Teresa i Andrzej nie liczą przejechanych kilometrów ani odwiedzonych krajów. Dla nich emerytura to czas podróży i przygody

Jolanta Tęcza-Ćwierz
Jolanta Tęcza-Ćwierz
Dla Teresy i Andrzeja Walczaków emerytura to czas podróży, poznawania ludzi i niezwykłych przygód
Dla Teresy i Andrzeja Walczaków emerytura to czas podróży, poznawania ludzi i niezwykłych przygód Fot. Archiwum Teresy i Andrzeja Walczaków
Udostępnij:
Nie liczą przejechanych kilometrów, ani odwiedzonych krajów, bo - jak mówią - podróże nie lubią matematyki. Teresa i Andrzej Walczakowie z Krakowa udowadniają, że emerytura wcale nie musi być nudna. Dla nich to czas podróży, poznawania ludzi i niezwykłych przygód.

Spotykamy się w mieszkaniu państwa Walczaków na krakowskich Czyżynach. Gospodarze zapraszają mnie do pokoju, w którym regały uginają się od przewodników turystycznych, a półki od przywiezionych pamiątek. Moją uwagę przykuwają jednak zdjęcia.

- To nasza ściana wspomnień - mówi pan Andrzej. Znajdują się na niej nasze ulubione fotografie z miejsc, które odwiedziliśmy.

- To Dagestan, Czeczenia, Inguszetia, a z drugiej strony Gruzja i Abchazja, piękne krajobrazy, cudowni ludzie - wskazuje pani Teresa. - Widzieliśmy miejsca, do których teraz turysta już nie dojedzie. Wciąż mamy wiele pomysłów na podróże, ale świat coraz bardziej się zamyka. Syria nam uciekła i Libia, z Algierią są problemy, podobnie jest w Afryce. Rosja także stała niedostępna dla turystów, więc cieszymy się, że mogliśmy spędzić tam blisko rok - dodaje.

Po chwili dowiaduję się, że Walczakowie zwiedzili niemal całą Europę, byli na Bliskim Wschodzie, a także w głębi Afryki, w Mongolii i byłych republikach radzieckich. Podróżowanie kamperem daje im niemal nieograniczone możliwości.

Pan Andrzej mówi z uśmiechem: nic nie musimy, nikogo się nie boimy, dlatego jesteśmy wolni.

W domu na kółkach

Na pomysł zwiedzania świata kamperem wpadli kilkanaście lat temu. Pan Andrzej z zawodu jest wojskowym, a pani Teresa policjantką. Gdy przeszli na wcześniejsze emerytury, szybko doszli do wniosku, że spokojne życie w domowym zaciszu męczy ich i nuży. Zaczęli więc wyjeżdżać. Początkowo były to krótkie eskapady po Polsce i Europie z przyczepką campingową. Po jakimś czasie zdecydowali się na zakup kampera i odległe wojaże, które trwają nieraz nawet 6-8 miesięcy.

Zapytany o początki podróżowania, pan Andrzej odpowiada żartem: - Wszystko zaczęło w nocy z czwartku na piątek. Pamiętam dokładnie, że było to w lipcu.

Po chwili już bardziej serio wyjaśnia, że swego czasu latał na paralotni i wraz z żoną jeździł po świecie na różne zawody sportowe: do Litwy, Mołdawii, Austrii czy Włoch.

- Kupiliśmy przyczepę kempingową, która kilkanaście lat służyła nam zamiast namiotu. Sporo jeździliśmy, aby startować w zawodach. A kiedy nie było pogody do latania, zwiedzaliśmy okolice. To było bardzo naturalne przejście z podróży latających i wakacyjnych do podróżowania, które stało się naszym sposobem na życie.

Jak mówią, w podróżowaniu najważniejsze jest poznawanie i rozumienie świata, doświadczanie na własnej skórze, jak gdzieś jest naprawdę. Ci, którzy nigdzie nie byli i niewiele widzieli, patrzą na świat jedynie przez pryzmat przekazów medialnych. A to nie jest prawdziwy obraz.

Podróży nauczyły ich również otwartości i tolerancji. Także religijnej.

- Czasami żartuję, mówiąc znajomym, że zmieniam religię okresowo, na czas wyjazdu. Byłem żydem, wyznawcą voodoo w Afryce, muzułmaninem, prawosławnym szamanem w górach Ałtaj i buddystą w Mongolii. Jak się wierzy w każdego boga, któryś jest prawdziwy. Więc z pewnością pójdę do nieba - mówi pan Andrzej. - To oczywiście żarty, ale świat nie zawsze wygląda tak, jak myślimy. Perspektywa daje inne spojrzenie.

Przecież to kosztuje...

Wiele osób marzy o podróżowaniu, ale tych planów nie realizuje. Powody są zwykle podobne i zazwyczaj wynikają z niewiedzy, stereotypów albo szukania na siłę usprawiedliwienia.

- Kiedy ludzie słyszą o naszych podróżach kamperem, bardzo często mówią: „też kiedyś chciałem coś takiego zrobić”, albo „też chciałbym tak podróżować”. Ale kiedy pytamy ich, czy tak zrobili, okazuje się, że nie starczyło im zapału - mówi pan Andrzej.

- Bardzo często ludziom wydaje się, że aby podróżować, trzeba mieć dużo pieniędzy: na hotele, samoloty, restauracje itd. Z doświadczenia wiemy, że to nie do końca tak jest - dodaje pani Teresa.

Państwo Walczakowie podliczyli koszty, które ponieśliby, mieszkając w domu na Czyżynach: prąd, gaz, woda, ogrzewanie, wywóz śmieci. Zrobiła się z tego pokaźna suma.

- Gdy wyjeżdżamy: kupujemy paliwo na przejazd, prąd mamy w prezencie od słońca, wody zawsze się skądś nabierze, gaz - butla kosztuje 50 zł i starczy na miesiąc, a jedzenie w większości miejsc, do których jedziemy, kosztuje mniej niż u nas. Podróż wychodzi więc dużo taniej - przekonują. I dodają: jesteśmy za biedni, aby w tej bogatej Polsce żyć. Podróżujemy nie dlatego, że mamy pieniądze, ale dlatego, że ich nie mamy. Jeśli ktoś szuka wymówki w finansach, znajdzie też każdą inną, żeby zostać w domu. Jedyne, co trzeba mieć, to czas. No i to coś w sobie, żeby ciągnęło w świat.

Ważną kwestią, na którą zwracają uwagę podróżnicy, jest gościnność.

- Byle przejechać Europę, potem już jest fajnie - mówi pani Teresa. - Czy na wschodzie, czy na południu, gdziekolwiek. Europa jest bardzo specyficznym miejscem, jeśli chodzi o caravaning. To obostrzenia, koszty, ceny campingów, postojów. Ten żywiołowy caravaning, bez opłat, jest poza Europą. Tam można stawać, gdzie się chce. A zdarza się, że nawet sami tubylcy nas zatrzymują i zapraszają w gościnę. Na Wschodzie takie zachowania są naturalne.

- Takie spotkania to nasz skarb - dodaje pan Andrzej. - Sporo się wówczas dowiadujemy o ludziach i kraju, o miejscach, które warto zwiedzić, a w przewodnikach o nich nie piszą. Pobyt na kempingu to dla nas strata czasu. Tam siedzi się z dala od tubylców i wszystkiego, co najciekawsze.

...i może być niebezpieczne

Wiele osób przed podróżowaniem powstrzymuje bariera językowa. Jednak dla Walczaków nie stanowi to żadnego problemu.

- Jesteśmy pokoleniem, które uczyło się w szkole rosyjskiego. Znamy podstawy angielskiego i francuskiego. To wystarcza w większości krajów, chociaż bywa, że od tego rozmawiania najbardziej bolą nas... ręce - śmieją się małżonkowie.

I przekonują, że po trzech miesiącach pobytu w danym kraju, można nauczyć się podstawowych zwrotów, robiąc zakupy, witając się, pytając, co słychać, jaka będzie pogoda, albo czy ryby biorą. Tak było nawet w krajach arabskich.

- O drogę w każdym języku zapytamy - mówią.

Są i tacy, którzy chętnie wyruszyliby w podróż, ale obawiają się o swoje bezpieczeństwo i zdrowie. Jak wiadomo, leczenie za granicą do tanich nie należy.

- Służba zdrowia jest wszędzie i na ogół nasze karty EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego) działają - mówi pani Teresa. - A jeśli nie, to za 10-20 dolarów można załatwić wizytę lekarską. Często spotykamy polskojęzycznych lekarzy, na przykład w Tunezji poznałam ginekologa, który studiował w Polsce.

Będąc w Grecji pan Andrzej miał problem ze zdrowiem - podczas nurkowania pojawiła się krew z ucha. Potrzebował porady laryngologa.

- Spotkaliśmy studentki, które były w Grecji na wymianie. Ich pomoc w ułatwieniu kontaktu z lekarzem okazała się bardzo cenna. Wszystko skończyło się dobrze.

A gdy samochód się zepsuje? Jak potrzebny będzie mechanik?

- Im biedniejszy kraj, tym większe zaufanie mamy do mechaników, bo wiemy, jakie cuda z tych swoich rzęchów potrafią zrobić - mówi pan Andrzej. I opowiada historię z jednej podróży, podczas której coś stukało w przednim zawieszeniu samochodu. Na przeglądzie rejestracyjnym usłyszał, że wszystko jest w porządku. Podobną diagnozę postawili mechanicy we Francji i w Portugalii, choć w samochodzie stukało coraz bardziej.

- W Maroku pojechaliśmy do warsztatu samochodowego. Mieścił się w jakimś garażu. Mówię mechanikowi: „stuk, puk, stuk, puk”. On wsiada, sprawdza, a po chwili wyciąga z kąta tekturę i nurkuje pod samochód. Ja obok niego, bo a nuż coś mi zrobi z kamperem? Pan dokręcił śruby wahaczy i... przestało stukać! A na moje pytanie, ile płacę, prawie się obraził.

Szczerość i szacunek

Podobno każdy Polak zna się na medycynie, polityce i piłce nożnej. Okazuje się, że świetnie znamy się też na podróżach, nawet jeśli nigdzie nie byliśmy. I umiemy doradzać. Państwo Walczakowie przekonali się o tym, planując swoją pierwszą wyprawę do Rosji.

- Doradzały nam grupy internautów. Pisali: po co tam jedziecie, czy macie broń, nie ma sensu jechać, bo albo was zgwałcą a potem zabiją, albo na odwrót. I jeszcze: weźcie dolary na łapówki dla policji i dużo wódki, bo tam wszyscy piją. Okradną was, więc wszystko spinajcie łańcuchami. Od znajomych dowiedzieliśmy się o Rosji wszystkiego, ale mało co okazało się prawdziwe - śmieją się. - Przejechaliśmy bez problemu szmat drogi i spotkaliśmy wspaniałych ludzi.

Wódkę przywieźli z powrotem i wypili w Polsce. Policja nie zatrzymała ich ani razu. Nie zostali też okradzeni, chociaż w Petersburgu przy Pałacu Zimowym zostawili otwarty kamper, bo zepsuł się zamek centralny.

- Gdy wracając, wjeżdżaliśmy do Norwegii, witali nas, jakbyśmy przybyli z kosmosu. Myśleli: ci byli w Rosji i nic im się nie stało? Ale kradzież też nam się przydarzyła, niestety. Dwukrotnie. Raz w Gołdapi, gdy wracaliśmy z podróży po Rosji i drugi raz, gdy wracaliśmy z Afryki Zachodniej. W Knurowie ktoś włamał się do naszego kampera.

Państwo Walczakowie podkreślają, że trzeba szanować tubylców i nie można zgrywać przed nimi bogatego czy wszechwiedzącego Europejczyka.

- Szanujemy każdą wiarę, obyczaje, każdy kraj i ludzi - mówią. - Nie mierzymy podróży kilometrami czy odwiedzonymi miejscami, ale sprawdzamy, o ile zwiększyła się nasza książka telefoniczna z kontaktami. A po powrocie dzwonimy, rozmawiamy, wspominamy...

Z rozsądkiem

Przez pandemię covid-19 państwo Walczakowie trochę zwolnili tempo i zmniejszyli odległości. Przez rok jeździli po Polsce, w myśl zasady: cudze chwalicie, swego nie znacie. Przerwa w podróży była także spowodowana awarią kampera. Kiedy byli w Iraku, miał miejsce wybuch butli gazowej w ich domu na kółkach. Niedawno odebrali go z naprawy i już planują kolejne wyjazdy.

- Niektóre kierunki są zablokowane, ale poradzimy sobie. Jest tyle ciekawych miejsc, że bez problemu możemy kontynuować nasze podróżnicze życie - mówią. - W styczniu planowaliśmy, że odwiedzimy Mołdawię i wrócimy przez Odessę. Niestety wojna w Ukrainie pokrzyżowała nasze marzenia.

Na pytanie o przygotowania do podróży Walczakowie odpowiadają, że wertują książki, przewodniki i internet. Nie bez znaczenia są również kontakty z ludźmi, którzy kiedyś byli w danym miejscu, albo tam mieszkają.

- Do wyjazdu trzeba się przygotować, wiedzieć, gdzie jedziemy i po co. Mieć świadomość, co się ogląda i jaki ludzie mają do tego stosunek - mówią. - Podróże otwierają nam oczy. Dowiadujemy się rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia: że w jednej chacie mogą mieszać wyznawcy czterech różnych religii, dlaczego Osetyjczycy lubią Rosjan, jak wygląda tajna baza okrętów podwodnych w Rosji albo poligon atomowy w Semipałatyńsku (Kazachstan). Zwiedzanie świata pozwala nam mieć swoje zdanie, które zwykle mocno różni się od przekazywanego w mediach.

Kierunki podróży, które wybierają, są dla nich realizacją marzeń. Gdy byli młodsi, wybierali odległe destynacje, wierząc, że na te bliskie też znajdą czas i siły.

- Zaczęliśmy od Grecji - wspominają. - Pojechaliśmy ze znajomymi, aby się przekonać, jak to wygląda, jak się przygotować, co zabrać. Wtedy mało było caravaniarzy. Warto stopniowo zaczynać podróżniczą przygodę, nie rzucać się od razu na najdłuższe trasy. Zastanowić się, czy podołamy pod względem przygotowań, bezpieczeństwa, zdrowia, temperatur, potrzeb czy lokalnych obyczajów.

I śmiesznie, i strasznie

Teresa i Andrzej są małżeństwem od 45 lat. Jak się dogadują w czasie wspólnych podróży i niezliczonej liczby godzi spędzonych na kilku metrach kwadratowych?

- Zbyt mało czasu spędzamy w kamperze, by się kłócić - mówi on.

- Tu nas chyba więcej łączy, niż dzieli, ponieważ mamy wspólny cel i wspólne przeżycia - dodaje ona.

A kiedy pojawia się foch, trwa maksymalnie pół godziny. W podróży szkoda czasu na wzajemne pretensje i kłótnie. O wiele ciekawsze są przygody. Posłuchajmy więc.

- Kiedyś jechaliśmy do Jazydów. Nagle pościg za nami, zatrzymuje nas policja. Okazało się, że oni mają obawy przed wielkimi samochodami, bo duże auto oznacza dużą ilość materiałów wybuchowych. Policjanci pokazali nam znak drogowy, na którym widniał zakaz wjazdu samochodów ciężarowych. Próbowałem wytłumaczyć, że kamper waży trzy i pół tony, że według przepisów jest samochodem osobowym. Panowie nie dali się przekonać. Na szczęście wkrótce przyjechał oficer i nas puścili.

- A pamiętasz historię z autostradą? To było gdzieś nad Zatoką Gwinejską. Był tam punkt poboru opłat. Pracująca w nim pani kazała nam zapłacić za przejazd jak za ciężarówkę. Nawet wpis w dowodzie rejestracyjnym jej nie przekonał. Dopiero następnego dnia przyjechał jej przełożony i potwierdził, że trzy i pół tysiąca kilogramów to jest to samo co trzy i pół tony.

- Jeszcze lepszy był nasz strajk! Przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Afryki Środkowej przez wiele miesięcy. Pewnego dnia usłyszeliśmy przemówienie prezydenta Mauretanii, że turystyka w tym kraju się nie rozwija z powodu wysokich cen wiz (kosztowały 125 euro od osoby!). Głowa państwa wydała więc rozporządzenie, że od 1 stycznia wizy będą kosztowały 50 euro. Ogromnie się ucieszyliśmy i 2 stycznia zameldowaliśmy się na granicy Mauretanii. A tam celnicy mówią, że mamy zapłacić po 125 euro. Tłumaczymy, że prezydent powiedział, że ma być po 50 euro. Nawet nie chcieli nas słuchać. Stwierdziliśmy więc, że rozbijemy tam obóz i poczekamy, aż wizy będą tańsze. Trzeciego dnia odwiedził nas dziennikarz i zrobił reportaż o tym, że turyści z Polski strajkują na granicy. Kolejnego dnia przyjechała telewizja. Po pięciu dniach sprzedali nam wizy po 50 euro. Nasz strajk się powiódł. Kiedy jednak po kilku miesiącach przejeżdżaliśmy w drodze powrotnej przez to samo przejście graniczne, nie pozwolili nam nawet wysiąść z samochodu w obawie, żebyśmy znowu czegoś nie wymyślili.

- Trochę strasznie było w Tunezji. Przyjechaliśmy tam wieczorem, żeby rano wsiąść na prom. Zauważyliśmy znak z literą P, oznaczający parking. Zaparkowaliśmy nasz samochód. Po krótkim czasie zrobił się ruch wokół kampera i nagle łomot do drzwi. Otwieramy i widzimy kilku żołnierzy, którzy mierzą do nas z karabinów. Przestraszyliśmy się. Zapytali, czemu zaparkowaliśmy obok jednostki marynarki wojennej. Powiedzieliśmy, że jesteśmy turystami a nie terrorystami. Wówczas kazali nam przejechać pięć metrów dalej i zostawili nas w spokoju.

W podróży najlepiej

- Kiedy się staje podróżnikiem? - pytam na zakończenie naszego spotkania.

- Tego nie wiadomo. Nam już 15 lat temu wydawało się, że jesteśmy podróżnikami. Dzisiaj to dla nas zupełnie naturalne. Kiedy się przekracza pewną granicę, ale nie wiem, gdzie ona jest, i stwierdza, że lepiej człowiekowi w podróży niż w murowanych ścianach, wtedy można się nazwać podróżnikiem - mówi pani Teresa.

- Wciąż mamy w głowach i pod powiekami to, co widzieliśmy. W pamięci i w sercach nosimy tyle wspomnień, że moglibyśmy nimi obdzielić wiele osób - dodaje pan Andrzej.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wyspa zamieszkała przez dzikie plemię

Wideo

Materiał oryginalny: Teresa i Andrzej nie liczą przejechanych kilometrów ani odwiedzonych krajów. Dla nich emerytura to czas podróży i przygody - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie