To nie sen

Redakcja
Teraz w Metropolitan Opera nie ma już gwiazd, które spóźniały się po kilka godzin na próby. Magia opery prysła. Teatr jest pracą, a śpiewak zawodem.

Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz

Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz

Teraz w Metropolitan Opera nie ma już gwiazd, które spóźniały się po kilka godzin

na próby. Magia opery prysła. Teatr jest pracą, a śpiewak zawodem.

   Mówią, że śpiewa najseksowniejszym głosem świata. Potrafi nim oczarować każdego. Może właśnie dlatego szybko stał się ulubieńcem publiczności Metropolitan Opera w Nowym Jorku, Lyric Opera of Chicago oraz widzów Tokio, Wiednia i Genewy. Zachwyca nie tylko barwą głosu, ale także wokalnymi umiejętnościami oraz aktorskim temperamentem. Gra głównie czarne charaktery, czym fascynuje widzów i recenzentów. Mariusz Kwiecień, polski baryton, rodem z Krakowa!
   Czaruje, podrywa, uwodzi, kocha i porzuca. Nie ma skrupułów. Każda piękna kobieta wzbudza jego zainteresowanie. Najpierw jest Donna Elwira, później Donna Anna, którą aby zdobyć, musi zabić Komandora. Potem wpada mu w oko Zarlina, atrakcyjna wieśniaczka. Nie udaje mu się jednak jej podbić. Wydaje przyjęcie, bawi się, zaprasza nawet z zaświatów Komandora. Gdy ten przychodzi i wyciąga do niego rękę, Don Giovanni ujmuje ją, nie przypuszczając, że za chwilę wraz z nim zapadnie się w piekielne otchłanie.
   - To moja ulubiona rola - mówi o Don Giovannim Mozarta Mariusz Kwiecień, krakowski baryton, śpiewak Metropolitan Opera w Nowym Jorku, odtwórca tej partii nie tylko w największych teatrach operowych całego świata, także w warszawskiej inscenizacji Mariusza Trelińskiego w Teatrze Narodowym. - W tej operze jest wiele miłości, flirtu i seksu. A do tego jeszcze piękna, lekka muzyka Mozarta - dodaje. - Ta rola została dla mnie stworzona.

List życia

   W wieku 25 lat żył w poczuciu, że już zrobił dużą karierę. Miał na swoim koncie nagrody na Konkursie Moniuszkowskim, słynnym konkursie Belvedere w Wiedniu oraz w Balceronie. Występował już m.in. w Wiedniu, Toronto i w Hamburgu. W kieszeni czekały następne kontrakty, m.in. do mediolańskiej La Scali.
   Właśnie śpiewał w Wiener Kammeroper, kiedy po spektaklu do garderoby przyszedł manager z Columbia Artists Menagement. Przedstawił się, powiedział, że bardzo mu się podobało, po czym zadał pytanie, czy śpiewak przyjąłby zaproszenie do Metropolitan Opera w Nowym Jorku. - To jakiś żart, pomyślałem. Ja w Met? To wariat. Dlatego uśmiechnąłem się, powiedziałem, że oczywiście i natychmiast zapomniałem o tym zdarzeniu - wspomina Mariusz Kwiecień.
   Po dwóch dniach na jego stole w garderobie leżał faks z pisemnym zaproszeniem do Metropolitan Opera. Wziął kartkę i poszedł do dyrektora wiedeńskiej opery kameralnej z pytaniem, czy to jest coś poważnego. Dyrektor spojrzał i powiedział: "Na taki list czekają tysiące śpiewaków przez całe życie i większość z nich nigdy go nie dostaje. Dlatego jedź jak najszybciej".
   Spakował się i wydał wszystkie odłożone pieniądze na bilet do Nowego Jorku. Gdy stanął przed gmachem Metropolitan Opera, nie krył wzruszenia. Stał przed gablotami i czytał plakaty z nazwiskami, które znał jedynie z okładek płyt, np.: James Levine, Placido Domingo, Luciano Pavarotti, Olga Borodina, Thomas Hampson, Samuel Ramey, Debora Voigt. - Czułem się wtedy tak, jakbym sięgnął nieba - powie po latach.
   Gdy wszedł do budynku, wszystko go zachwyciło. Każdy zakamarek i każdy korytarz. Był porażony ogromem tego teatru. Jeszcze nigdy w życiu nie widział widowni na 4 tys. 800 miejsc. Jak można śpiewać dla tak wielkiego audytorium? - zastanawiał się w duchu.
   Kiedy wykonał parę arii na przesłuchaniach, zaproponowano mu program Metropolitan Opera przeznaczony dla młodych artystów. Była to dwuletnia szkoła, podczas której Met daje możliwość młodym pracy z najlepszymi pedagogami, nauki kilku języków, a także występów w drobnych rolach na scenie. Warunkiem podjęcia studiów jest rezygnacja z kontraktów oraz z dotychczasowych agentów. - Byłem już trochę znany w Europie. Miałem kontrakty do kilku teatrów. Nie uśmiechało mi się spędzać dwóch lat w szkole - mówi Mariusz Kwiecień. - Ale coś szeptało w duchu: zostaw wszystko i spróbuj. I tak zrobiłem, do dziś uważam to za moją najlepszą decyzję w życiu - podkreśla.

Magia opery

   "To bardzo dobry śpiewak, ale bardzo trudny we współpracy" - mówił Peter Russel, dyrektor Programu dla Młodych Artystów Metropolitan Opera, do innych szefów amerykańskich teatrów. Rzeczywiście, Mariusz Kwiecień był krnąbrnym uczniem. Gdy mu coś nie odpowiadało, natychmiast o tym mówił i to bez ogródek. W szkole Met pracował z Renatą Scotto, Joan Sutherland, Robertem Lloydem, a przede wszystkim z Billem Schumanem. Już po roku nauki wynegocjował zgodę dyrekcji na realizację propozycji, jakie zaczęły do niego napływać. Wyjeżdżał, aby zaśpiewać w Genewie i Glyndebourne.
   - Decydowałem sam o tym, co i kiedy będę śpiewać. Zawsze mówiłem, że to mój głos i moje gardło. Ja najlepiej wiem, ile mogę pracować - opowiada. Młodzi śpiewacy pracowali w Met nawet po 14 godzin dziennie. Najpierw szkoła, a potem drobne role na scenie. Mariusz Kwiecień przychodził do domu tak wykończony, że często odwoływał przesłuchania zaplanowane na następny dzień, twierdząc, że ma zbyt zmęczony głos. - Tak można pracować przez tydzień, ale nie przez rok. Musiałem się postawić. Opłaciło mi się. Po pewnym czasie zauważyłem, że gdy zacząłem być bardziej pewny siebie, moja kariera układała się znacznie lepiej - dodaje.
   Dyrektorzy innych teatrów zaczęli zapraszać go na przesłuchania, bo chcieli zobaczyć, jak wygląda "trudny" śpiewak z Polski. Spodziewali się chimerycznej gwiazdy, opatulonej szalami, tymczasem przychodził do nich uśmiechnięty, wesoły, kipiący energią, wysportowany, przystojny chłopak. Był punktualny, zawsze przygotowany i śpiewał nadzwyczaj pięknie. Wtedy zadawali mu pytanie: "Na czym polega problem współpracy z tobą". "Na tym, że ja wiem, czego chcę" - odpowiadał jednym tchem. Kontrakty zaczęły się sypać dzień po dniu.
   Na scenie w Metropolitan Opera debiutował 2 stycznia 1999 roku partią Kuligina w Kati Kabanovej Janacka. Od tego czasu przez ostatnie sześć sezonów śpiewał w Met w kilkunastu różnych rolach. Początkowo w drugoplanowych, a ostatnio w głównych. Teraz można go usłyszeć w Don Pasguale, Weselu Figara, Cosi fan tutte, Cyganerii i Łucji z Lammermoor.
   Metropolitan Opera, najważniejszy teatr operowy na świecie, nie może sobie pozwolić na odwołanie spektaklu. Dlatego każdy z występujących na scenie śpiewaków ma dwóch zastępców, którzy są specjalnie opłacani za to, że siedzą w trakcie przedstawień w operze, przygotowani, aby w każdej chwili wejść na scenę. - Prawie każdemu, kto siedzi na ławce rezerwowej, należy się przynajmniej jeden spektakl w sezonie. Wtedy nawet największe gwiazdy stają się zapasowymi artystami dla dublera. Taki występ dla wielu staje się początkiem kariery - wspomina.
   Metropolitan Opera jest perfekcyjną instytucją. Wszystko zaplanowano tu na lata do przodu. Próby do wznowień po przerwie urlopowej trwają 11 dni. Jest to na ogół przypomnienie partii tylko przy fortepianie. Nowe produkcje przygotowywane są przez trzy, cztery tygodnie. Próby - podobnie jak przedstawienia - są płatne, dlatego wszyscy artyści przychodzą świetnie przygotowani. Nie ma czasu na żucie gumy czy rozmowy w kuluarach. - Mamy znakomity zespół techniczny i dobrze wypróbowany spektakl. Nie ma zdenerwowania, przepychanek. Wszystko idzie zgodnie z planem - mówi artysta. - Teraz magia opery prysła, teatr jest pracą, a śpiewak zawodem, który ostatnio znacznie stracił na pozycji. Obecnie liczy się przede wszystkim reżyser, dyrygent, producent, a potem dopiero wykonawca, chyba że jest megagwiazdą.

Trzy dźwięki

   Na ogół nie choruje, nie oddaje dzięki temu swojego kontraktu innym za darmo. Nie ma tremy przed wejściem na scenę, choć w dniu, kiedy śpiewa, bywa rozdrażniony. Najważniejsze dla niego są trzy pierwsze dźwięki. Jeśli usłyszy, że z głosem wszystko w porządku, rozluźnia się i zaczyna grać, jest aktorem pełnym energii.
   Mariusz Kwiecień zawsze był czuły na sztukę. Jako dziecko malował, rysował, śpiewał i tańczył. Nauczycielki, Danuta Torbicz ze Szkoły Podstawowej nr 34 w Krakowie oraz Małgorzata Januszewska wychowawczyni z krakowskiego IX Liceum namawiały go, aby zaczął się uczyć w szkole muzycznej. Tak się jednak nie stało. Mariusz Kwiecień rozpoczął śpiewanie w chórach. Najpierw był Chór Politechniki Krakowskiej "Kantata", w którym wykonał pierwszą w życiu solówkę. Potem trafił do znanego w Krakowie Chóru Organum. Tam spotkał Jolantę Szmigielską, która stała się niebawem jego nauczycielką gry na fortepianie, oraz pianistą - akompaniatorem w krakowskiej Akademii Muzycznej, gdzie rozpoczął studia. Po trzech latach nauki w klasie śpiewu u pani prof. Heleny Szubert-Słysz zdecydował się przenieść do Warszawy do klasy prof. Zalewskiego. - Zdawałem sobie sprawę, że stolica daje więcej możliwości, jest bliżej świata. I miałem rację, z Warszawy znacznie lepiej było mi rozpocząć karierę - tłumaczy.
   Choć dziś jego głównym zajęciem jest występowanie na scenie, stara się tak organizować życie, aby mieć czas na przyjemności. Nadal rysuje, a nawet zaprojektował meble do swojego krakowskiego mieszkania. Pisze wiersze, fotografuje - co stało się jego najnowszą pasją - i podróżuje. Był już m.in. w Brazylii, Meksyku i Afryce, a będzie w Chinach, Nepalu i Egipcie. Także gotuje, głównie dania kuchni włoskiej. - Podróżując po świecie, przywożę przyprawy, sosy, naczynia. Często zdarza się, że muszę płacić za nadbagaż.
   Na obczyźnie zrobił się patriotą. Namawia zagranicznych przyjaciół na odwiedzenie Krakowa - opowiada o Polsce, jej kulturze i tradycji. Może właśnie dlatego w Nowym Jorku zdecydował się zamieszkać na Greenpoincie, czyli w polskiej dzielnicy. Ma niewielkie trzypokojowe mieszkanie, z ogródkiem i z widokiem na Manhattan. Wkoło sklepy, gdzie słychać polski język i gdzie można kupić twaróg, kiełbasę wiejską i ogórki kiszone. Nieopodal znajduje się restauracja pani Krystyny, która po jego mamie jest mistrzynią w przygotowywaniu potraw kuchni polskiej.

Lord Ashton

   W poniedziałek Mariusz Kwiecień zadebiutuje w Operze Krakowskiej partią lorda Ashtona w Łucji z Lammermoor Donizettiego. Wykupił na ten spektakl siedemnaście biletów, dla bliskich. Na widowni zasiądą m.in. rodzice oraz babcia, która po raz pierwszy będzie go oglądać na scenie operowej. - Mam ogromną tremę, bo przecież wiadomo, że najtrudniej występuje się dla własnej publiczności. Wolałbym w Krakowie pokazać się w roli Don Giovanniego, ale niestety, nie było takiej możliwości - mówi.

\\\*

   Okrzyki grozy oraz śpiew podziemnych chórów rozlegają się na scenie. W ogniach czerwonych świateł, w dymach wydobywających się zza kulis podziemie pochłania Don Giovanniego. Spada kurtyna. Rozlegają się głośne brawa.
   Mariusz Kwiecień stoi w kulisach i czeka na swoje wejście do ukłonów. Publiczność bije brawo, niektórzy widzowie wstali. Śpiewak ogląda scenę z boku i oddycha. Don Giovanniego śpiewał m.in. w Wiedniu, Santa Fe, Tokio i Warszawie, a już w 2008 roku wcieli się w tę postać w słynnej Metropolitan Opera. Nigdy nie sądził, że będzie odtwórcą głównych ról na największych scenach świata. A jednak stało się.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie