Też się wyostrzyłam

Redakcja
- I słusznie, to była tylko napisana dla mnie rola. Ja uważam, że to fantastyczny zawód, choć bardzo trudny.

Z MARYLĄ RODOWICZ rozmawia Wacław Krupiński

-Podobno w serialu "Rodzina zastępcza" przekonywała Pani jedną z małych bohaterek, że tak, jak Rodowicz, potrafi śpiewać każdy, i w ogóle bycie piosenkarką to zawód bez sensu... Tak Pani myśli, nie wierzę...
 - I ceną jest...
 - ... zrujnowany system psychiczny. A sprawiają to: nieustanna huśtawka - od sukcesów do niepowodzeń, wieczny niepokój, czy to, co robię, się sprawdzi, czy będzie się podobać, stała walka o słuchacza, zmaganie się z konkurencją, ciągły lęk, czy płyta się sprzeda, czy znajdzie się sponsora na następne przedsięwzięcie.
 - Nawet gwiazda musi się wspierać sponsorem?
 - Promocja kosztuje, nieważne, czy to ktoś znany, czy debiutant. A bez promocji w mediach człowiek nie istnieje, przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy nie byłam związana z żadną firmą ani żadnym dużym partnerem i wydawaliśmy z mężem moje płyty sami. Zwłaszcza dla młodych wykonawców obecna sytuacja jest tragiczna. Kiedyś, mimo wszystko, było więcej możliwości - formą promocji był festiwal opolski, radio wyławiało młode talenty.
 - A propos, czemu nie było Pani w Opolu...
 - Bo nie zostałam zaproszona. Nie było na mnie pomysłu.
 - To może lepsza rola w serialu; czym on jest dla Pani - przygodą?
 - Ładna mi przygoda, to już dwa lata i dalej trwa.**Wolałabym zagrać w filmie, takim normalnym, który zajmuje 10-20 dni i koniec. A tu siedzę na planie przez parę dni w miesiącu, nic ode mnie nie zależy...
 
- I to Panią boli!
 - Żeby pan wiedział. Bo przywykłam, że to ja decyduję o wszystkim. Od początku pełniłam rolę producenta muzycznego swoich nagrań; współaranżowałam, wpływałam na instrumentarium, narzucałam swoje pomysły muzyczne.
 
- "Przekrojowy" grafolog napisał o Pani: "Uwielbia działanie i ruch, zdobywszy władzę nad sobą zawojowałaby cały świat".
 - Myślę, że to nie jest niemożliwe, tyle że nigdy nie byłam tak zdeterminowana, żeby wyjechać, zamieszkać w jakichś Stanach. A teraz to bym chyba nie mogła. Najmłodsze z moich dzieci ma 13 lat...
 
- Ma któreś ochotę iść w Pani ślady?
 - Trudno mi powiedzieć. 20-letni Jasiek ostatnio namiętnie gra na gitarze, nawet na wakacje do Nowego Jorku, gdzie pojechał pracować fizycznie, wziął gitarę... Z kolei 18-letnia Kasia, która pół roku temu przeniosła się do Krakowa i będzie tu zdawać maturę, interesuje się teatrem i filmem...
 
- Ostatnio oglądamy Panią na billbordach w ramach "Niebieskiego lata z Marylą Rodowicz", rano w Radiu Zet opowiadała Pani o swych piosenkach, na łamach "Wyborczej" trwał serial o Pani karierze od czasu debiutu, a w plenerze dała Pani 10 wielkich koncertów. Złośliwi mówili, że strach lodówkę otworzyć...
 - (śmiech) _Zmasowany atak... Cieszę się, że licząca się rozgłośnia radiowa, która - mówiąc językiem wojskowym - ma duże pole rażenia, postawiła na mnie. I faktycznie, miałam latem ogromną promocję, a w połowie września ukaże się płyta _live, która powstawała podczas tych wspaniałych, wielkich koncertów.
 
- To pierwsza taka płyta w Pani bogatym fonograficznym dorobku...
 - Od dłuższego czasu chciałam ją nagrać.
 
- Płyta przypomni Pani przeboje wylansowane w czasie ponad 30-letniej kariery. Trudno się wybiera piosenki na taką płytę?
 - Bardzo. Pomagał mi na szczęście ogłoszony plebiscyt...
 
- I jakie piosenki dominowały?
 - Jak się można było spodziewać, ludzie najchętniej wskazywali wielkie hity - "Małgośkę" i "Niech żyje bal", "To już było", ale też piosenki z ostatnich lat: "Łatwopalni", "Co się stało z mamą", "Łza na rzęsie mi się trzęsie", jak i te z lat 70.: "Sing, sing", "Zakopane", "Ballada wagonowa" i "Kolorowe jarmarki"...
 
- Ze zwrotką o wadowickich kremówkach?
 - Niestety, nie. Autor oryginalnego tekstu by mnie zabił, bo ta dopisana zwrotka nie byłaby jego, tylko Janka Wołka. Niemniej taką wersję nagrałam na płycie w jednym egzemplarzu i będąc w lipcu w Watykanie, wręczyłam Ojcu Świętemu. Papież zrobił na mnie ogromne wrażenie, zresztą śnił mi się intensywnie od paru lat, czego mu nie omieszkałam powiedzieć... Żałuję jedynie, że to spotkanie trwało tak krótko.
 
- Wszystkie te piosenki słyszeliśmy na koncercie w Krakowie - na nowo zaaranżowane, z ostrzej brzmiącymi gitarami, z bardziej wyeksponowaną perkusją, sekcją dętą...
 - To już gra kolejne pokolenie muzyków. A ja też się wyostrzyłam, nabrałam pewności siebie, dojrzałam, więcej umiem...
 
- Była złota Maryla, teraz niebieska, jaka będzie następna?
 - To tylko zewnętrzne zmiany polegające na kolorze, który pomaga mi stworzyć estradową kreację. Kolor złoty był bardzo atrakcyjny, mogłam, dzięki szkłom kontaktowym, zrobić sobie złote oczy - wyglądałam jak wilk. A i niebieski jest bardzo twarzowy dla blondynki...
 
- Słowo blondynka nie kojarzy się obecnie najlepiej...
 - E tam, przecież to są dawne kawały o milicjantach, a jeszcze wcześniej o Polakach w Ameryce. Mnie to nie boli...
 
- Pani poprzednie płyty - "Złota Maryla" i "Przed zakrętem", mimo że zawierały wiele potencjalnych przebojów, nie odniosły sukcesu...
 - "Złota Maryla" nie była grana na antenie, a płyta bez wsparcia radiowego nie istnieje, a uważam, że to jedna z lepszych moich płyt, pełna pięknych tekstów i klimatów.
 
- Pamiętam, mówiła Pani wówczas, że RMF odrzucił w ogóle ten album...
 - On w ogóle nie uznaje moich nowych nagrań. Ostatnio grał tylko jedną - z albumu "Karnawał 2000". Niewielkie wsparcie miała także płyta "Przed zakrętem", którą bardzo lubię, może nie ma tam megahitu, ale taki to się nieraz trafia piosenkarzowi raz w życiu, ale jest wiele pięknych, melodyjnych piosenek. I niektóre z nich, jak pokazał wspomniany plebiscyt, zapadły słuchaczom w pamięć. Cóż, kiedyś, gdy istniało tylko Polskie Radio, znacznie łatwiej było wylansować piosenkę... Teraz rozgłośni są setki, każda gra, co chce, a głównie piosenki anglojęzyczne.
 
- W ostatnich latach bardzo spadła sprzedaż płyt, oczywiście są wyjątki, jak "Kayah i Bregović" czy Brathanki, ale tę tendencję, jak wiem, i Pani odczuła.
 - "Karnawał" sprzedał się w ponad 30 tys. egzemplarzy, to i tak był najlepszy wynik w Universalu. Oczywiście wolałabym, żeby to było 300 tys. czy nawet 80 tysięcy, jak "Złota Maryla" czy "Przed zakrętem"...
 
- Teraz płytą z hitami zrekompensuje sobie Pani tamte nie najlepsze wyniki...
 - Nie ma pewniaków, nasz rynek to wciąż wielka niewiadoma. Choć chętnie zaznam miłego rozczarowania.
 
- Rok temu ukazał się "Karnawał" z przebojami latynoskimi, teraz Pani przeboje, a kiedy płyta premierowa?
 - Proszę pamiętać, że "Przed zakrętem", z 16 nowymi utworami premierowymi, ukazała się w 1998 roku. A następna pewnie w przyszłym roku - mam dużo dobrej muzyki i tekstów. Bardzo liczę też, jak zawsze, na Andrzeja Sikorowskiego. Ale na pewno nie będzie tam niczego zaskakującego, ani rap, ani dance - to będzie moja muzyka gitarowa. Melodyjna, o co zawsze zabiegałam, i z wartościowymi tekstami. Stąd moje ukochanie Andrzeja Sikorowskiego - za jego język, ciepło... Podobnie jak Andrzeja Poniedzielskiego, który napisał parę tekstów na płytę "Przed zakrętem". Nadal czuję się duchowo związana z ruchem studenckim, z ludźmi, którzy kiedyś w nim działali - inne myślenie, wrażliwość wciąż ich wyróżniają...
 
- Czy piosenkarzowi z dorobkiem, jaki ma Pani, łatwiej się wypuszcza nową płytę na rynek?
 - W pewnym sensie, bo ma już wypromowane nazwisko...
 
- Ale ma też więcej do stracenia...
 - Ja nie jestem artystką w rodzaju Ewy Demarczyk czy Czesława Niemena, którzy żyją legendą i niczego nowego nie proponują, nie chcąc ryzykować. Mnie interesuje tworzenie, a to wiąże się z ryzykiem - ale jest w tym i duża frajda. To wręcz podniecające, adrenalina skacze...
 
- Czyli nie deprymuje Pani taka sytuacja?
 - Deprymuje, spać po nocach nie mogę; ale mija jakiś czas i znów rzucam się na kolejny pomysł, na nową płytę, kolejny wielki koncert... To jest sens tego zawodu.
 
- Powiedziała mi Pani przed laty, że wyznaje zasadę, iż "można osiągnąć to, czego się pragnie"...
 - I nadal dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych.
 
- To czego Pani teraz pragnie?
 - Właśnie tej następnej płyty. A poza tym - remontu domu, drugiego kota, szczęścia dzieci.
 
- Nadal Panią ekscytuje chęć rywalizowania i chęć bycia najlepszą?
 - Oczywiście, choć marzyłabym o sytuacji, kiedy nie musiałabym walczyć o niczyją życzliwość i mogłabym spokojnie pracować, eksperymentować, nagrywać rzeczy mniej komercyjne... Wymóg, że się płyta musi sprzedać, jest bardzo deprymujący.
 
- To co by Pani nagrywała, gdyby nie realia rynku?
 - Na przykład liryczną płytę, kameralną.
 
- Wspomniany już grafolog ocenił: "Wnętrze ma tajemnicze i trudne do zbadania, często ukrywa enigmatyczną duszę pełną rozterek pod płaszczykiem szokującej ekstrawagancji".
 - Pewnie tak jest.
 
- Czyli te wszystkie śmieszne kostiumy...
 - To one są śmieszne? To ze strachu. Ale i lubię teatralność na estradzie.
 
- Pani nieraz wyznawała: "Jestem nieśmiała", ale to brzmi w Pani ustach jak kokieteria...
 - Jestem. A zarazem od bardzo wczesnych dziecięcych lat lubiłam zwracać na siebie uwagę, lubiłam się wyróżniać, robić coś oryginalnego, np. nie odzywałam się w ogóle, bo chciałam sprawiać wrażenie takiej zadumanej, poetyckiej... Ale też mam naturę liryczną - lubię poezję, wzrusza mnie muzyka...
 
- Przed paroma miesiącami zapowiadała Pani nagranie płyty gospels z chórem. Miała Pani wystąpić z tym programem w Los Angeles na otwarciu festiwalu polskiego filmu...
 - Nieustannie mam na to ochotę, choć, przyznaję, nie miałam czasu, by się tym zająć - koncerty, płyta. Ten festiwal organizuje kolega z dawnych czasów, który całe lata śpiewał w chórze Politechniki Szczecińskiej, a zatem i w USA znalazł sobie 60-osobowy czarny zespół, bardzo znany, występujący i z Arethą Franklin, i Georgem Michaelem, i podczas gali Oscarów. Połowa tego zespołu towarzyszyła mi w koncercie "Karnawał 2000". I tak zrodził się pomysł wspólnej płyty. Jesteśmy na etapie wymiany repertuaru z producentem. On mi podsyła swoje propozycje, wybiera też jakieś piosenki z mojego repertuaru, w marcu przy okazji występów dla Polonii nagrałam z tym chórem cztery utwory w Los Angeles. Ale do ostatecznej realizacji pomysłu brakuje jeszcze wiele, w tym poważnego sponsora. A festiwal - podobnie jak rok temu - odbędzie się w listopadzie. Podobnie jak mój koncert z chórem.
 
- Miałaby to być płyta na rynek amerykański?
 - Tak, z angielskimi tekstami i z udziałem jakiejś dużej gwiazdy amerykańskiej.
 
- Na przykład...
 - Ja bym chciała z Lionelem Richie... Wypisałam zresztą swoje typy, a producent zastanawia się teraz, z kim ma dobre kontakty. A najlepsze ma z Arethą Franklin.
 
- A z nią by Pani nie chciała?
 - Jeszcze jak. Ale nie wiem, czy bym się odważyła otworzyć przy niej usta. Z niej się wylewa przepiękna muzyka. Ona jest geniuszem.
 
- Z kim jeszcze chciałaby się Pani spotkać w studiu?
 - Z Cockerem, z Tiną Turner, Erikiem Claptonem.
 
- To czym ma być ta płyta - kaprysem polskiej gwiazdy, bo przecież nie wierzę, że postanowiła Pani nagle podbić rynek amerykański?
 - Pytano mnie o to w marcu, kiedy wystąpiłam w amerykańskim talk-show w kanale Fox Eleven. A gdy zaoponowałam, usłyszałam: "Przecież każdy chce...". Tak, każdy chce, ale zbyt wiele lat pracuję w tym zawodzie, by nie wiedzieć, jakie to trudne, jakie karkołomne. Ale skoro mam okazję zaśpiewać z takim chórem, to traktuję to jako kolejne doświadczenie.
 
- A propos lat, w "Encyklopedii muzyki rozrywkowej" Fillera nie ma Pani daty urodzenia, bo Pani nie chciała...
 - Uważam, że nie należy ujawniać daty urodzenia kobiet artystek, one mają tyle lat, co wszyscy.
 
- Ale w innych wydaniach encyklopediach i tak jest.
 - I to jest straszny obciach. Powinni byli zapytać, czy artystka się zgadza. (śmiech)
 
- Tina Turner nie kryje swojego wieku...
 - Jakbym wyglądała tak jak ona, to też bym nie kryła...
 
- Tina Turner powiedziała "dość", koniec występów. Myśli Pani o takiej chwili...?
 - Ona jest po pierwsze starsza. Po drugie - ja żyję najdalej na dwa-trzy miesiące do przodu. O rzeczach niemiłych nie myślę, bo wtedy uważam, że ich nie ma. Tak jak nie oglądam nigdy siebie od tyłu w lustrze. Nie chcę widzieć. A jak się ustawię przed lustrem korzystnie, jak odpowiednio przekrzywię głowę, to nieraz jest fantastycznie.
 
- "Popularność Maryli Rodowicz stanowi dla wielu irytujące zaskoczenie, ponieważ dziewczyna ta ponad wszelką wątpliwość nie umie śpiewać". _Pamięta Pani, kto to napisał?
 - Chyba Filler...
 
- Tak, 28 lat temu. Ale potem już tego nie powtarzał. Czy złe opinie, złe recenzje psują Pani humor?
 - Bardzo. Szczególnie, jeśli są niesprawiedliwe.
 
- Ale dla równowagi pewnie Pani dodają skrzydeł fakty takie, jak wygranie przez "Małgośkę" plebiscytu "O!Polskie piosenki" na przebój 35-lecia czy drugie miejsce w ankiecie "Polityki" na polskiego piosenkarza XX wieku, za Niemenem.**
 - Naturalnie. I to zawdzięczam ludziom, a nie krytyce. A naród zawsze ma rację... (_śmiech)

 - Z tym "zawsze" bym polemizował, niemniej w kwestii Maryli Rodowicz się zgadzam.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie