieniądze?
   - Żałuje pan swej prośby o teczki? - pytam.
   - Nie - zdecydowanie odpowiada pan Zygmunt i dodaje: - Nie chcę też zemsty, bo jak się mścić i na kim - na starych ludziach?
   - Po co więc to panu było?
   Odpowiedź nie jest ani prosta, ani lakoniczna. Wynika z niej, że nareszcie mógł zdmuchnąć plewy, że pozostały ziarna, że wreszcie wie, jak było i kto był kim. Poznał ludzi - jak mu obiecywał pracownik IPN. I jeszcze jeden pożytek z akt - zostaną dla syna. A syn - bardzo młody - śmieje się, kiedy czyta tajniackie raporty. No, bo jak się nie śmiać z kogoś, kto twierdził, że jego ojciec celowo, jako wróg ustroju, zalał wodą gabinet kierownika domu kultury? Nigdy nie uwierzy, że nieszczelny kran mógł się stać powodem do oskarżenia o sabotaż.
   Syn pana Zygmunta śmieje się, bo przyszedł na świat w czasach, kiedy na dobre zaczął murszeć stary porządek, pamięcią sięga zaledwie początku lat osiemdziesiątych. Ten śmiech może ranić nasze uszy, ale jest jedyną możliwą reakcją normalnych ludzi, wychowanych w normalnych czasach.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie