Telefony komórkowe: fakty i wiedza zamiast mitów. Niektórzy się boją. Co na to nauka?

Zbigniew Bartuś
Zbigniew Bartuś
Polacy nie wyobrażają sobie życia bez mobilnej komunikacji. Nie da się zapewnić dobrego zasięgu bez odpowiedniej sieci nadajników.

Według zeszłorocznego badania CBOS, telefonów komórkowych używa 92 proc. Polaków, z czego 57 proc. ma smartfony. Coraz częściej oczekujemy nie tylko łączności telefonicznej w dowolnym miejscu świata, ale i możliwości bezprzewodowego przesyłania i odbioru danych.

Chcemy mieć mobilny dostęp do poczty elektronicznej, przeglądarki, serwisów informacyjnych i społecznościowych, pragniemy korzystać z nawigacji monitorującej ruch na drogach w czasie rzeczywistym, błyskawiczne przesyłać zdjęcia, pobierać muzykę i filmy w streamingu.

Wszyscy wymagamy dobrego zasięgu - zarówno w pracy (coraz więcej firm nie może bez tego normalnie funkcjonować, a nawet istnieć!), jak i w domu oraz wszędzie tam, gdzie akurat przebywamy. Wszyscy chcemy mieć nieskrępowany dostęp do mobilnego internetu - bez niego smartfon staje się mało użyteczny. Operatorzy telekomunikacyjni starają się spełnić nasze oczekiwania. Muszą przy tym rozwiązać wiele problemów, nie tylko technicznych.

55000 dyskietek na minutę

Kiedy 22 lata temu ruszały sieci telefonii GSM, oferowane przez nie telefony służyły do dzwonienia i esemesowania. Do robienia zdjęć używaliśmy aparatów na klisze wywoływane w specjalistycznych punktach. Odbitki przesyłaliśmy tradycyjnymi listami, komputerowe dane przenosiliśmy na dyskietkach, do odtwarzania filmów mieliśmy magnetowidy, do muzyki CD.

Pojawienie się 11 lat temu pierwszych smartfonów zmieniło wszystko. Nie tylko pogrzebały one wiele innych urządzeń (jak kompaktowe aparaty fotograficzne czy nawigacje GPS), ale i zmieniły sposób funkcjonowania miliardów ludzi, zwłaszcza młodych. Postawiło to - i wciąż stawia - przed operatorami nowe wyzwania techniczne, związane przede wszystkim z zapewnieniem odpowiedniej przepustowości i szybkości sieci.

Prosty przykład: wspomniana dyskietka komputerowa miała pojemność 1,44 MB, a tymczasem jedno wykonane smartfonem zdjęcie zajmuje nawet 10 MB, zaś oglądany w streamingu film fabularny w rozdzielczości 4K - od 15 do nawet 80 GB, czyli tyle, ile 55 tysięcy dyskietek! Przesłanie takiej ilości danych za pomocą technologii wykorzystywanych powszechnie kilkanaście lat temu było niemożliwe. Rewolucja techniczna sprawiła jednak, że dziś możemy takie dane transferować w czasie rzeczywistym, co prowadzi do lawinowego rozwoju serwisów z filmami i… jeszcze bardziej śrubuje wymagania wobec operatorów. Ilość danych przesyłanych i odbieranych każdego dnia przez mieszkańców bloku w Krakowie jest większa od ilości danych transferowanych 20 lat temu przez cały Kraków.

By zaspokoić rosnące potrzeby i apetyty klientów - czyli nas wszystkich - operatorzy zmuszeni są zagęszczać sieć tzw. bazowych stacji przekaźnikowych (BTS - base transceiver station). To proste: bez odpowiedniego rozmieszczenia stacji nie da się zapewnić dobrego zasięgu.

Normy sowieckie i chaos

W zdecydowanej większości krajów Europy stacje BTS są mniejsze niż u nas, ale rozstawione zdecydowanie gęściej. Wynika to ze specyfiki polskich norm, sto razy bardziej restrykcyjnych od zachodnich; na Starym Kontynencie tylko Bułgarzy i Rosjanie trzymają się jeszcze normy wprowadzonej przez Związek Sowiecki i zapożyczonej za głębokiego komunizmu przez „bratnie kraje”.

Jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli, poważnym problemem jest także panujący w Polsce chaos prawny: przepisy jasno nie określają, jakie stacje i kiedy wymagają zgłoszenia lub pozwoleń na budowę, a jakie nie. Interpretacje ustaw i orzeczenia sądów bywają sprzeczne. Zatruwa to życie operatorom i urzędnikom, a gdzieniegdzie wywołuje niepokoje społeczne. Bywa, że mieszkańcy domagają się z jednej strony doskonałego zasięgu telefonów komórkowych i mobilnego internetu, a z drugiej - nie chcą na swym terenie stacji BTS. A są to oczekiwania sprzeczne.

Dynamiczny rozwój technologii mobilnej wzbudza niepokój części społeczeństwa. W przestrzeni publicznej pojawia się mnóstwo mitów głoszonych zarówno przez zwolenników nieograniczonej budowy nowych stacji i zwiększania ich mocy, jak i przeciwników nieskrępowanej ekspansji takiej łączności. Ci ostatni podnoszą zwykle argumenty zdrowotne, przekonując, że wytwarzane przez BTS pola elektromagnetyczne (PEM) szkodzą ludziom.

Mają tego dowodzić badania prowadzone w różnych miejscach, ostatnio także w Polsce. Ich oponenci odpowiadają, że nie ma żadnych naukowych dowodów na negatywne oddziaływanie BTS, są za to przykłady wykorzystywania fal radiowych do leczenia ludzi; porównują przy tym przeciwników BTS do dyletantów protestujących ponad 100 lat temu przeciwko upowszechnieniu elektryczności i oskarżających urządzenia zasilane prądem o wywoływanie ciężkich chorób.

W Krakowie spór o BTS ma wyjątkową temperaturę. Dlatego właśnie tutaj zorganizowaliśmy debatę ekspertów zajmujących się, często od dekad, radiokomunikacją i oddziaływaniem PEM.

Co to jest PEM, jaki jest aktualny stan badań nad mocą stacji bazowych telefonii komórkowej i ich oddziaływaniem na otoczenie? Jakie normy obowiązują w Polsce i Europie i czy nasi operatorzy ich przestrzegają. Jakie przepisy obowiązują przy budowaniu i eksploatacji stacji nadawczych i czy ktoś je skutecznie egzekwuje? Czy sąsiedzi nadajników mają się czego obawiać? Na te pytania próbowaliśmy odpowiedzieć podczas kolejnej debaty eksperckiej z cyklu Firma Polska (nagrodzonego m.in. prestiżową Nagrodą im. Władysława Grabskiego za najlepszą publicystykę ekonomiczną). Staramy się diagnozować problemy trapiące Polaków i podpowiedzieć politykom najlepsze rozwiązania. Nasze debaty są dla tych, którzy od medialnych fajerwerków i wzajemnego opluwania oponentów wolą fakty i opinie ludzi kompetentnych.

Zbigniew Bartuś: - Na ile pojawienie się telefonii komórkowej wpłynęło na otoczenie człowieka?

Jerzy Żurek: - Jako ludzkość istniejemy zanurzeni w elektromagnetyzmie. Od zawsze otaczają nas fale elektromagnetyczne: weźmy światło słoneczne… Od końca wieku XIX, czyli czasów Marconiego, który zbudował pierwsze działające systemy radiokomunikacyjne, używamy fal elektromagnetycznych z zakresu radiowego do różnych celów.

- Są one jedynym źródłem takiego promieniowania?
Jerzy Żurek:
- Fale radiowe w naszym otoczeniu są wytwarzane także przez inne urządzenia. Np. kuchenki mikrofalowe są bardzo silnym źródłem. Nasze komputery mają zegary pracujące w zakresie 2-3 GHz i promieniują. Wiele innych urządzeń elektronicznych wyposażonych w procesory, generatory kwarcowe... Żarówki energooszczędne, przetworniki, zasilacze - wytwarzają pola elektromagnetyczne, w skrócie - PEM.

- Jak na tym tle wypadają stacje bazowe telefonii komórkowej?
Jerzy Żurek:
- W ich wypadku jakość sygnału zależy od stosunku mocy sygnału użytecznego do mocy zakłóceń. Każda niekontrolowana emisja z innego źródła jest zakłóceniem. Istotne jest więc ograniczanie owych zakłóceń. Dzięki nowoczesnym technikom m.in. cyfrowego przetwarzania sygnału moce emitowane przez nowoczesne instalacje radiokomunikacyjne maleją. Telefon komórkowy w technice GSM mógł pracować z mocą szczytową 2 watów, a telefon generacji 3G - z mocą szczytową 0,25 wata, czyli ośmiokrotnie niższą.

- A popularne dziś LTE?
Jerzy Żurek:
- Moc obniżono tu kolejne cztery razy, przy czym technologia ta zapewnia dużo lepszą jakość. Generalnie zasada jest taka, że mamy pracować z jak najmniejszymi mocami. Dlatego rozważa się zwiększenie zagęszczenia urządzeń przesyłowych, by ich moc mogła być jak najmniejsza. Trzeba przy tym pamiętać, że nowoczesne urządzenia nie pracują stale, ale emitują sygnał tylko wtedy, kiedy trzeba, dostosowując moc do potrzeb. Nowoczesne stacje bazowe np. nocą, gdy nikt w okolicy nie korzysta z telefonu, zasypiają, zaś wówczas, kiedy ruch jest mniejszy - błyskawicznie zmniejszają moc, utrzymując ją na minimalnym poziomie.

- Reasumując: idziemy w coraz niższe moce, ale to sprawia, że stacje bazowe muszą być rozlokowane gęściej, czyli musi ich być więcej. Swoja drogą: jak gdzieś, gdzie jest słaby sygnał, np. w schronisku w górach, telefon próbuje łapać zasięg, to się strasznie nagrzewa.

Jerzy Żurek: - Ale nie wynika to z emisji PEM przez stacje BTS, tylko z tego, że telefon szukając sygnału, próbuje się łączyć ze stacją w różnych technologiach, od GSM po LTE, przez co jego procesor wykonuje niewiarygodną liczbę obliczeń, nieosiągalną dla superkomputerów 20 lat temu. W wyniku tego urządzenie faktycznie może się nagrzewać.

- Z czego w ogóle wynika nagrzewanie się telefonów?
Jerzy Żurek:
- Głównie właśnie w wyniku intensywnej pracy procesora, np. gdy uruchomimy jakieś aplikacje, wymagające skomplikowanych operacji. Albo mamy uruchomionych wiele aplikacji. Albo jakaś aplikacja się zawiesi. Potężnym pożeraczem energii jest także ekran - w smartfonach wielokrotnie większy niż w dawnych komórkach. Potrzebuje znacznie więcej energii, niż się zużywa do transmisji.

- A grzanie telefonu przy uchu?
Jerzy Żurek:
- Kolejny mit. Z badań wynika, że wrażenie nagrzewania to efekt długotrwałego trzymania aparatu przy uchu. Powstaje także wówczas, gdy nie trzymamy telefonu, tylko jakąś inną rzecz podobnej wielkości, albo telefon całkowicie wyłączony, z wyciągniętą baterią.

- Czym kierują się operatorzy przy lokowaniu stacji bazowych?
Marek Lipski:
- Systemy telefonii komórkowej przypominają plaster miodu, cała idea polega na tym, by tak porozstawiać stacje, aby zasięgi z nich zbliżały się do siebie, zapewniając ciągłość sygnału. Jeśli moce owych stacji mają być możliwie niskie, to stacje muszą być rozlokowane relatywnie gęściej. Polskie przepisy, niestety, mocno różnią się tutaj od przepisów zachodnich.

- Tylko polskie?
Marek Lipski:
- Jeszcze bułgarskie. Do niedawna była w tym naszym gronie Litwa, ale ostatnio zmieniła przepisy i ma takie jak reszta Unii. A w Europie takie prawo jak Polska i Bułgaria ma jeszcze tylko Rosja. Przepisy te nie pozwalają nam budować stacji bazowych o takiej gęstości jak na Zachodzie. Wymusza na operatorach stawianie wysokich wież, 30-, 40-metrowych, bo anteny trzeba odsuwać daleko od skupisk ludzi. W Europie Zachodniej z anteną można podejść dużo bliżej, więc stacje bazowe stoją gęściej. Na poziomie ulic, latarni pracują o wiele efektywniej niż wysoko na dachach.

- To poprawia jakość sygnału?
Marek Lipski:
- Tak. Ogólna emisja jest bardziej równomierna, a zarazem niższa niż u nas. I stacje bazowe nie są tak widoczne w krajobrazie.

- Najwyższa Izba Kontroli badała w 2014 r. postępowania administracyjne związane z budową i funkcjonowaniem stacji bazowych telefonii komórkowej. Przypomnijmy główne wnioski.
Edward Lis:
- Ta jedyna zakończona dotąd kontrola objęła trzy województwa i była prowadzona w Krakowie, Warszawie i Lublinie. Informacja z niej ukazała się w 2015 r. Główny wniosek: mamy w kraju chaos związany głównie z niejednolitym stosowaniem Prawa budowlanego. To efekt nowelizacji tegoż prawa, jaka weszła w życie w lipcu 2010 r. Mamy od tego momentu następujący stan: instalacje radiokomunikacyjne do wysokości trzech metrów nie wymagają żadnych działań ze strony inwestora, nawet zgłoszenia do nadzoru budowlanego; instalacje powyżej trzech metrów wymagają zgłoszenia. Jednocześnie jednak zapisano w ustawie, że „pozwolenia na budowę wymagają przedsięwzięcia mogące znacząco oddziaływać na środowisko (…)”. Zaczęto się zastanawiać, które instalacje wymagają zgłoszenia, które pozwolenia, a które nie wymagają niczego. Jednocześnie w przekazie medialnym pojawiły się informacje, że badania prowadzone w różnych miejscach świata wskazują na negatywne oddziaływanie PEM z różnych urządzeń na zdrowie ludzi.

- NIK nie badała tego wpływu?
Edward Lis:
- Nie, bo nie jest to nasze zadanie. Myśmy badali to, jak przebiegają w Polsce postępowania administracyjne związane z BTS. I okazało się, że w niektórych miastach lokalne władze, pod wpływem protestów mieszkańców, zaczęły wymagać pozwoleń na budowę. Te sprawy trafiały do sądów administracyjnych. Pojawiły się różne wyroki, przy czym największa ich część mówi, że każda instalacja radiokomunikacyjna wymaga pozwolenia na budowę. W sporej mierze wynika to z definicji obiektu budowlanego. Sąd uznał, że instalacje radiokomunikacyjne nie mogą być traktowane jako integralna część obiektu, na którym je ustawiono, np. szkoły czy bloku mieszkalnego (obiekt taki może bez tych stacji funkcjonować), a przez to nie mogą być zwolnione z obowiązku uzyskania pozwolenia.

- Zdarzały się odmienne wyroki?
Edward Lis:
- Tak. I chaos mamy gotowy. My podczas tej kontroli zasięgnęliśmy opinii biura prawnego NIK i ono stwierdziło, że w obecnym stanie prawnym powinno się wymagać pozwolenia na budowę BTS. Ale we wnioskach pokontrolnych Izba nie może formułować zaleceń, jak ustawodawca powinien sformułować dany przepis, bo to jest domena organów władzy. Wiec myśmy skierowaliśmy do premiera wniosek o stworzenie jasnych i przejrzystych przepisów, które uporządkują chaos prawny. Chodzi o takie doprecyzowanie prawa, by było dla każdego wiadome, czy budowa BTS wymaga pozwolenia lub zgłoszenia, czy też nie. Zadaniem NIK jest poprawianie funkcjonowania państwa. Nie chcemy hamować rozwoju nowoczesnych technologii, wręcz przeciwnie - chcemy, by się w Polsce rozwijały, ale z zachowaniem prawa i - jeśli są wątpliwości - nie kosztem ewentualnego uszczerbku na zdrowiu ludzi. Na pewno są takie urządzenia, które będą wymagać pozwolenia na budowę, ale też takie, które nie będą ich wymagać. Nam chodzi o to, by ustawodawca jasno napisał, jakie. Chaos spowodował ogromne utrudnienia po stronie operatorów, a także niepewność po stronie urzędników - i ryzyko korupcji.

- Minęły trzy lata od tych wniosków. Czy coś w sprawie drgnęło?
Edward Lis:
- Z informacji uzyskanej przeze mnie dziś rano wynika, że w kwestii uporządkowania i czystego zapisu w Prawie budowlanym nie ma żadnej regulacji. Czyli nie zmieniło się nic. Ale pojawiła się jaskółka nadziei - materia ta ma być uporządkowana w powstającym kodeksie urbanistyczno-budowlanym.

- Tymczasem pojawił się społeczny niepokój związany z budową BTS. Problem jest już ogólnokrajowy. Z czego on wynika?
Barbara Gałdzińska-Calik:
- Obawy i protesty mieszkańców w całej Polsce i na świecie, co pokazało spotkanie w europarlamencie w Brukseli w 2016 roku, nie wynikają z tego, że poczytali sobie w internecie o rzekomej szkodliwości, tylko ze zwiększonej zachorowalności ludzi mieszkających w sąsiedztwie stacji BTS.

- Są jakieś wiarygodne badania?
Barbara Gałdzińska-Calik:
- Profesor Alicja Bortkiewicz z Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi mówiła na ostatnim spotkaniu w NIK, że sama przeprowadziła takie badania ankietowe wśród osób żyjących w pobliżu stacji i wyszła jej zależność, że im bliżej stacji bazowej, tym dolegliwości mieszkańców większe. Chciała to skorelować z pomiarami pól z tych stacji, ale to się na razie nie udało. Opowieści osób z różnych miast na świecie, jak Rzym czy Barcelona, są podobne. Ja mam osobiste doświadczenie, bo jak w pobliżu mego mieszkania dostawiono trzecią stacje bazową, to nasi sąsiedzi po kolei zaczęli umierać. Były zaangażowane służby sanitarne i wojewoda, no i nam też wyszło, że im bliżej stacji bazowej, tym gorzej.

- To są ankiety bazujące nie na zestawieniu faktycznie emitowanych pól elektromagnetycznych z rzeczywistymi chorobami ludzi, tylko na odczuciach grupy ludzi.
Barbara Gałdzińska-Calik:
- Nikt nie chciał zrobić więcej ponad te badania ankietowe, choć minister cyfryzacji obiecała nam wówczas zrobienie badań przesiewowych ludności pod kątem wpływu PEM na zdrowie. Do dzisiaj takich badań nie zrobiono. A to było kluczowe dla strony społecznej. Bo mamy w Polsce niewyjaśnione klastry nowotworów. Naukowcy powinni je zbadać. Niestety, środowisko naukowe jest w sprawie szkodliwości PEM silnie podzielone. My, w Krakowie, staramy się kierować zasadą przezorności: jak coś potencjalnie może szkodzić, to powinniśmy zapobiegać takiemu potencjalnie szkodliwemu oddziaływaniu.

- Ale skąd pewność, że w danym bloku szkodzi mieszkańcom akurat PEM, a nie co innego?
Barbara Gałdzińska-Calik:
- A skąd pewność, że nie? Problemem jest to, że my - jako społeczeństwo - nie mamy danych dotyczących oddziaływania stacji bazowych na otoczenie. Potrzebny jest łatwo dostępny zbiór takich danych, bo dziś, by je uzyskać, musimy się zwracać bezpośrednio do operatorów, a ci nie zawsze chcą współpracować.

- Wszystkie stacje BTS powinny uzyskać pozwolenie na budowę, z pełnym raportem o oddziaływaniu na środowisko?
Barbara Gałdzińska-Calik:
- Naszym zdaniem nie, bo to by było uciążliwe dla wszystkich i hamowało rozwój telekomunikacji. A przecież nikt tego nie chce. My jesteśmy za rozwojem, tylko takim, który nie szkodzi. Np. w ustawie francuskiej przewidziane są konsultacje społeczne. Jeśli operator chce postawić stację, to konsultuje to z merem i społecznością lokalną. My byśmy też tak chcieli. Np. by to trafiło na radę osiedla. Bo często można znaleźć inne, równie dobre miejsce, a niekonieczne zaraz naprzeciwko okien.

- Panie profesorze, czy pan, jako wieloletni badacz PEM, jest w stanie pójść na osiedle pani prezes Gałdzińskiej-Calik i z ręką na sercu powiedzieć: Ludzie, nie macie się czego bać, opowieści o szkodliwości PEM to miejskie legendy, bujdy ignorantów?
Andrzej Krawczyk:
- Chętnie spotkam się z mieszkańcami i powiem, żeby czuli się bezpieczni. Pole elektromagnetyczne to jest takie fajne hasło, tajemnicze, przeciętny człowiek w ogóle nie wie, o co chodzi. Dzięki temu można np. napisać nośny artykuł pt. „Telefon komórkowy i żelazko cichymi zabójcami” lub coś podobnego. Taki tekst wprawdzie świadczy o ignorancji redaktora, ale za to ilu go przeczyta! A zdemaskuje garstka. Transmisje radiowe czy telewizyjne są niczym innym, jak generowaniem pola magnetycznego. Kiedyś, za czasów telewizji analogowej, wymagało to nadajników o znacznie wyższych mocach.

- Ale awantury wokół BTS wynikają z tego, że ludzie się boją.
Andrzej Krawczyk:
- Boją się z braku wiedzy oraz za sprawą dezinformacji roznoszonej przez internet i głupot wypisywanych przez media. Jak poczytamy artykuły z przełomu XIX i XX wieku to znajdziemy tam hasła zupełnie podobne do obecnych, np. „Prąd elektryczny cichym zabójcą. Nie używajcie prądu, bo szkodzi”. Gdyby wtedy miała się na ten temat wypowiedzieć rada osiedla, albo zrobiono ankiety, to byśmy wcale nie weszli w erę elektryfikacji, albo zostali w epoce prądu stałego, promowanego przez Edisona, który był w Stanach niesłychanie popularny.

- To jak jest z tym wpływem PEM na człowieka?
Andrzej Krawczyk:
- Pole elektromagnetyczne wysokiej częstotliwości wykorzystywane przez sieci komórkowe nie ma negatywnego wpływu na organizmy ludzkie, co jest naukowo udowodnione i nie podlega sporom specjalistów. Najlepszym źródłem wiedzy jest tu pismo „Bioelectromagnetics”. Od kilku lat w ogóle nikt już się tam nie zajmuje zagadnieniem, czy PEM szkodzi, czy nie szkodzi. Coraz większa liczba uczonych zajmuje się tym, jak PEM może wpływać na organizm POZYTYWNIE, jak można go wykorzystywać do leczenia ludzi. Medycyna elektromagnetyczna rozwija się w sposób wyjątkowo dynamiczny. Stosowane w niej pola są pięćset razy silniejsze niż te dopuszczalne przez polską normę w naszym otoczeniu, w tym wytwarzane przez BTS. Pracuję w szpitalu, w którym ludzie w wielomiesięcznej kolejce wyczekują na to, by się dostać w to silne pole elektromagnetyczne. W przypadku PEM o wysokiej częstotliwości obawiano się jedynie efektu grzania tkanek. Ale takich badań zrobiono wiele i go nie stwierdzono.

- To skąd niepokój?
Andrzej Krawczyk:
- Opinie naukowe bazują na liczbach. A w przypadku tych, którzy twierdzą, że PEM szkodzi, mamy tylko opowieści.

Barbara Gałdzińska-Calik: - Ależ ja mam listę 78 publikacji naukowych, w których stwierdzono związek pomiędzy długotrwałym przebywaniem w pobliżu stacji BTS a niektórymi chorobami, m.in. nowotworami. W innych - a omawiała je na konferencji w Krakowie prof. Bortkiewicz - stwierdzono z kolei zależność między wieloletnim i intensywnym używaniem telefonu komórkowego a niektórymi nowotworami mózgu, zwłaszcza u osób młodych.

Andrzej Krawczyk: - Opowiem anegdotę: w ramach sentymentalnej podróży odwiedziliśmy dom, w którym moja żona mieszkała kiedyś z rodzicami. Pytam nowych właścicieli, z inżynierskiej ciekawości, jak im się mieszka w pobliżu linii wysokiego napięcia, a gospodyni na to z pełną powagą, że już trzy osoby na raka od tego umarły. Moja żona na to, że ona tam mieszkała 15 lat, jej mama nadal żyje, a tata zmarł na zupełnie co innego, po nich mieszkali tam inni ludzie. Linia wysokiego napięcia zawsze była, a nikt na raka nie umarł.

Marek Lipski: - Średnia odległość między stacjami bazowymi jednego operatora w dużym polskim mieście wynosi 500 metrów. Mamy czterech operatorów budujących stacje, więc można powiedzieć, że człowiek chodzący po Krakowie przebywa zawsze w odległości nie mniejszej niż 200 metrów od jakiejś stacji. Czy to ma wpływ na jego zdrowie? Jak blisko musiałby się zbliżyć do stacji, by miało? Otóż nauka nie znalazła żadnej zależności między odległością od stacji a zdrowiem ludzi. Na logikę: gdyby taki związek istniał, to poziom zachorowalności na wspomniane choroby musiałby być wyższy w miastach niż na wsi. A niczego takiego nie zaobserwowano. Nauka nie znalazła też żadnych związków przyczynowych między nietermicznymi aspektami promieniowania elektromagnetycznego a chorobami żywych organizmów. Protesty są efektem spiskowych teorii, typu „ziemia jest płaska” lub „nie dajcie dzieciom szczepionek, bo wywołują autyzm”. Internet jest wielki i pomieści wszystko.

Barbara Gałdzińska-Calik: - Ciekawi mnie wobec tego, dlaczego operatorzy w niektórych krajach zalecają, by kobiety w ciąży i dzieci nie przebywały w pobliżu urządzeń emitujących fale radiowe, np. routerów Wi-Fi.

Andrzej Krawczyk: - Też mnie to ciekawi, bo nie ma żadnych badań, które by do tego motywowały. Z drugiej strony, jak we wszystkim, np. w jedzeniu i piciu, warto zachować umiar. Po co ktoś miałby trzy godziny rozmawiać przez telefon, skoro większość spraw można załatwić w góra kwadrans?

Jerzy Żurek: - Żyjemy w erze portali społecznościowych i anonimowych komentarzy w serwisach informacyjnych, ułatwiających zasadniczo wygłaszanie opinii i rozsiewanie „informacji” przez osoby, które - delikatnie rzecz ujmując - nie są ekspertami, za to chętnie sekują ekspertów. Tymczasem potrzeba nam spokojnej rozmowy naukowców opartej na wynikach rzetelnie przeprowadzonych badań.

- I to zmniejszy obawy ludzi?
Jerzy Żurek:
- Pewnie nie wszystkich. Ale niewątpliwie potrzebna jest ludziom wiedza. Na przykład o tym, że mechanizmy kontroli mocy stosowane w nowoczesnych systemach radiokomunikacyjnych są standardem i nie zależą od producenta, ceny urządzenia, ani woli operatora. To są standardy techniczne, bez których urządzenie nie mogłoby się w ogóle pojawić na rynku. Rzecz druga: obiecane przez byłą już panią minister cyfryzacji badania. My, we współpracy z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, będziemy się starali tę obietnicę spełnić. W najbliższym czasie ruszamy z pionierskim projektem.

Zbigniew Bartuś: - Czy mieszkańcy przestaną się bać nadajników telefonii, jeśli naukowcy dostarczą im twardych dowodów na to, że strach jest nieuzasadniony?
Jerzy Żurek:
- Pewnie nie wszyscy. Ale niewątpliwie potrzebna jest ludziom wiedza. Na przykład o tym, że mechanizmy kontroli mocy stosowane w nowoczesnych systemach radiokomunikacyjnych są standardem i nie zależą ani od producenta, ani od ceny urządzenia, ani od operatora. To są standardy techniczne, bez których urządzenie nie mogłoby się w ogóle pojawić na rynku. Rzecz druga: obiecane przez byłą już panią minister cyfryzacji badania. My, we współpracy z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, będziemy się starali tę obietnicę spełnić. W zeszłym roku nie udało się uruchomić badań w takiej formie, jak chcieliśmy, ale kontynuowaliśmy nasze pomiary w terenie. Dwa lata temu kupiliśmy precyzyjne urządzenia, wykonują kilkadziesiąt tysięcy pomiarów, stale je doskonalimy.

- Na czym ma polegać współpraca Instytu Łączności z UJ?
Jerzy Żurek:
- W sporym uproszczeniu: na tym, by na sporządzoną przez nas mapę pomiarów PEM nałożyć mapę zachorowań na różne choroby, od grypy i alergii po zapalenie płuc i nowotwory. Ponadto fizycy z CM UJ wymyślili eksperymenty zapewniające medyczny obiektywizm. Prowadzone dotąd badania ankietowe nie są w sensie naukowym badaniami obiektywnymi: nie wiadomo, czy ludzie piszą w ankietach prawdę i na ile to, co piszą, jest faktem, a na ile wrażeniem; u niektórych źródłem rzekomych objawów somatycznych bywa psychika. Musimy przeprowadzić eksperymenty naukowe. Ciężko pracowaliśmy i przygotowaliśmy dokumenty do programu „Polska Cyfrowa”, złożymy je w kwietniu i mam nadzieję, że uzyskamy środki…

- W ramach pomiarów w terenie sprawdzacie, na ile faktycznie emitowane przez poszczególne stacje pola zgodne są z dokumentacją dostarczoną przez operatorów do urzędów. Wnioski?
Jerzy Żurek:
- Pierwszy jest taki, że przygotowane przez operatorów za ciężkie pieniądze dokumentacje stacji BTS zalegają w urzędowych szafach, w koszmarnie nieporęcznej formie papierowej. Głównym celem naszego projektu jest to, by te dokumenty zostały scyfryzowane, ujednolicone, łatwo dostępne i porównywalne. Pracujemy też nad nowatorskim narzędziem pozwalającym na precyzyjne określenie rozkładu pól z różnych źródeł, bo przecież stacje BTS są tylko jednymi z wielu. Właśnie ono pozwoli na stworzenie mapy, którą będzie można następnie korelować z mapami nasilenia chorób i na podstawie analiz wysuwać wnioski, czy istnieje jakakolwiek zależność między PEM a poszczególnymi chorobami. Badań o tak dużej szczegółowości i w takiej formule jeszcze nie prowadzono.

- Czy samorządy, które otrzymują od operatorów owe kosztowne dokumentacje dotyczące stacji bazowych, w jakikolwiek sposób weryfikują ich prawdziwość?
Edward Lis:
- W czasie naszej poprzedniej kontroli, z 2014 r., ustaliliśmy, że samorządy otrzymywały od operatorów wymaganą prawem dokumentację. Natomiast nie było rzetelnej analizy tych dokumentów przez urzędników. Od zeszłego roku prowadzimy kontrolę postępowania organów administracji publicznej dotyczącego ochrony przed PEM pochodzącym od urządzeń telefonii komórkowej. Ta kontrola miała się zakończyć w czerwcu, z raportem w lipcu, ale z uwagi na złożoność badań i konieczność powołania biegłych nie będzie to wcześniej jak jesienią. Mogę jedynie zdradzić, że należy się spodziewać bardzo ciekawych ustaleń i wniosków.

Jerzy Żurek: - Z naszych pomiarów wynika, ze operatorzy starają się nie przekraczać dopuszczalnej przez polskie prawo siły ładunku elektrycznego. To stawia przed nimi duże wyzwanie, bo muszą za pomocą danej stacji zapewnić dostęp do czterech stosowanych równolegle technologii: GSM, HSDPA, 3G i LTE. Przez to przybyło nadajników. Ich moc się kumuluje. Aby nie przekroczyć łącznej dopuszczalnej mocy, w niektórych technologiach operator musi obniżyć moc. I mimo rosnącej na oko liczby nadajników zasięgu może czasem nie być lub może on byś słabszy.

- A czy często stawiane przez przeciwników BTS oskarżenie, że operatorzy notorycznie przekraczają normy, znajduje potwierdzenie w waszych pomiarach.
Jerzy Żurek:
- Nie. Oni sobie na to nie pozwalają, choćby z uwagi na grożące za to słone kary. Dzieje się coś odwrotnego: w miastach, z uwagi na to, ze przybyło nadajników, operatorzy zaczęli redukować ich moc w niektórych technologiach i tym samym pogorszyły się zasięgi. Przerwy w rozmowach, zerwane rozmowy, zakłócenia to właśnie efekt tego. Wnioski są takie: w dużych miastach przy obecnych normach i problemach z zagęszczaniem sieci BTS jakość łączności bywa gorsza.

Marek Lipski: - Operatorzy stawiają stacje bazowe w miejscach będących kompromisem miedzy obowiązującymi przepisami a stanem optymalnym z punktu widzenia technicznego. Czyli takim, który zapewniłby użytkownikom najlepszy sygnał. Generalnie stacja ma służyć jak największej liczbie użytkowników, zapewniając jak najlepszy poziom usług.

- Kierujecie się przy tym nie wskazaniem księgowego, tylko technika wyspecjalizowanego w budowie optymalnych sieci.
Marek Lipski:
- Oczywiście. Są działy inżynierów posługujących się najnowocześniejszymi narzędziami wyboru lokalizacji najlepiej służących ludziom. Oczywiście - muszą się przy tym trzymać przepisów, a te są w Polsce bardzo restrykcyjne i są miejsca, w których operatorzy dochodzą do limitów. Uruchomienie nowych technologii jest tam niemożliwe bez obniżenia mocy i pogorszenia usług w innej technologii. Tak, niestety, dzieje się m.in. w Krakowie. Paradoks polega na tym, że blokowanie budowy stacji w optymalnych lokalizacjach prowadzi do ogólnego pogorszenia sytuacji. Mówiąc najprościej: nie mogąc postawić nowych stacji, operatorzy zmuszeni są zwiększać poziom emisji na stacjach, które już istnieją. Robią to nadal w granicach norm, ale trudno nie zauważyć, że w wypadku, gdyby te nowe stacje powstały, emisja mogłaby być zdecydowanie mniejsza. A przecież na tym głównie zależy protestującym.

- To znaczy, że działają na przekór samym sobie?
Marek Lipski:
- Dokładnie tak. To jest tak jak z trzypokojowym mieszkaniem, w którym chcielibyśmy mieć w każdym pokoju światło do czytania. Można to światło zapewnić, instalując potężny reflektor w przedpokoju, ale zużyjemy w ten sposób mnóstwo prądu, nie uzyskując zadowalającego efektu. O wiele lepszy można osiągnąć, wieszając kilka lampek o znacznie mniejszej mocy we wszystkich pokojach.

- A czy proces budowania BTS wraz z całą procedurą administracyjną, kompletowaniem akt nie mógłby być mniej skomplikowany i bardziej przejrzysty?
Marek Lipski:
- Wszyscy operatorzy o tym marzą! Jesteśmy wdzięczni NIK, że zwraca uwagę na potrzebę uproszczenia procedur. Jesteśmy wdzięczni Instytutowi Łączności za to, że postuluje cyfryzację całej dokumentacji i pracuje nad systemem, który umożliwi jej udostępnianie i łatwą weryfikację. Dokumentacja ta powinna być trzymana w jednej bazie danych, do której mieliby dostęp zarówno urzędnicy, jak i mieszkańcy. Na pewno pomoże to we współpracy operatorów z lokalnymi społecznościami. Operatorzy są na taką współpracę otwarci, ale chcieliby ją oprzeć na łatwo weryfikowalnych, obiektywnych i twardych danych, na rzetelnej wiedzy - a nie mitach i uprzedzeniach.

- Operatorzy robią co im się podoba?
Barbara Gałdzińska-Calik:
- Do końca tego nie wiemy. Nam bardzo zależy, by cała inwestycja była transparentna od samego początku, żeby były dostępne twarde dane techniczne dotyczące stacji bazowej, żeby jej obszary oddziaływania były prezentowane z jasny sposób, np. w wersji trójwymiarowej, a nie ukrywane…

Marek Lipski: - Ależ nie są. Te dane są każdorazowo dostarczane…

- I nie mielibyście problemu, by to robić w wersji elektronicznej?
Marek Lipski:
- Wręcz byśmy tego chcieli! To ułatwiłoby nam życie.

- I mieszkańcy mieliby do nich wgląd.
Marek Lipski:
- Tak jak wspomniałem - nie widzimy tu żadnego problemu.

Barbara Gałdzińska-Calik: - Bardzo nas cieszy taka publiczna deklaracja, bo dotąd często czuliśmy się ignorowani.

Marek Lipski: - My naprawdę nie mamy nic do ukrycia. Przed uruchomieniem stacji bazowej składamy do Urzędu Komunikacji Elektronicznej raporty określające m.in. moc oraz teren, na jaki dana stacja może oddziaływać. Sąsiedzi dowiadują się o inwestycji w ich pobliżu. Po uruchomieniu każdej stacji certyfikowane instytucje dokonują pomiarów emisji PEM, aby sprawdzić, czy wszystko mieści się w normie. Po takim badaniu stacja jest wyłączana na przynajmniej 30 dni, w trakcie których odpowiedzialny urzędnik analizuje raport z badań. Jeśli ów urzędnik nie stwierdzi przekroczeń normy, stację można włączyć. Jeśli zaś okaże się, że według pomiarów emisja przekracza normę, to taka stacja w ogóle nie jest włączana.

- Procedury w Polsce są żmudniejsze niż na Zachodzie?
Marek Lipski:
- O wiele. Od operatorów wymaga się większej liczby dokumentów. Trwa to około dwóch lat, czyli także znacznie dłużej niż w innych krajach UE - są takie, gdzie formalności załatwia się w kilka miesięcy. Proszę przy tym zważyć, że pomiary prowadzone przez Instytut Łączności w trakcie eksploatacji kilkuset stacji BTS nie wykazały ani jednego przypadku przekroczenia obowiązujących norm.

- Każdy protest odbywa się pod hasłem: nie jesteśmy przeciwni budowie stacji, ale ona powinna powstać nie tu, tylko gdzieś dalej. Nie da się dalej?
Marek Lipski:
- Ludzie wskazują najchętniej wysypisko śmieci lub środek lasu. Kłopot polega na tym, że stacja bazowa w takim miejscu nie ma sensu z tego prostego powodu, że tam nie ma ludzi, więc nikt nie będzie z niej korzystał. Stacja musi być w miejscu, w którym będzie służyć mieszkańcom. Co ciekawe, protesty, w których rzekomo chodzi o zdrowie, mają często drugie dno: ludzie nie zgadzają się, by stacja powstała na gruncie prywatnym, ale nie mają nic przeciwko temu, by był to grunt gminny, przy czym ów grunt gminny jest bliżej domów i bardziej w centrum miasta niż ten prywatny. Czyli nie chodzi o zdrowie, tylko o to, by sąsiad nie zarobił. Polska jest tu dość specyficzna… Z chwilą, gdy gmina podpisuje umowę z operatorem, wszystkie obawy związane z wpływem PEM na zdrowie nikną.

GŁÓWNE WNIOSKI

Przepisy dotyczące lokowania, budowy i funkcjonowania stacji bazowych telefonii komórkowych muszą być precyzyjne, spójne, jasne i przejrzyste. Obecny stan prawny jest źródłem chaosu, niepewności i udręki przedsiębiorców (operatorów telefonii), dylematów i sporów urzędników oraz niepokojów społecznych

Przejrzyste muszą być wszystkie procedury związane z budową i funkcjonowaniem stacji, a mieszkańcy muszą mieć łatwy dostęp do wszystkich dokumentów

Dokumentacja dotycząca działania stacji, a szczególnie jej oddziaływania na otocznie, w tym mocy nadajników i wytwarzanych przez nie pól elektromagnetycznych oraz ich zasięgu, musi być przygotowywana i gromadzona w formie cyfrowej i usystematyzowana, a przy tym łatwo dostępna - nie tylko dla urzędników, ale i zainteresowanych mieszkańców

Społeczeństwo z niecierpliwością wyczekuje obiecanych przez Ministerstwo Cyfryzacji badań przesiewowych ludności mieszkającej w pobliżu nadajników telefonii komórkowej; badania takie przeprowadzić ma Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego wraz z Instytutem Łączności: mapy pól elektromagnetycznych pochodzących z różnych źródeł zostaną nałożone na mapy zachorowalności na różne choroby w celu wykluczenia ewentualnych zależności

Źródłem wiedzy o długotrwałym (20-, 30-letnim) oddziaływaniu PEM na organizmy ludzkie winny być rzetelnie przeprowadzone badania naukowe oparte nie tylko na ankietach, ale przede wszystkim na wiarygodnym i obiektywnym badaniu realnego wpływu PEM na zdrowie

W korzystaniu z wszelkich nowinek techniki, podobnie jak we wszystkim (w tym jedzeniu i piciu), należy zachować umiar.

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

c
co

Badania tylko prostej korelacji między zachorowalnością a odległością ludzi od stacji bazowych telefonii komórkowej są w samym założeniu nielogiczne, a uzyskane tak wyniki mogą w ogóle nie nadawać się do zinterpretowania. Korelacje takie trzeba badać z dodatkowymi czynnikami, zwłaszcza takimi, które reprezentowałaby wpływ odległości między sąsiednimi stacjami w badanym obszarze, bo z nich wynika wpływ na wielkość natężenia pola elektromagnetycznego telefonii, które realizuje się w telefonie oraz w przestrzeni przy stacji bazowej, czyli tam, gdzie może szkodzić zdrowiu. Taka jest fizyka tej telefonii i nie ma co badań nadmiernie upraszczać. Oczywiście nie od rzeczy byłoby uwzględnienie obecności innych źródeł promieniowania, o ile można się spodziewać, że ich oddziaływanie istotnie odbiega od ogólnego tła. Ale o tym wszystkim mogą podpowiedzieć badaczom specjaliści fizycy.

e
e

Oddziaływanie promieniowania em na organizm zapewne może szkodzić zdrowiu, nie wiem kto by temu chciał zaprzeczać. Gdzie jego natężenie w telefonii komórkowej bywa największe (a większe może pochodzić też z innych źródeł)? Na ogół - między uchem (mózgiem?) a telefonem. Nie oszukujmy się, wypada to sobie uświadomić dla swojego dobra. Szczególnie wysokie jest w trakcie nawiązywania połączenia, bo po uzyskaniu połączenia spada (nawet wielokrotnie).
Efekty promieniowania między stacją bazową a człowiekiem są zwykle nieporównywalnie mniejsze. Oczywiście inaczej jest na linii (prostej w przestrzeni) między czynnymi urządzeniami sąsiednich stacji bazowych (nie kuliście wokół stacji, tak to nie działa), czyli zwykle wysoko ponad wszelkimi przypadkami obecności człowieka.
Od czego jeszcze zależy natężenie tego promieniowania? Jak w artykule - od odległości miedzy stacjami bazowymi - im mniejsza odległość między stacjami, tym mniejsza emisja z telefonu. Liczne przykłady protestów przeciwko instalowaniu stacji na dachach szkół to przykład szkodzenia samym sobie (dzieci czy inni ludzie w pobliżu) mogliby mieć połączenia z niską emisją em, czyli prawdopodobnie mniej szkodliwe). Uzasadnione sprzeciwy byłyby tylko w przypadkach zbyt niskiego usytuowania nadajników (np. niski budynek szkoły), jeśli na liniach między nadajnikami do sąsiednich stacji znalazłyby się potencjalne miejsca aktywności ludzi (np przy wyższych pobliskich budynkach).

d
dede

Przykład, który przytoczę jest może drastyczny, ale po 2 latach latach służby przy radarze (Mazury 1983-85), nie mogłem (i nie mam) miec dzieci i było to spowodowane promieniowaniem elektromagnetycznym radarów, (fakt, że moc była nieporównywalna), ale wiadomo, że PEM szkodzi. Dzisiaj zagęszczenie stacji bazowych, wszechobecne WiFi, cały ten "smog" elektromagnetyczny ma wpływ i zaklinanie, że tak nie jest jest po prostu bajką. Ale z drugiej strony chce się mieć zasięg telefonii komórkowej, wifi w domu (średnio routery maja moc około 0,1 W) ma działać, radio i TV ma być dostępne wszędzie. Czy się znam na tym czy nie znam, uważam, że płacimy za to pewną cenę. A już szczególnie mnie wzrusza maszt na szkole (30 m ode mnie) z 6 nadajnikami na maszcie. Gratulacje dla dyrekcji. Ale trzeba spojrzeć inaczej- póki co żyjemy zdecydowanie dłużej niż nasi równieśnicy 100 a nawet 50 lat temu- ale właśnie- póki co.

U
Urzędnik

Wielokrotnie spotkałem się ze skargami ludzi po instalacji stacji bazowej, że nie mogą spać, że zaczęli chorować z tego powodu. Problem w tym, że skargi dotyczyły stacji które nie zostały jeszcze włączone! Ten efekt placebo dotyczy nie tylko BTS... Druga grupa to ci którzy protestują nie z obawy ale dlatego, że sąsiad zarobi na dzierżawie a oni nie mają z tego ani grosza. Faktycznie Gminy które pomagają operatorom znalezienie działki zamiennej będącej włosnością gminy zamiast prywatnej choć położonej nieopodal tej prywatnej znacznie łagodzą protesty mieszkańców danego sołectwa.

x
xyz

Co to za brednie o normach sowieckich? Tak samo chyba jak o papierze toaletowym w mięsie czy tam pasztetowej, podczas gdy takiego syfu jak teraz jemy nigdy nie było.
I żeby było jasne - nie jestem przeciwny budowie stacji bazowych, śmiać mi się chce z tego protestującego ciemnogrodu, ale uważam, że normy takie jakie są, są w porządku i nie powinno się ich zmieniać tylko dlatego, że inni mają bardziej liberalne.

j
j

Taka prawda. "Szkodliwość zdrowotna" jest zawsze wtedy, gdy sąsiad może zarobić. Typowe cebulactwo.

Dodaj ogłoszenie