Ten młyn nie będzie już mąki mełł...

Redakcja
Ten młyn w Młodziejowicach zbudowano w 1938 r., wcześniejsze - były przynajmniej dwa - spłonęły doszczętnie Fot. Piotr Subik
Ten młyn w Młodziejowicach zbudowano w 1938 r., wcześniejsze - były przynajmniej dwa - spłonęły doszczętnie Fot. Piotr Subik
To niepierwszy młyn w Młodziejowicach. Który z kolei - nie wiadomo; wiadomo tylko, że jego poprzednik stał nieco bliżej zrujnowanego dziś dworu. Był z 1834 r., drewniany, a spłonął doszczętnie w międzywojniu. Dużo wcześniejszy, pełniący rolę papierni, podobny los spotkał podczas potopu szwedzkiego. Ani po jednym, ani po drugim - ani po innych, bo takie też zapewne były... - nie ma śladów, choć ich sumiennie szukano.

Ten młyn w Młodziejowicach zbudowano w 1938 r., wcześniejsze - były przynajmniej dwa - spłonęły doszczętnie Fot. Piotr Subik

MŁODZIEJOWICE. Tak jak przeminęły kieraty, wozy konne, niedługo przeminą też wiejskie młyny. Ot, znak czasu.

Gdy powstawały nikt przecież nie myślał o fundamentach: stawiano je na kamieniach, drewnianych słupach wbitych w ziemię, co więc po nich miało zostać? Tylko tyle, co w ludzkiej pamięci. A że ta bywa zawodna, z konkretów usłyszeć w Młodziejowicach można tylko, że obecny - drewniany, dwupiętrowy; na pierwszy rzut oka niewielki, lecz mieszczący wszystkie niezbędne do pracy instrumenty młynarskie - wzniesiono krótko przed wojną, w 1938 r. Był własnością, jaki i cały majątek, Dyakowskich. Zarządzał nim do czasów reformy rolnej PKWN w 1946 r. ostatni z przedwojennych dziedziców Młodziejowic, Stanisław Dyakowski, absolwent Akademii Górniczej w Krakowie, inżynier, potem długoletni kierownik działu wielkich pieców w Biurze Projektów Hutniczych BIPROHUT w Gliwicach, wielokrotnie odznaczany odznaczeniami państwowymi, po śmierci - w 1970 r. - pochowany na cmentarzu parafialnym w niedalekich Więcławicach.

Przez wieki, do niedawna, nikt nie miał żadnych wątpliwości - młyn we wsi jest potrzebny. Dawniej każdy tu miał pszenicę, żyto; zboża rosły na polach ciągnących się po horyzont. Teraz Młodziejowice, a i cała dolina Dłubni, to rolnictwo w zaniku; krowy, konia nie uświadczy, pola uprawne poszły pod zabudowę. A i rzeczywistość inna; nikt sam nie piecze chleba, nie robi makaronów - idzie do sklepu, staje przed półką i przebiera. Ludzie coraz bogatsi, towarów coraz więcej. A kiedyś wstyd było na wsi kupić chleb w sklepie: tak było przyjęte. Sąsiedzi pytali: "Mąki swojej nie masz?!".

***

Po wojnie odebrany prywatnym właścicielom młyn trafił pod zarząd Rejonowego Przedsiębiorstwa Młynów Gospodarczych, a ostatecznie Gminnej Spółdzielni "SCh" w Michałowicach. Wtedy napędzała go tylko turbina Francisa; zasysała wodę z młynówki, a obracający się w środku wiatrak napędzał silnik. Potem, bodaj w latach 60., podciągnięto doń prąd. Tadeusz Szydłowski - zdaje się, że ostatni młynarz w Młodziejowicach - został kierownikiem młyna usługowego w 1981 r. Uczył się młynarstwa we Wrocławiu, pracował w wielkim młynie na Wieczystej, potem trafił do biura, aż wreszcie przyszło mu się przenieść do Młodziejowic. Nim kupił działkę i się pobudował, mieszkał w małym budyneczku przy młynie, który od lat służył młynarzom.

To były piękne czasy dla młyna - pierwsze lata jego tu bytności. Prócz kierownika - trzech młynarzy, a i tak nie nadążali z pracą. Nieraz ustawiały się kolejki furmanek - a z czasem ciągników z przyczepami wypełnionymi po brzegi workami zboża. Ludzie przyjeżdżali nawet z odległych wsi, kto by spamiętał z których - ale odległych na pewno. Ziarno szło do kosza, potem odsiewano mechanicznie plewy, chwasty, części metalowe, itp.; dopiero po oczyszczaniu trafiało na walce, które były i są trzy - metalowe. One ścierały zboże. Ze stu kilo ziarna młyn dawał pięćdziesiąt kilo mąki, a czterdzieści osiem otrąb dla zwierząt. Huk był umiarkowany, pyliło za to niemiłosiernie...
Kręciło się to tak do początku lat 90., potem kręcić się przestało. A dziesięć lat temu - zastygło w bezruchu niemal zupełnie. Zapowiedzią zmian był artykuł, który krótko przedtem Szydłowski przeczytał w branżowym "Przeglądzie Zbożowym". Stało tam czarno na białym, że każdą złotówkę inwestowaną w branżę małych młynów należy oglądać po kilka razy - i to z każdej strony. Nie chciał w to z początku wierzyć, ale wkrótce przekonał się o tym na własnej skórze. Musiał zwalniać pracowników, aż został tylko on sam. Podatki lokalne stały się wyższe niż zysk z młyna. Zaraz po wojnie, kiedy mąka była droga, koszt zmielenia równał się dziesiątej części jej wartości. Gdy staniała, sięgnął czwartej części. Gdyby chcieć go skalkulować teraz, wyniósłby co najmniej połowę wartości. I co to za interes - komu opłaca się tyle dokładać? Wygodniej mąkę kupić w sklepie, nie gorsza przecież. Młyn więc, to pewne, najlepsze lata ma dawno za sobą. Nie żeby przestarzały był technologicznie: radzi sobie nadal doskonale. Tyle że na mąkę nie ma wzięcia.

***

Zboże zmielono tu ostatni raz może ze dwa lata temu. Tak usługowo. Bo czasem jeszcze Szydłowski zmieli coś dla siebie czy rodziny: żeby urządzenia się nie zastały. Jakby wciąż wierzył, że jeszcze kiedyś będą komuś potrzebne...

Przez tę niepotrzebność młyn wystawiono na sprzedaż, ale od długiego czasu kupca nie widać. Po co ktoś miałby brać sobie taki garb na plecy? Z młyna zarobek żaden - produkcja odpada; zabytkowy - więc na każdą zmianę potrzebna zgoda konserwatora, a podobnych jemu budynków przerobionych na knajpki w okolicach Krakowa nie brakuje. Zresztą, w Młodziejowicach młyn stoi kawał w bok od głównej szosy. Mało kto by sie tu zapędził...

Teraz tylko, zwłaszcza latem - zaglądają doń czasem turyści: ciekawi, czy młyn pracuje. Muszą być zawiedzeni, gdy słyszą, że by był ekonomiczny, musi móc zmielić pięćset ton zboża na dobę... Takiego przerobu nie miał, nie ma i mieć nie będzie żaden młyn w dolinie Dłubni. Dolinie, która nadal zwana bywa Doliną Młynów - bo przecież, chociaż mąkę mieli jeszcze tylko jeden - w Kończycach, kilka kilometrów stąd, młyny były w każdej wsi; w Raciborowicach, Książniczkach, Michałowicach, a w Wilczkowicach nawet dwa. Rządziły nimi rodziny młynarskie, w których fach przechodził z ojca na syna, potem na jego syna, a tamtego wnuka - i tak dalej. Zdarzało się, że młynarze przy pracy ginęli, wkręceni w młyńskie maszyny; zdarzało się, że w młynówkach tonęły przez nieuwagę dzieci... Takich tragedii przez lata widziano niemało. Młyn w Młodziejowicach, odpukać, miał jak dotąd pod tym względem wiele szczęścia. I pewnie nic się nie zmieni, bo w nim cisza. Nie tłucze się pas, nie tłuką się metalowe walce; tylko mąka - ta z czasów świetności - wciąż unosi się w pachnącym nią wnętrzu.
Tadeusz Szydłowski przyznaje - ma sentyment do młyna. Ma, ale nieduży; taki zwykły, ludzki. Płakać za nim, teraz, na emeryturze, nie będzie. Przychodzi, dogląda. Doskonale zdaje sobie sprawę, że wszystko odchodzi. Tak jak przeminął kierat w rolnictwie, wozy konne, itd., tak samo za niedługo przeminą wiejskie młyny. Ot, znak czasu.

Piotr Subik

piotr.subik@dziennik.krakow.pl

Najnowsze oferty na Black Friday

Materiały promocyjne partnera

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.